|
Kobiety
powoli, ale systematycznie doganiają mężczyzn w ryzykownym piciu. Liczba
alkoholiczek na oddziałach odwykowych stale rośnie. Jedną z przyczyn jest
równouprawnienie i unifikacja ról społecznych. Jednak alkoholizm kobiet
jest inny, bardziej skryty, emocjonalny, trudniejszy do diagnozowania, bo
obciążony wieloma stereotypami. Inna jest także struktura społeczna
pijących kobiet i mężczyzn. Wśród tych ostatnich najliczniejszą grupą
pijącą na granicy ryzyka są bezrobotni z wykształceniem podstawowym, wśród
kobiet – pracujące, po studiach, mieszkanki wielkich miast. Już je widać
na odwykach, ale największa fala dopiero przed nami.
Gdy Mały Książę podczas swych podróży na sąsiednie planety spotkał Pijaka,
spytał:
– Dlaczego pijesz?
– Aby zapomnieć – odpowiedział Pijak.
– O czym zapomnieć? – zaniepokoił się Mały Książę, który już zaczął mu
współczuć.
– Aby zapomnieć, że się wstydzę – powiedział Pijak, schylając głowę.
– Czego się wstydzisz? – dopytywał się Mały Książę, chcąc mu pomóc.
– Wstydzę się, że piję.
Inne ciało
Matka natura dyskryminuje kobiety. Po wypiciu takiej samej dawki alkoholu
jego stężenie we krwi kobiety jest o 30 proc. wyższe niż u mężczyzny,
nawet jeśli ważą tyle samo. Wiąże się to z różną zawartością płynów w
stosunku do masy ciała (ok. 60 proc. u kobiet, a 70 proc. u mężczyzn) oraz
niższą aktywnością dehydrogenazy alkoholowej w śluzówce żołądka. Wpływ na
metabolizm alkoholu mają także hormony produkowane podczas miesiączki.
Stwierdzono związek zespołu napięcia przedmiesiączkowego z piciem, wiele
ciągów alkoholowych zaczynały kobiety właśnie w tym momencie.
Potrzeba mniej czasu, by u kobiety rozwinął się pełen obraz uzależnienia.
Objawy marskości wątroby pojawiają się u kobiet już po 5 latach
intensywnego picia, podczas gdy u mężczyzn trzeba na to 10–20 lat.
Ten sam obłędny mechanizm kieruje piciem kobiet, przy czym wstyd jest
jeszcze silniejszy i połączony z paraliżującym poczuciem winy. Choć w
odbiorze społecznym alkoholizm uznawany jest już za chorobę, to kobiety,
które na nią cierpią, wciąż odbierane są jako istoty godne pogardy.
Okazuje się, że nawet alkoholicy oceniają je surowo. Pracowały na to
pokolenia.
Autowidol w najlepszym gatunku
Elvin Morton Jellinek, który w latach 40. XX w. jako pierwszy określił
alkoholizm mianem choroby, był przekonany, że nie dotyczy on kobiet. Na
Zachodzie problem dostrzeżono w latach 70. W PRL stereotyp alkoholika
kształtował krótkometrażowy film eduka-
cyjny wyświetlany w szkołach i w kinach przed seansami, na którym zapluty,
stary lump dygocze w stanie delirium tremens. Kobiety piły już wówczas
całkiem sporo, ale jakim cudem mogły identyfikować się z kimś takim?
– Mówiono wówczas, że alkoholizm to jest problem społeczny. Alkoholiczkę
postrzegałam jako niedomytą, brudną babę z meliny, zaniedbującą dzieci. A
ja? Elegancka, zadbana, z rodziną, synami na zagranicznych uniwersytetach,
jeżdżąca dobrymi samochodami, poznająca geografię świata przez dobre
trunki. Nie wrzeszczałam, nie waliłam pięścią w stół. Czy ja wyglądałam na
problem społeczny? – wspomina Bożena Snella-Mrozik, niepijąca szósty rok
dziennikarka, która właśnie napisała książkę „Piekło nie ma dna”, wydaną
przez Media Rodzina. Są to rozmowy z trzeźwiejącymi alkoholiczkami, które
poznała na odwyku i w grupach AA.
