morą każdego polskiego dziennikarza jest
archaiczny zapis w prawie prasowym z 1989 roku mówiący o konieczności
dokonywania autoryzacji wywiadu. Czy każdy tekst trzeba autoryzować, jak
ominąć przepis prawny i co robić, jeśli nasz rozmówca nie zechce
autoryzować tekstu?
Michał Żebrowski w środowisku dziennikarzy zasłynął z wywiadu z samym
sobą. Kiedy po raz trzeci przyniósł do redakcji „Vivy!” tekst swojej
rozmowy, gdzie wszystkie pytania i odpowiedzi zostały napisane przez
niego, dziennikarze magazynu postanowili opublikować wywiad z ironicznym
podtekstem: „Michał Żebrowski rozmawia z Michałem Żebrowskim”.
Inaczej sprawa wygląda w przypadku polityków udzielających wywiadu dla
pism opiniotwórczych. Tutaj, gdy wstrzymuje on publikację, bądź odmawia
udzielenia wywiadu, podważa swój autorytet i wiarygodność. A na to nie
może sobie on pozwolić. Z kolei gdy wywiad udzielany jest gazecie, która
żyje z sensacji (tak zwane kolorowe pisma) redakcja musi godzić się na
znacznie większe kompromisy. Ewentualne spięcie na linii redakcja –
polityk oznaczać może utratę szansy na następne rozmowy…
Wszystkiemu winien jest ponad 14-letni zapis prawny w ustawie Prawo
Prasowe. Nakazuje on dziennikarzom dokonywanie autoryzacji wypowiedzi.
Polega to na dostarczeniu skryptu przeprowadzonego uprzednio wywiadu i
ewentualnemu naniesieniu poprawek przez bohatera rozmowy a tekst. Zapis
ten gwarantował – szczególnie politykom – możliwość wycofania się z
niezgrabnych sformułowań, czy opinii.
Zgodnie z przepisami każdy wywiad wymaga autoryzacji. Na szczęście
przeprowadza się ją na wyraźne żądanie rozmówcy – mówi Mirosława Laszuj,
wykładowczymi prawa w Wyższej Szkole Dziennikarskiej – Jednakże nigdzie
nie ma mowy o skutkach złamania tego przepisu, więc trudno jest mówić o
ewentualnym środku karnym – dodaje.
Prawo - prawem, a życie - życiem. Dziennikarze już dawno wypracowali
sposób na ominięcie tego przepisu. Autoryzacji nie wymagają żadne teksty
napisane przez dziennikarza. I tak, gdy polityk mówi: „- Premier winny
jest temu…” można napisać: „Zdaniem posła X, winien jest premier…”.
Dotychczas ujawniono nieliczne kulisy przeprowadzania wywiadów. Wywiad
Moniki Olejnik i Agnieszki Kublik z byłym ministrem obrony – Januszem
Pałubickim należy do grona tych nielicznych. Minister odmówił
autoryzacji, aby uniemożliwić publikację wywiadu „Gazecie Wyborczej”.
Gazeta jednak go wydrukowała dodając notatkę, iż wywiad nie został
autoryzowany. Podobnie postąpiła „Rzeczpospolita”, gdy chciała
opublikować wywiad z byłym wiceministrem MSWiA Krzysztofem Budnikiem.
Budnik przetrzymywał tekst tak długo, aż redakcja zdecydowała się
opublikować wywiad bez autoryzacji.
Autoryzacja istnieje tylko w Polsce. Co prawda w Niemczech istnieje
niepisana zasada pokazywania tekstu wywiadu rozmówcom przed publikacją,
ale nie stanowi to jakiegokolwiek wymogu prawnego. Przepis ten nie jest
w ogóle znany w USA, Francji, Włoszech, Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii.
Najgorzej sytuacja prezentuje się w mediach lokalnych. Tam dziennikarze
narzekają na kompletną niewiedzę swoich rozmówców o prawie prasowym, a w
szczególności przepisie mówiącym o autoryzacji.
- Zdarzyło mi się parokrotnie, że mój rozmówca żądał ode mnie
dostarczenia gotowego tekstu przed publikacją, w celu dokonania
autoryzacji tekstu – mówi Marek Nowicki, dziennikarz jednej z
białostockich gazet lokalnych – Odmówiłem, bo wypowiedzi tego polityka
pomogły mi zrozumieć sens sprawy – dodaje.
Autoryzacji w znaczniej grupie prasy samorządowej nie ma – tam wywiady
przeprowadzają ze sobą sami rozmówcy. – To absurdalne, ale tym blokuje
się nam miejsce na aktualne tematy dotyczące społeczności lokalnej –
mówi chcąca zachować anonimowość, redaktor „Głosu Wysokomazowieckiego” –
wielokrotnie otrzymywaliśmy służbowe polecenia, nakazujące nam
podpisanie się pod wywiadem, którego nie przeprowadzaliśmy. Doskonale
wiedzieliśmy, że przeprowadzili je sami samorządowcy.
żródło: .slowawsieci.com |