--== EUROPRZEKRĘT 2003 ==--



W chwili gdy Artur Orzech ogłaszał zwycięzcę Krajowego Finału Konkursu „Eurowizja 2003”, na odebranie czekało 300 tysięcy SMS-ów. Organizatorzy zdecydowali się pominąć je w ostatecznym werdykcie. Dlaczego? „Gdybyśmy czekali z ogłoszeniem wyników, pozbawilibyśmy nasze widowisko... dramaturgii” – wyjaśnił nam Marek Sierocki. Dramaturgia została więc zachowana kosztem... wiarygodności. Nie wiadomo, czy po zsumowaniu wszystkich głosów do Rygi pojechałby zespół Ich Troje, bo Wilki w momencie zablokowania się telefonów miały zaledwie o 4 tysiące SMS-ów mniej, zaś po przeliczeniu wszystkich głosów okazało się, że różnica między Wilkami a Ich Troje wyniosła mniej niż 3 procent, a nie, jak podano w sobotę w nocy, ponad 11 procent. W sumie zespół Ich Troje zdobył 31,8 procent wszystkich oddanych głosów, Wilki – 29,2 procent, a Blue Café – 17,2 procent.

Regulaminowe 15 minut

TVP uznała za oficjalne wyniki z soboty, bo regulamin przewiduje, że można brać pod uwagę głosy zliczane tylko przez 15 minut. „Na przyszłość zrobimy wszystko, żeby takich sytuacji uniknąć” – obiecał kurtuazyjnie Jakub Szymański, szef projektów medialnych TVP, który wcześniej zapewniał, że ze strony telewizji wszystko było OK, że to zawiodła telefonia komórkowa. Z kolei przedstawiciele telefonii oświadczyli, że „wszystkie SMS-y, które wysłano prawidłowo, natychmiast były przekazywane firmie „Matrix”, odpowiedzialnej za zliczanie głosów telewidzów w zaproponowanym systemie. Działamy zgodnie ze standardami światowymi!” – dumnie podkreślano.
Wszystkich głosów nie policzono. Do poniedziałku dotarło ich 295 tysięcy, a w sobotę TVP przyznała się do 36 600 SMS-ów, chociaż organizatorzy krajowych eliminacji do konkursu „Eurowizja 2003” uważają, że kolejność trzech pierwszych miejsc i tak nie została zmieniona. Mimo to głosujący (także wysyłając e-maile do naszej redakcji) sugerowali, że to, co ich spotkało, to był zwykły przekręt i najprawdopodobniej nigdy nie dowiemy się, kogo tak naprawdę wybraliśmy na naszego reprezentanta w Rydze. Jedno jest pewne: ósmym polskim wykonawcą w konkursie Eurowizji będzie „firma” Michała Wiśniewskiego.