Jedna z jej bohaterek, Izabela, żona znanego lekarza, jest przykładem, jak
daleko można pójść w zakłamywaniu problemu. Piła już bardzo ostro. Gdy
rodzina chowała przed nią alkohol, przetrząsała dom w poszukiwaniu
czegokolwiek. Znalazła bejcę na spirytusie. Skończyło się w szpitalu.
Następnym razem był to autowidol. Znowu szpital. Ale alkoholiczka?
„Alkoholicy piją autowidol, ale ja nie jestem alkoholiczką. Zaspokoję
tylko ten głód, bo strasznie źle się czuję. Oni znają takie dobre sposoby,
to dlaczego nie skorzystać?” – tłumaczyła sobie, dodając, że to autowidol
Shella, więc na pewno w dobrym gatunku.
Ten motyw pojawia się stale: to nie ja, mnie to nie dotyczy, mam przecież
studia, zmywarkę, mikrofalówkę, męża za granicą, dziecko nie jest brudne,
nie bawi się butelkami po wódce. Zresztą kobiecy alkoholizm bywa często o
lata świetlne odległy od detoksów, melin, denaturatu i budzenia się w
rowie. Dlatego pobyt na oddziale odwykowym bywa początkowo przeżyciem
bardzo trudnym. Kobiety czują się zdegradowane do roli osiedlowych
pijaczek i wulgarnych żuli, a to jeszcze potęguje poczucie winy: miałam
normalne życie, a mimo to sobie nie poradziłam.
– To był szok – opowiada Agnieszka, polonistka z liceum, od kilku tygodni
lecząca się w Łukowie. – Ktoś dostał padaczki alkoholowej, inni opowiadali
historie, które nie mieściły mi się w głowie. Pierwsza myśl: co ja tutaj
robię?! Musiało minąć trochę czasu, żebym zrozumiała, że to ta sama
choroba. Że tak samo można się upić alpagą, jak i martini. To tylko
kwestia ceny. Co z tego, że nie przepiłam wszystkich pralek świata?
Cichopijki
Agnieszka w czasie studiów piła towarzysko, tyle co wszyscy. Potem, kiedy
urodziło się dziecko, miała kilka lat przerwy. Czasem sporadycznie jakieś
wino do kolacji z mężem. Albo sporadycznie sama, kiedy mąż wyjeżdżał w
delegację, a wyjeżdżał coraz częściej. Coraz częściej wino towarzyszyło
jej samotnym wieczorom, a potem jakoś tak niepostrzeżenie zmieniało się na
wódkę: wiśniówkę, bolsa, smirnoffa. Mieszka na małym osiedlu, gdzie
wszyscy się znają, więc wracając z pracy wysiadała przystanek wcześniej,
żeby bezpiecznie kupić flaszkę. Często zmieniała sklepy.
Na początku, kiedy mąż wyjeżdżał, było jej smutno, potem przestało być
ważne, a jeszcze potem przeszkadzało, jak był. Już zaczął coś zauważać,
tłumaczył, kontrolował, zawracał głowę. Musiała wyglądać przez okno, czy
nie wraca, żeby zdążyć schować butelkę do bębna pralki. Na pozór wszystko
było w porządku. Nigdy nie upiła się publicznie, nie zawaliła pracy.
Dyrektorka, której przyznała się, że idzie na odwyk, była mocno zdziwiona.
Ale trudno już było znieść poranny wstręt do siebie, słowa syna: znowu
pijesz, i poczucie, że traci kontrolę nad własnym życiem.
Gdy w Łukowie wyliczyła swój litraż, wyszło niedużo: 0,44 m sześc., czyli
dwie beczki 200-litrowe plus 40-litrowe wiadro. To nic w porównaniu z
litrażami kolegów: 10–11 m sześc., ale w przeliczeniu na czas oznacza to 2
lata 6 miesięcy i 4 dni z życia spędzone po pijanemu.
