|
Robert Patoleta: - Do
tej pory nie odpowiedziałeś jasno na pytanie - dlaczego zmieniłeś
„Wiadomości” na „Fakty”?
Kamil Durczok: To jest
jasne. W pewnym momencie mojego życia zawodowego pojawiła się
propozycja objęcia szefostwa redakcji „Faktów”. Potem były rozmowy z
szefami stacji. Okazało się, że mamy podobne poglądy na telewizję. A
potem doszło do podpisania kontraktu.
- Co przeważyło?
Odebrałeś to jako szansę własnego rozwoju?
Każdy
z nas dziennikarzy ma głowę pełną pomysłów. Kiedy pojawia się szansa
na ich zrealizowanie, to się z niej korzysta.
- Czym różni się praca w
„Faktach” od pracy w „Wiadomościach”?
„Fakty” w większym stopniu są dziennikiem autorskim. Dziennikarze
zajmują się mniejszą niż w telewizji publicznej ilością tak zwanych
musików. Tam obowiązkowo relacjonuje się prace Sejmu, Senatu, bo takie
są zapisy Ustawy o Radiofonii i Telewizji. Taki jest charakter
instytucji, jaką jest telewizja publiczna i jej flagowiec, czyli
„Wiadomości”. Tutaj dziennik w większym stopniu kreowany jest przez
prowadzącego. Chcę szanować autonomię ludzi, którzy firmują ten
program własnymi twarzami. Do momentu, do którego nie jest to
sprzeczne z linią programową firmy, rzecz jasna.
- Pamiętam pierwsze
wydanie. Wyglądałeś na lekko stremowanego.
Jeśli
to było tylko trochę widać, to znaczy, że wyszło dobrze, bo byłem
stremowany całkiem mocno.
- Jakie miałeś
przemyślenia po programie? Co chciałeś zmienić?
O
19.26, po zakończeniu pierwszego wydania, pomyślałem sobie: „schody
zaczną się jutro”. Zwykle pierwszego dnia poza tremą wszystko idzie
zgodnie z planem, bo jest bardzo przemyślane i dopracowane. Drugi
dzień zawsze jest słabszy. I tak było tym razem. Coś się sypnęło,
jakiś ozdobnik nie pokazał się momencie w którym powinien. Byłem
swobodniejszy, ale na ekranie efekt był trochę gorszy niż pierwszego
dnia.
- Co postanowiłeś
zmienić?
Chciałem, żeby „Fakty” się trochę ożywiły. W ostatnich miesiącach
program toczył się wartko, ale według mało zaskakujących reguł.
Chciałem, żeby ludzie przed godziną 19 wstrzymywali oddech. Założenie
jest takie, że zagra element zaskoczenia. Będziemy pokazywać coś
nowego, innego i ważnego. Ludzie będą na to czekali. To bardzo długa
droga. Nie do osiągnięcia w miesiąc czy dwa.
- Do kogo kierujesz
„Fakty”?
Z
założenia większość dzienników w telewizjach kierowana jest do „general
audience”, więc „Fakty” też są kierowany do możliwie szerokiego grona
widzów. Widać jednak wyraźnie, że już teraz w przedziale wiekowym
16-49 lat wyraźnie dystansujemy telewizję publiczną. We wszystkich
grupach wiekowych „Wiadomości” wciąż są bardziej oglądane od „Faktów”,
ale robię wszystko, aby za jakiś czas było odwrotnie.
- Oglądalność pierwszych wydań „Faktów” z twoim
udziałem była znacznie większa niż oglądalność poprzednich. Wasz
dystans do „Wiadomości” zmniejszył się w pewnym momencie zaledwie do
300 tysięcy widzów.
W
pewnym momencie w udziałach w rynku byliśmy nawet mocniejsi.
- Jednak „Wiadomościom”
oglądalność nie spadła, co oznacza, że widzowie nie przeszli za tobą
ze stacji do stacji. Jaka może być przyczyna tego nagłego wzrostu
oglądalności „Faktów”?