SMS-owy skandal

Skandalem było już to, że w ciągu pierwszych pięciu minut głosowania po prostu nie można było wysłać żadnego SMS-a. Coś się zablokowało, coś się popsuło, coś wysiadło... W holu przed studiem koncertowym rozlegały się głośne przekleństwa. Wszyscy próbowali wysłać SMS-a, udało się to jedynie najbardziej wytrwałym. Na przykład telefon dyrektora muzycznego TVP 1, Marka Sierockiego, zadziałał dopiero za szóstym podejściem. „Telefonia się w Polsce zatkała” – skwitował całe to zamieszanie Jakub Szymański. W ciągu regulaminowego kwadransa przyjęto zaledwie 36 tysięcy głosów. Opinię pozostałych 300 tysięcy Polaków, którzy wzięli udział w głosowaniu i których głosy utknęły gdzieś w kosmosie, organizatorzy krajowego finału po prostu zlekceważyli. Pisze do ANGORY nasz czytelnik, „Bober” z Tarnowa: „Po wybraniu literki i wpisaniu numeru czekała mnie niemiła niespodzianka. Niestety, próba wysłania wiadomości nie powiodła się. – Co jest? Czyżby Nokia siadła? – pomyślałem. Ponowiłem próbę, ale bez rezultatów. Dla pewności wysłałem inne wiadomości do kolegów, a także zadzwoniłem pod numer domowy. Wszystko działało. Spróbowałem wysyłać SMS-y z innymi literami, ale z równie mizernym skutkiem. Po 10 minutach dostrzegłem przewijający się w dole ekranu pasek z napisem „zakończyliśmy głosowanie!!!”. To już przesada! Nie dość, że nie można oddać głosu, to jeszcze „kantują” na czasie. Trudno mi uwierzyć, że to liczenie nie było „ustawione”. Naprawdę coś tu nie gra. Linia mogła być zakorkowana, z tym się zgodzę, ale ten szybki pomiar głosów... No, no! Gdyby takie maszyny miał minister finansów, to nie musielibyśmy się martwić o nasze finanse”. Z kolei dziennikarz śląskiej gazety „Głos Zabrza”, Przemysław Jarasz, napisał do mnie w obszernym liście: „Mnie udało się wysłać SMS-a i telefon poinformował mnie, że wiadomość została wysłana. Czekałem na potwierdzenie zwrotne, że wiadomość dotarła, ale takowe nie nadeszło. Następnego dnia otrzymałem raport operatora sieci telefonicznej, że mój głos na numer konkursowy nie został wysłany! Kiedyś podobna sytuacja „nocnych” SMS-ów zdarzyła się twórcom „Big Brothera”, ale oni potrafili się przyznać do tego, że nadeszło zbyt wiele wiadomości, które spływały nawet po zakończeniu programu. To była nauczka dla telewizji komercyjnej. Jak widać, telewizja publiczna zupełnie odpuściła sobie temat i – jak się domyślam – podała szczątkowe wyniki. Nie wspominając już o tych, którzy nie zdołali w ogóle zagłosować na swego ulubieńca. I w takich to okolicznościach TVP święci tryumf pierwszego w historii głosowania telewidzów, które wyłoniło polskiego finalistę konkursu „Eurowizji”. Całe to głosowanie uważam za przekręt. A może zwycięzca z góry był znany?”.
Inni czytelnicy wręcz krzyczeli w swoich listach: „To skandal. Nie wiadomo, jaki byłby wynik, gdyby uczciwie zliczono wszystkie głosy!”. Serwis www.eurowizja.com. apelował: „Uważamy, że Telewizja Polska nie miała prawa ogłosić, kto zostanie zwycięzcą krajowego finału, dopóki nie zostały policzone wszystkie otrzymane głosy, nawet jeśli nie zmieniłoby to końcowego wyniku”.

„Hańba!”

Publiczność, która wypełniła telewizyjne Studio-5, werdykt przywitała... gwizdem. Gwizdano także na korytarzu i w bufecie, gdzie zgromadzili się członkowie ekip poszczególnych wykonawców. Ktoś nawet krzyknął: „Hańba!”. Pokonani przez Ich Troje wykonawcy nie chcieli głośno komentować wyników konkursu. Szybko chowali się w swoich garderobach i równie szybko wymykali z gmachu telewizji na Woronicza. Wszyscy sprawiali wrażenie rozgoryczonych. Tymczasem lider Ich Troje nie posiadał się ze szczęścia. Wiśniewski powiedział tuż po koncercie: „Najpierw pójdę na wódeczkę, a potem znowu zacznę się denerwować”. 7 marca Ich Troje ponownie weźmie udział w eliminacjach konkursu „Eurowizji”. Tym razem w konkursie... niemieckim. Może się więc zdarzyć, że w Rydze Wiśniewski zaśpiewa dwa utwory: „Bez granic” jako Polak i „Liebe macht Spass” jako Niemiec.
Polskie „przedbiegi” przed najważniejszym festiwalem piosenki pop w Europie zorganizowano w tym roku po raz pierwszy. Dotychczas reprezentantów naszego kraju na konkurs „Eurowizji” typowało tajemnicze jury, którego rola tym razem ograniczyła się do wyboru 14 spośród 43 zgłoszonych utworów. Ostateczny werdykt miały podjąć miliony telewidzów. SMS-owy niewypał dopuścił do głosu zaledwie 36 tysięcy Polaków. 24 maja okaże się, czy mieli rację, głosując na Ich Troje.

