Austria i Ja

 

W drugi tydzień ferii pojechałem z tatą na narty a austriackie Alpy. Zamieszkałem w hotelu Post w małej miejscowości Fusch położonej w dolince. Dookoła wysokie góry. W hotelu mieszkali sami Polacy. Kuchnia austriacka nie różni się zbytnio od polskiej, a więc na jedzenie odpowiadało mi.

Z Rzeszowa wyjechałem 1 lutego, o 11.00. Dojechaliśmy do Krakowa na14.00 i autobusem z biura ITAKA wyruszyliśmy w podróż; zabraliśmy osoby z Katowic i spotkaliśmy się z innymi autobusami z innych miast w Opolu. Przesiedliśmy się do autokaru zmierzającego do Austrii i o 20.00 Zaczęliśmy zasadniczą podróż. Jechaliśmy przez Czechy i prawie całą malowniczą Austrię.

W Fusch, miejscowości położonej w Salzburckim landzie znaleźliśmy się o 9.00 Następnego dnia. Przydzielono nielicznym pokoje, a że jestem na A to jako pierwszy dostałem klucz. Od razu przebrałem się i rozpakowałem. Bez odpoczynku ruszyłem z tatą na, schibus, który dowiózł nas do Studorfu, gdzie znajduje się wielka „fabryka” tzn. 30 wyciągów na 2000 m. Dobrze przygotowane trasy i wspaniałe warunki śniegowe utrzymywały się przez cały tydzień.

W pierwsze dwa dni słońce tak grzało, że wielu jeździło w samych podkoszulkach. Pogoda piękna jak i radosny nastrój, który przepełniał mnie. Około 15tyś. Osób na stokach, wiele narodów, kultur. Każda osoba inna, inny język, zachowanie i oczywiście umiejętności narciarskich.

Na stoku było wielu narciarzy – uczących się i profesjonalistów. Duża liczba snowboardzistów zaskoczyła mnie. Niestety po d koniec dnia 15-16 robiły się olbrzymie muldy, które bardzo przeszkadzały w jeździe, w jeden dzień były na 1 m.

Najdłuższa jazda ze szczytu miała 7km i była to czerwona 2. Nie chcę się chwalić, ale uzyskałem trzy rezultaty czasowe: 11min32sek (2 dzień); 13min42sek (4 dzień); 9min48sek (7 dzień). Obliczyłem, że podczas ostatniego zjazdu miałem prędkość 70 km/h.

Trasy były na różne umiejętności. Niebieskie dla szkółek, czerwone dla zaawansowanych i czarne dla mistrzów. Ściany nachylone pod kątem 70 stopni. W sumie nie było tak źle:)

Trzeciego dnia wybrałem się na lodowiec Kaprun 3200 m., Gdy wyjechałem na szczyt ukazał mi się niesamowity widok. Dookoła Alpy, szczyty mające powyżej 3000 m n.p.m. Z ciekawości poszedłem na skraj góry i pochyliłem się; to, co ujrzałem było niesamowite – przepaść na około 2 km; jeden krok od długowieczności; to trzeba zobaczyć, aby uwierzyć i zrozumieć uczucie, które ciągnie Cię w dół…

Wieczorami po obiado-koacji tata czytał książkę, a ja wychodziłem do baru grać w ping - ponga. Nie chwaląc się zostałem tylko raz pokonany, a grałem mnóstwo meczy. Z obsługą i gośćmi. Oczywiście atmosfera była wspaniała i czas szybko leciał, bo siedziałem tam do 3.00:) A więc towarzystwo miałem dobre.

W ostatni dzień, zrobiłem sobie odpoczynek i pojechałem do Zeel am See. Pozwiedzałem przeróżne bary i sklepy. Jednak to nie to jest fascynujące w tej malowniczej miejscowości. Olbrzymi jezioro, dookoła niego szczyty Alp. Całe zamarznięte. Porównywalne wielkościowo do Soliny i całe zamarzło. Ludzie przechadzają się po nim. Niesamowite, chodzić po jeziorze.

Podsumowując moje wspomnienia. Cały tydzień spędziłem jeżdżąc na nartach i odpoczywając. Zrelaksowałem się i odpocząłem od szkolnego gwaru. Poznałem nowe ciekawe osoby, poznałem częściowo kulturę austriacką. Niesamowite i niezapomniane widoki zostaną na zawsze w mojej pamięci.

 

Życzę każdemu takich przeżyć jak ja.