W tej
chwili nie zajmuje mnie ekscytowanie się tym, że poszliśmy tak fajnie
w trzech pierwszych tygodniach, tylko jak ten trend utrzymać. Jak
utrzymać efekt nowości, który niewątpliwie zaistniał wraz z
pojawieniem się mojej twarzy w „Faktach”. W jaki sposób to
zainteresowanie przekuć w trend prowadzący do mojego celu, czyli
stabilnej i wyraźnej przewagi nad „Wiadomościami”.
- Jak zamierzasz tego
dokonać?
Każdy
ma walizeczkę swoich pomysłów. Pewnie Robert Kozak w „Wiadomościach”
też miał. Teraz już się pakuje, ale ktokolwiek przyjdzie na jego
miejsce, będzie miał cały zestaw środków, którymi będzie chciał
osiągnąć swój cel. Ja też mam taki zestaw środków. Trochę jest w moim
komputerze, trochę jest w głowie. Mnie się wydaje, że wiem, jak to
zrobić. A czy mi się uda, czas pokaże.
- Nie zdradzisz tajników?
Nie
zdradzę, poza tym co można określić jako pewien rodzaj mojego credo,
misji, czy myśli przewodniej. To musi być ważny i bardzo opiniotwórczy
program oglądany jednocześnie przez maksymalną ilość ludzi.
- Trudno jest połączyć opiniotwórczość z masowością.
Dlatego miałem ten komfort w czasie rozmów z prezesem Walterem, że
umawialiśmy się na coś konkretnego. To jest fajne w stacji prywatnej,
że się przychodzi i rozmawia z właścicielem, który wie jaka jest misja
jego programu. Robi się program maksymalnie oglądany albo program
referencyjny, sprofilowany dla wąskiego grona, taki jaki prowadzi
Romek Młodkowski w redakcji biznesowej. „Fakty” są pomiędzy
referencyjnością i tym, że trzeba je obejrzeć. Nie ma już medialnego
obrazu Polski i świata bez „Faktów”.
- Porozmawiajmy o
telewizji publicznej. Zaskoczył cię wybór Bronisława Wildsteina na
prezesa TVP?
Zaskoczył i nie zaskoczył. Nie zaskoczył, dlatego, że trudno mi było
uwierzyć w te wszystkie zapewnienia PiS-u, że zostaną wybrani
fachowcy, ludzie interesujący się rynkiem mediów elektronicznych.
Podział łupów w Krajowej Radzie jednoznacznie wskazywał, że wszystko
idzie w kierunku upartyjnienia. W tym sensie wybór Bronisława
Wildsteina nie był dla mnie żadnym zaskoczeniem. Zaskoczyło mnie to,
że ludzie myślący o telewizji publicznej nawet w kategoriach
partyjnego łupu, powinni zdawać sobie sprawę z tego, że ten łup będzie
o tyle cenny, o ile będzie mocny na rynku. W tym sensie wybór prezesa
ma kapitalne znaczenie. Za chwilę będziemy w naziemnej technologii
cyfrowej. Ludzie za pomocą trzech przycisków będą komponowali sobie
program.
- Wydaje mi się, że
telewizja publiczna nie do końca zdaje sobie z tego sprawę.
To
jest absolutnie słuszna uwaga. Tu dochodzimy do momentu w którym
oceniamy nowego prezesa. Czytałem z zainteresowaniem teksty Bronisława
Wildsteina w tygodniku „Wprost”, wcześniej w „Rzeczpospolitej”,
przedstawiające jego ogląd rzeczywistości. Nikomu jednak nie jest
znana jego działalność na rynku mediów elektronicznych.
- Powinien zostać w
prasie?
Nie
wiem, czy powinien zostać w prasie. Przyjmuję do wiadomości fakt jego
wyboru na stanowisko prezesa tak, jak kilka milionów widzów telewizji
publicznej.
- Czy takie pomysły
prezesa Wildsteina, jak połączenie redakcji „Wiadomości” i „Panoramy”
są według ciebie słuszne?
Łącząc te redakcje prezes Wildstein robi to samo, co jego poprzednicy.
Pod koniec prezesury Roberta Kwiatkowskiego doszło do rozdzielenia
tych redakcji pod anteny. Była przy tym ciężka dyskusja na czym ma to
polegać. Z jednej strony jest producent w postaci Telewizyjnej Agencji
Informacyjnej. Z drugiej strony jest zamawiający w postaci dyrektora
pierwszego czy drugiego programu. Wcześniej było tak, że „Wiadomości”
produkowała TAI. To samo było z „Panoramą” i „Teleexpresem”.