Koleżanka Agnieszki z Łukowa, pielęgniarka Małgosia, swoje pół metra
sześciennego także wypiła w całkowitej samotności, powtarzając: piję za
swoje, nikogo nie krzywdzę, nikt mnie nie widzi, więc co za problem.
Pamięta swój pierwszy raz. Rodzeństwo odeszło z domu, została sama z
matką, jakaś taka pusta i niepotrzebna. Wracając z pracy poszła po zakupy.
To był impuls, dorzuciła do koszyka ćwiartkę i sok. Potem usiadła w
kuchni, czytała i popijała drinki. Cudowne rozluźnienie, wszystko zaczęło
wyglądać jakoś inaczej, lepiej. Potem już w każdy wolny dzień popędzała
czas wódką. Piła w każdy weekend. Było dobrze aż do urlopu, który zmienił
się w tygodniowy ciąg. To nie była jakaś ostra jazda z szaleństwami i
urwanym filmem, tylko picie, sen, picie, sen. A potem wymioty,
roztrzęsione ręce, obsesyjne myśli o alkoholu i szpital. Szybko to poszło,
ale u kobiet na ogół idzie to szybciej. Okres męskiego picia to około 20
lat, u kobiet 5–10, ale czasem wystarczy i rok, żeby się uzależnić.
– To jest cienka, czerwona linia. Człowiek wraca zmęczony do domu i mówi:
muszę się napić. Myśli, że tylko tak mówi, a naprawdę musi – tłumaczy
Bożena Snella-Mrozik.
Picie do lustra to dla mężczyzn oznaka największej degeneracji, u kobiet
często początek, klasyka alkoholizmu. Wyłączony telefon, zasłonięte
zasłony, półmrok, w domu wszyscy śpią, cicho, bezpiecznie. I kobieta ze
szklanką w ręku schowana na podłodze między fotelem i kanapą znieczulająca
świat. Alkohol jest jak balsam na duszę. Pewnie, że picie przynosi
poczucie winy. Ale przecież pod poczucie winy fantastycznie się pije.
Kobiety potrafią ukrywać picie latami. Dr Luba Szawdyn, terapeutka
uzależnień, wspomina pacjentkę, która przez siedemnaście lat piła późnym
wieczorem na stryszku i pewnie piłaby dalej, gdyby któregoś razu nie
spadła ze schodów. W Łukowie z kolei opowiadają o przypadku kobiety,
której alkoholizm wyszedł na jaw po rutynowej operacji pęcherzyka
żółciowego. W szpitalu przez kilka dni nie dostała alkoholu i skończyło
się to delirium.
Flaszka w pustym gnieździe
– Mężczyźni częściej sięgają po alkohol jako środek pobudzający. Piją
towarzysko, czasem krzykliwie, agresywnie. Zapijają niepowodzenia zawodowe
– tłumaczy Halina Ginowicz, terapeutka z Łukowa. – Picie kobiet jest
bardziej emocjonalne, głuszy lęki, depresję, samotność. Najczęściej
tłumaczą, że piją z powodu problemów domowych.
Według badań Uniwersytetu w Göteborgu kryzys małżeński sześciokrotnie
zwiększa ryzyko alkoholizmu u kobiet. Kobiety z niestabilną sytuacją
życiową, rozwiedzione, samotne stanowią coraz liczniejszą grupę na
odwykach.
Przyjęło się, że w życiu kobiety są dwa momenty szczególnego ryzyka.
Pierwszy to lata 21–30, gdy kończy się studia, zaczyna karierę, wychodzi
za mąż, rodzi dzieci. To czas zmiany ról, któremu towarzyszą konflikty,
załamania, intensywne emocje niosące ryzyko picia problemowego. Często
dochodzi do tego poczucie, że nie spełniły się młodzieńcze marzenia, nie
udało się zrealizować planów.
Moment drugi to lata 49–59, czas utraty ról życiowych, gdy dzieci odchodzą
z domu pozostawiając puste gniazdo, odchodzi się na emeryturę, trzeba
zaakceptować starzenie, utratę atrakcyjności.
