|
Łamanie praw pracowniczych w publicznym Radiu Szczecin chcą udowodnić
związani z rozgłośnią dziennikarze
Uważają, że mieli obowiązki jak etatowcy, ale żadnych praw - informuje
"Gazeta Wyborcza".
Na internetowej stronie Polskie Radio Szczecin ogłasza konkurs na
zakup licencji na audycje niezależnych producentów. Niżej - na
sprzątanie rozgłośni.
- To metafora tego, jak traktowani są dziennikarze - uważają Krzysztof
Soska, współpracujący z radiem od 1996 r., oraz Tomasz Chaciński, z
hukiem wyrzucony w maju. Obaj uważają, że PR Szczecin ich
wykorzystywało. Złożyli do sądu pozwy o ustalenie istnienia stosunku
pracy: Soska 28 grudnia, Chaciński pół roku temu. Chcą udowodnić, że
ich praca jako zewnętrznych producentów to tylko teoria. W
rzeczywistości robili wszystko, co dziennikarze na etatach, tylko
płacono im inaczej i mieli mniej praw - informuje "Gazeta WYBORCZA".
Jak podaje "GW" Soska prowadził popularne audycje: autorski "Budzik
polityczny" oraz "Kawiarenkę polityczną" i blok "Wszystko na gorąco".
Którą kiedy - dowiadywał się z tygodniowego grafiku. Od wiosny słychać
go na antenie coraz mniej. Nie przygotowuje już "Budzika..."
(przemianowanego obecnie na "Rozmowy pod krawatem"). Czuje się
szykanowany. Jak twierdzi - "bo jest niepokorny". W marcu np. na
tydzień odsunięto go od prowadzenia programów. Dlaczego? Przypuszcza,
że powodem był fakt, iż nie przeczytał na antenie prognozy pogody (nie
dostał jej na czas).
Za brak pokory wyleciał też Chaciński. Gdy w maju zaproponowano mu
niekorzystne zmiany w umowie (spółka mogła np. odmówić emisji
zamówionego programu bez podania przyczyn), chciał negocjować z
prezesem zarządu Zbigniewem Kosiorowskim. Tego samego dnia dostał
wypowiedzenie - podkreśla "GW".
Reprezentujący Chacińskiego radca prawny Stefan Mazurkiewicz twierdzi,
że zarząd PR Szczecin omija przepisy prawa pracy. - Rzekomi producenci
zewnętrzni pracują na radiowym sprzęcie, w wyznaczonym czasie i
miejscu, osobiście i za wynagrodzeniem, podlegają hierarchicznej
strukturze - wylicza. - To oznacza zatrudnienie na podstawie stosunku
pracy, bez względu na nazwę zawartej przez strony umowy - czytamy w "GW".
Prezes Kosiorowski uważa, że wszystko jest legalne. W rozmowie z
"Gazetą" (nie chciał jej autoryzować, chociaż wie, że jest nagrana -
sam też ją nagrywał na drugi dyktafon) stwierdził m.in., że obaj
dziennikarze mają firmy, numery w rejestrze, możliwość zatrudniania do
audycji innych osób.
- To nieprawda - protestuje dla "GW" Soska. - W kontraktach mamy
zapis, że nie możemy powierzyć produkcji osobom trzecim bez zgody
spółki.
Prezes przyznał, że zewnętrzni producenci pracują na należącym do
radia sprzęcie. Podkreślał jednak, że muszą za to płacić i pokrywać
koszt energii.
Dziennikarze pokazują dokumenty, z których wynika, że od października
do grudnia 2003 r. producenci płacili radiu 1 proc. od wartości
kontraktu. Potem nic. Od lipca tego roku znów płacą - 25 zł
miesięcznie. W sumie należności były pobierane przez dziewięć
miesięcy. Soska pracuje od ośmiu lat, Chaciński pracował siedem.
Do ogłoszonego przez radio konkursu na licencje można było zgłaszać
się do 31 grudnia 2004 roku. Zbuntowani dziennikarze uważają, że
składanie ofert to fikcja, bo wygrają nie najlepsi, tylko ci sami,
którzy wcześniej robili konkretne programy. - Mogę przed ogłoszeniem
wyników dać w zaklejonej kopercie wykaz, co kto dostanie - deklaruje
Soska.
W wykazie audycji jest np. godzinne podsumowanie wydarzeń w kraju i na
świecie "z udziałem materiałów korespondentów zagranicznych". Z góry
wiadomo, że może go zrobić tylko BBC. Program "Stargard na antenie"
przypadnie dziennikarzowi mieszkającemu w tym mieście. Konkursowe
reguły są miejscami groteskowe. Sąd konkursowy ma np. oceniać oferty
na czytanie tzw. trafików (komunikatów dla kierowców) czy serwisów
informacyjnych.
Kosiorowski tłumaczy, że musiał zrobić konkurs, bo w październiku i
listopadzie zewnętrzni producenci zaczęli osiągać zarobkowy próg 6
tys. euro, po przekroczeniu którego licencje na audycje podlegają pod
ustawę o zamówieniach publicznych. Dlatego trzeba było wypowiadać
umowy i odsuwać producentów od anteny.
- Tylko niektórych - twierdzi Soska. Dziennikarz wysłał protesty do
radia i Urzędu Zamówień Publicznych, w których wytyka błędy w
zastosowaniu procedury konkursowej.
Prezes Kosiorowski twierdzi, że Soska to jedyny niezadowolony. Wg
Gazety Wyborczej niezadowolonych jest znacznie więcej. |