- Taki zabieg to kwestia
oszczędności?
Pewnie tak. Pewnie też jest to zabieg, żeby to nie dyrektorzy anten,
ale prezes miał wpływ na „Wiadomości”. Bronisław Wildstein
dotychczasową działalnością sam umieścił przymiotnik „bezstronny” w
swoim własnym opisie na entym miejscu. Jeśli w TAI linia programowa
miałaby być wizją świata a la Bronisław Wildstein, to serdecznie
współczuję moim kolegom, którzy zostali w „Wiadomościach”. Jego wizja
jest wyraźnie usadowiona po jednej ze stron.
- Co sądzisz o
zawieszeniu, a potem przywróceniu do pracy byłego dyrektora „Jedynki”
Macieja Grzywaczewskiego po tym jak powiedział, że twoja popularność
spowodowana była chorobą? Czy to nie jest taki ruch w stylu: „nie
chcemy pokazywać, że odgrywamy się za to, że Kamil Durczok przeszedł
do konkurencji”?
Nie
chcę tego komentować, bo nie wiem co kieruje ludźmi, którzy wiążą moje
dziennikarskie dokonania z moimi życiowymi przejściami. To ich sprawa.
Nie sądzę, żebym musiał dowartościowywać te sądy jakimś własnym
komentarzem.
- Kogo z innych mediów
chciałbyś widzieć w ekipie „Faktów”?
Powiedziałem w jednym z wywiadów, że jest taka osoba. Potem dostałem
30 telefonów: „stary, mogłeś powiedzieć po nazwisku, nie byłoby
problemów”. Pewnie ktoś jest, ale naprawdę nie jest to moja pierwsza i
najpilniejsza potrzeba. To nie jest tak, że gwałtownie poszukujemy
kogoś, dlatego że jakiś obszar działalności dziennikarskiej jest u nas
słabiej obsługiwany. Na razie nikogo nowego nie przewiduję.
- Programy informacyjne
powinny opierać się bardziej na osobowościach czy treści?
Na
jednym i na drugim. Nie odkryjemy Ameryki, jeśli stwierdzimy, że
telewizja stoi osobowościami. Ludzie oglądają programy dzięki temu, że
są tam ludzie, których lubią, szanują i do których mają zaufanie.
Słupki oglądalności „Wiadomościach” nie zmalały przez to, że Durczok
odszedł. Telewizja publiczna też jest bogata w talenty.
- Po twoim odejściu
żadna duża osobowość w „Wiadomościach” nie zaistniała.
Niezręcznie mi komentować to, czy zaistniała, czy nie. Ale ludzie
przyzwyczajają się do twarzy. To zresztą jest jeden z problemów
telewizji. Znikanie z anteny związane z tym, że prezesi się zmieniali,
odbywało się ze szkodą dla programu. Określenie „człowiek-kotwica”
wzięło się przecież od prowadzącego na którym program stale „wisi”.
- Za tobą ważny egzamin
– pielgrzymka papieska. Co było podczas obsługiwania tej wizyty
najtrudniejsze?
Pogoda (śmiech). Przez nią od niedzielnego wieczora
leżę w łóżku z przeziębieniem zamiast od poniedziałku prowadzić
„Fakty”. A poważnie - zamiast o problemach wolałbym mówić o
wyzwaniach. Wyzwaniem było sprawne pokazanie wszystkiego co ważne, a
co działo się w tak wielu miejscach, które odwiedził Benedykt XVI.
Stąd te nadzwyczajne środki techniczne – „Fakty” w Warszawie,
reporterzy w Polsce i w Niemczech, „Fakty” z Krakowa i z Balic.
Wyzwaniem było też oddanie atmosfery tej pielgrzymki. Innej przecież
niż pielgrzymki papieża Polaka. Wreszcie - walka o jakość materiałów -
o pokazanie tego, co najważniejsze i niezgubienie całej masy smaczków,
które też stanowiły o klimacie tej wizyty.
Rozmawiał Robert Patoleta.
www.patoleta.pl |