Panie koło 60 to nadal grupa kobiet pijąca najmniej, ale i tu widać pewien
ruch. – Emerytki i rencistki robią to, do czego nie miały okazji przez
całe życie, a drinkowanie staje się dla nich nowym sposobem życia –
opowiada dr Luba Szawdyn. – Raczą się piwem z sąsiadkami albo popijają
koniaczek zapisany na serce przez lekarza, tyle że w coraz większych
ilościach i nie zauważają, kiedy się uzależniają.
Tę grupę leczy się najtrudniej. Nie mają motywacji. No bo po co? Dla kogo?
Jeszcze trudniej przyznać się im do choroby, bo słowo alkoholiczka to
zwłaszcza dla starszego pokolenia straszny wstyd. A stara alkoholiczka to
już w ogóle lepiej nie mówić.
Między octem i olejem
Pytani o zawody wysokiego ryzyka terapeuci trochę żartem wymieniają
chirurga i hydraulika dla mężczyzn, a dla kobiet gospodynię domową,
nauczycielkę, pielęgniarkę. Z drugiej strony wiadomo, że dużo piją kobiety
pracujące w tradycyjnie męskich zawodach. Chcą naśladować męski styl
bycia, demonstrują równość.
– Nie pijesz, zakablujesz – opowiada policjantka Jadzia lecząca się w
Łukowie, która swoją „przygodę” z alkoholem zaczęła na służbie od gorzkiej
żołądkowej. – W pracy byłam kumplem od wszystkiego, a jednocześnie faceci
mnie adorowali. Miałam poczucie, że to sytuacja uprzywilejowana. Mogłam
zawsze na nich liczyć, a potem w rewanżu postawić flaszkę.
– Każdy, kto pije, jest przekonany, że pracuje w zawodzie wysokiego
ryzyka. To dobre tłumaczenie. Ze mną też tak było – wspomina Anna Pietrzak,
solistka popularnego w latach 70., a dziś reaktywowanego zespołu Partita,
prowadząca także wraz z mężem ośrodek terapii i profilaktyki uzależnień
dla młodzieży. Po koncertach pili wszyscy, tylko że ona bardzo szybko
zaczęła mieć z tym kłopoty.
Upijała się bardziej niż inni, urywał jej się film. Rano po bankiecie
widziała w oczach ludzi litość, pogardę, obrzydzenie. Myślała gorączkowo,
co tym razem narozrabiałam: krzyczałam? obraziłam kogoś? zdjęłam bluzkę? –
Po alkoholu wychodził ze mnie kawałek diabła. Robiłam rzeczy
nieprzewidywalne, niemieszczące się w moim kodeksie moralnym – opowiada.
Starała się pilnować, przez kilka imprez było miło, a potem znowu
wysiadały hamulce i szło do końca. Przerzuciła się na babski styl picia –
kieliszek wina sączony przez cały wieczór i nerwowe liczenie minut, kiedy
wyjdą goście, mąż położy się spać, a ona wreszcie będzie mogła sięgnąć po
butelkę schowaną w spiżarni między octem i olejem.
Syndrom Bridget Jones
Zawsze grupą wysokiego ryzyka były żony alkoholików pijące po to, by on
wypił mniej albo żeby został w domu. Ostatnie lata dodały nowe typy do
galerii alkoholiczek: dziewczyny ze złotych klatek, które sprzedały się w
jasyr starszym bogatym panom, żony wymieniane na nowszy model, bizneswomen,
które po powrocie do domu zrzucają służbowy mundurek i nagradzają się
drinkiem za ciężki dzień.
– Kończy się model, w którym mężczyzna pracuje i łoży. Kobiety mają własne
pieniądze, ciężko pracują i są przekonane, że mają prawo pić – mówi dr
Luba Szawdyn. – Biorą na siebie wszystkie role, jakie świat wymyślił:
profesjonalistka, żona, matka, kochanka, kierowca, sprzątaczka, kucharka i
w końcu się pod tym balastem załamują. Szukają w alkoholu paliwa do życia.
Z badań prowadzonych przez ostatnich 20 lat w Wielkiej Brytanii wynika, że
grupą kobiet, która pije najwięcej, są młode (20–30 lat) profesjonalistki
z wyższych klas społecznych, dobrze zarabiające i nieobciążone obowiązkami
rodzinnymi. W Polsce też już je widać – wykształcone, niezależne, z
sukcesem, które mają w życiu wszystko prócz ciepła.
– Ten typ kobiet można już spotkać na odwykach, ale na razie nie jest ich
wiele. One się jeszcze dopijają. Największa fala przyjdzie za kilka lat –
przewiduje Bożena Snella-Mrozik.
Potwierdza to Ewa Woydyłło, psycholog i terapeutka uzależnień, w wywiadzie
udzielonym „Wysokim Obcasom”: „To dość liczna grupa kobiet sukcesu, które
weszły przebojowo w świat życia zawodowego. Są ambitne, nastawione na
sukces. Przy czym swoje cele osiągają nie tylko dla siebie – często
spełniają jakieś dążenia rodziców, rywalizują z mężem. W Szwajcarii, w
Ameryce alkoholiczek nie jest więcej, niż było, bo tam kobieta już się nie
miota, już nie musi niczego udowadniać. A u nas jeszcze musi. W życiu
kobiet pojawiło się ogromne napięcie, a wszystkie sygnały, jakie płyną od
społeczeństwa, wciąż je wzmagają: a to jesteś za stara, bo masz już 35 lat
i nie możesz zostać przyjęta do pracy, a to nie masz długich nóg, a to nie
znasz czterech języków... Facet nie zna i dostaje pracę, a kobieta nie”.
Piciu kobiet sprzyja także moda na lekkie alkohole. Nikogo nie dziwi ani
nie oburza widok kobiety z puszką piwa czy kieliszkiem wina w ręku. To
jest społecznie akceptowane. Problem zaczyna się wtedy, kiedy zaczyna się
choroba. Mężczyznom więcej się wybacza. Alkoholik nie myśli: przestałem
być mężczyzną. U alkoholiczek wraca to jak refren: przestałam być kobietą.
„Byłam odarta z szacunku i godności. Czułam do siebie wstręt i
obrzydzenie. Nienawidziłam siebie tak bardzo, że prawie zawsze miałam
ochotę zrobić sobie krzywdę. Byłam zmiętą, szarpaną torsjami i nie mogącą
złapać oddechu szmatą” – to jedno z wielu podobnych wyznań uzależnionych
kobiet.
Pijana matka Polka
Każda ma swoje dno gdzie indziej. To może być piąty detoks, pobyt w izbie
wytrzeźwień albo obudzenie się w cudzym łóżku. Dla Marty to był Dzień
Matki w przedszkolu, kiedy jej czteroletni syn z namaszczeniem i na cały
głos powiedział: Mamusiu, a ja ci życzę, żebyś nie piła tyle wódki. Matka
alkoholiczka to straszny stygmat. Stereotyp alkoholiczki – szmaty i
dziwki, zderza się tu ze stereotypem Matki Polki. „Nieobecność ojca w domu
jest w naszej kulturze zrozumiała. Nieobecni byli żołnierze, marynarze,
myśliwi, a więc fakt, że nieobecny alkoholik nie rujnuje porządku świata”
– pisze terapeutka Magdalena Ilnicka. Ojciec, który porzuca dzieci, to
drań i łobuz, matka – potwór zasługujący na śmierć społeczną. Picie kobiet
szybciej prowadzi do destrukcji rodziny, a jednocześnie mechanizm
wypierania choroby jest silniejszy, bo kobiety jak bastionu bronią pozycji
dobrej matki i żony.
Często picie zaczyna się niedługo po urodzeniu dziecka, sprzyjają temu
nowe obowiązki, zamknięcie w domu, poczucie odcięcia od świata. Powoli
dziecko, jak każda inna przeszkoda w piciu, zaczyna być zwalczane. Na
trzeźwo kac moralny jest nie do wytrzymania. Pijące matki robią coś, czego
same nie potrafią sobie darować. Koszmar konfrontacji z rzeczywistością,
do której doprowadziły, rodzi poczucie winy, które trzeba zapić. Tak
powstaje błędne koło. Magdalena Ilnicka twierdzi, że w zaawansowanej fazie
choroby posiadanie dzieci powoduje bardziej intensywne picie. U pijących
matek częściej też występują objawy psychopatologiczne: depresje, lęki,
paranoidalne myśli. Z drugiej strony częściej niż bezdzietne kończą
terapię, bo motywacja, by wyjść z choroby, jest u nich bardzo silna.
To idzie młodość
Ze wspomnianych już angielskich badań wyłania się jeszcze jedna grupa
ryzyka wśród pijących kobiet – w ciągu ostatnich 20 lat trzykrotnie
wzrosła liczba młodych (16–24 lata) pijących więcej niż 35 jednostek
alkoholu tygodniowo (to np. 35 piw lub 35 kieliszków wina). W Polsce nie
prowadzi się tak dokładnych obserwacji, ale z naszych statystyk też
wynika, że coś się tu zmienia. W latach 1989–1995 wśród nastolatków
nastąpił trzykrotny wzrost spożycia alkoholu, ale dziewczęta zapracowały
na niego bardziej niż chłopcy. W tym czasie liczba pacjentek na oddziałach
odwykowych podwoiła się, ale najmłodszych (do 19 roku życia) wzrosła
czterokrotnie.
– Młode dziewczyny piją fest, a wiek alkoholowej inicjacji stale się
obniża – potwierdza dr Luba Szawdyn. Niedawno miała do czynienia z
przypadkiem 10-letniej Joasi, która przed szkolną wycieczką zgromadziła
kilkanaście puszek piwa. Już w autokarze zaczęła częstować koleżanki, a
potem tak się upiła, że zaginęła i trafiła do izby wytrzeźwień.
To, że dziewczyny piją fest, widać choćby z internetowych blogów, w
których opisują imprezowe życie bez cenzury. Ooka, zwana również Karoliną,
„lubi pić wódkę z mety i spać na trawie, a jeszcze jak sobie rzygnie, to
już jest raj na ziemi”. Kana „lubi pić spirytus do czyszczenia silników
samolotowych i spać pod płotami. Kana, Kana zajebana od samego rana”.
Lifki z kolei „nie przegada nikt, chyba że jest bardzo napizgana i nie
jest w stanie już mówić, lubi po przepiciu odpoczywać w miejskich
krzakach. Zwykle po 4 piwach chodzi z uśmiechem od ucha do ucha i krzyczy:
ale się najebałam”. To blog skejt-szparek, dziewczyn hiphopowców, ale piją
nie tylko takie.
– Nieśmiałe, zakompleksione dziewczyny sięgają po alkohol, żeby przełamać
lęk przed ludźmi, lepiej się poczuć w towarzystwie, zaimponować chłopcom –
mówi Halina Ginowicz. – Piją dziewczyny z rodzin alkoholików, ale też te z
restrykcyjnych, wymagających domów. Kiedyś dwudziestolatka na naszym
oddziale to była rzadkość, dziś nikogo nie dziwi.
Trudne powroty
Wśród terapeutów długo pokutowało przekonanie, że kobiety leczy się
trudniej. W istocie tak było, ponieważ większość na zajęciach terapii
grupowej stanowią mężczyźni. Kobiety wolą relacje indywidualne. Efekty
leczenia poprawiły się, gdy do programu wprowadzono dodatkowe zajęcia w
kobiecym gronie.
– Rozmawiamy o tym, o czym trudno mówić przy mężczyznach. Przede wszystkim
o doświadczeniach seksualnych, bo wiele alkoholiczek to osoby molestowane
w dzieciństwie, inne z kolei miały po pijanemu niechciane kontakty. To
trzeba z siebie wyrzucić, a przed kobietami łatwiej się otworzyć –
tłumaczy Renata Kępka, terapeutka z Łukowa. – Druga grupa tematów to
relacje z dziećmi, obciążone ogromnym poczuciem winy.
Kobiecy alkoholizm jest bardziej skomplikowany w diagnozowaniu, bo bardzo
często połączony z uzależnieniem od leków psychotropowych, uspokajających,
nasennych, splątany z depresjami, nerwicami.
– Często maskowany jest depresją – mówi Halina Ginowicz. – Czasem trudno
ustalić, co było pierwsze: picie czy depresja.
Kobiety szybciej przepijają szacunek dla samych siebie, dlatego niełatwo
im odzyskać poczucie godności. Mężczyzna wraca z odwyku jak bohater witany
przez dumną rodzinę, która chucha i dmucha na jego trzeźwość. 9 na 10
alkoholiczek zostaje opuszczonych przez mężów (w przypadku mężczyzn
proporcja jest dokładnie odwrotna). Wracają ze spuszczoną głową, a rodzina
oczekuje, że jak już wypoczęła w ośrodku, to teraz szybko nadrobi, co
zawaliła.
– Zdarza się, że mężowie po prostu uniemożliwiają dalszą terapię –
opowiada Halina Ginowicz. – Mówią: najpierw cię nie było, bo chlałaś,
teraz cię nie ma, bo latasz na spotkania. Dosyć już tego wstydu.
Mimo wszystko między kobietami i mężczyznami nie ma wielkich różnic, gdy
idzie o skuteczność terapii.
Zdaniem dr. Jerzego Kamińskiego, ordynatora oddziału odwykowego w Łukowie,
wzrost liczby kobiet na odwykach jest w gruncie rzeczy zjawiskiem
pozytywnym.
– To prawda, pije coraz więcej, ale też coraz więcej ma odwagę się leczyć.
Dwanaście lat temu, gdy powstał ośrodek, trafiały do nas kobiety
zdegradowane, w bardzo zaawansowanej fazie choroby. To się na szczęście
zmienia.
Świadomość, że płeć nie jest żadnym zabezpieczeniem przed alkoholizmem,
staje się coraz bardziej powszechna. Im więcej się o tym mówi, tym lepiej.
Poczucie, że przytrafiło się to także innym, pomaga przełamać barierę
wstydu i podjąć decyzję o leczeniu. Kobiety ze świecznika potrafią już
mówić publicznie o chorobach, mastektomii, rozwodach. Na wyznanie choroby
alkoholowej odważyła się znakomita aktorka Stanisława Celińska i, ku
swojemu zdumieniu, spotkała się z bardzo pozytywnymi reakcjami.
– To strasznie trudne – przyznaje Anna Pietrzak. – Ludzie niby wiedzą, że
to choroba, ale jakaś zawiniona, degradująca. Odważyłam się, bo jednym z
kroków terapii AA jest niesienie pomocy innym.
Bożena Snella-Mrozik także długo zastanawiała się, czy podpisać książkę
własnym nazwiskiem. Pytała rodzinę o pozwolenie.
– Alkoholik żyje w strefie kłamstwa, w stałym lęku, że się wyda – mówi. –
Przestałam pić, przestałam się bać, przestałam kłamać. Powiedziałam
prawdę. I nic złego się nie stało. Świat się nie zawalił.
Joanna Podgórska
współpraca Dominika Makówka
Korzystałam m.in. z publikacji zamieszczonych w miesięczniku „Świat
problemów”. Imiona kilku bohaterek zostały zmienione.
Sześć kroków do piekła
Sześć objawów uzależnienia od alkoholu według 10 edycji Międzynarodowej
Klasyfikacji Chorób, Urazów i Przyczyn Zgonów (ICD 10). Do stwierdzenia
choroby wystarczą trzy z nich:
problemy z kontrolowaniem picia (powstrzymywaniem się od picia,
zakończeniem go czy ograniczaniem ilości wypijanego alkoholu);
wzrost tolerancji na alkohol, zwiększanie dawek do osiągnięcia pożądanego
stanu;
natrętna potrzeba picia, głód alkoholu;
objawy abstynencyjne (bezsenność, lęk, kołatanie serca, drżenie rąk,
pocenie się, nudności, biegunki, brak apetytu, tzw. padaczka alkoholowa) i
używanie alkoholu, aby się od tych objawów uwolnić;
utrata zainteresowań niezwiązanych z piciem (rodzina, dom, własny wygląd);
picie mimo szkód społecznych i zdrowotnych powodowanych przez alkohol.
|