Na kuluarowej giełdzie

Polska zadebiutowała w 1994 roku na konkursie „Eurowizji” w wielkim stylu. Reprezentująca nas wtedy Edyta Górniak wyśpiewała drugie miejsce. Kolejni Polacy wypadali już dużo gorzej. Justyna Steczkowska zajęła 18 miejsce, Kasia Kowalska – 14, Anna Maria Jopek – 11, grupa Sixteen – 17, Mietek Szcześniak – 18, a „Piasek” – 20. Michał Wiśniewski mówi, że (cytat z jego wypowiedzi dla Teleexpressu) „w Rydze interesuje mnie tylko zwycięstwo”.
Na kuluarowej giełdzie najlepsze notowania miały Wilki i Blue Café. To ich najczęściej wymieniano jako tych, którzy mogą zdetronizować faworyta mas, czyli Ich Troje. Michał Wiśniewski – choć wszyscy z jego „świty” widzieli go już w roli zwycięzcy na długo przed konkursem – nie czuł się pewnie w dniu koncertu rozstrzygającego o tym, kto pojedzie do Rygi. W czasie prób właściwie nie wychodził z garderoby, unikał rozmów z dziennikarzami i fanami, sprawiał wrażenie zdenerwowanego. Nie on jeden... Bardzo zdenerwowana była także Katarzyna Kanclerz, szefowa marketingu wytwórni płytowej wydającej albumy Ich Troje, która z uwagą przyglądała się próbom konkurencji. Kiedy usłyszała na żywo „Here I Am” Wilków, zadrżała o los piosenki swojego pupila. Widocznie zdała sobie sprawę, że Wiśniewski wokalnie nigdy nie dorówna Gawlińskiemu, ale jakby zapomniała, że jedynej w swoim rodzaju, porywającej tłumy widowiskowości Michała nigdy nie przebije elegancja, subtelność i wrażliwość Roberta.

Za kulisami

W podłym nastroju był też od rana Robert Janson, który do konkursu wprowadził aż dwie swoje kompozycje: „Time” w wykonaniu czarnoskórej Adieu i Krzysztofa Antkowiaka oraz „Sonny” w interpretacji Varius Manx. Wokalistka zespołu Monika Kuszyńska jak zwykle wyglądała świetnie (jest obecnie jedną z najładniejszych młodych piosenkarek), ale wokalnie musi jeszcze dużo pracować ze swoim profesorem śpiewu, Dariuszem Grabowskim, u którego dawno nie była.
Próby przed finałowym koncertem trwały dwa dni, ale dopiero podczas tej najważniejszej – generalnej – większości wykonawcom (głównie faworytom) puściły nerwy. Robert Gawliński błądził wzrokiem po sufitach telewizyjnych korytarzy i cały czas uparcie milczał, członkowie Blue Café stali w zwartej grupie i nerwowo chichotali, Wiśniewski co kilkanaście minut wymykał się pod osłoną ochroniarzy z garderoby i zamykał się w... ubikacji (nawet tam zabierał ze sobą puszkę „Red Bulla”), Stachursky nagle zniknął na kilkadziesiąt minut, a Magda Femme szukała pocieszenia w ramionach wokalisty grupy Spotlight, z którym tego wieczoru miała śpiewać w duecie. Przygnębiający nastrój najprawdopodobniej udzieliłby się wszystkim obecnym w gmachu telewizji, gdyby nie... Edyta Górniak: dowcipna jak nigdy dotąd, rozszczebiotana, roześmiana i pełna niespożytej energii.

Supergwiazda w policyjnej czapce

Mająca wystąpić w roli gwiazdy piosenkarka była w doskonałym nastroju. Z satysfakcją eksponowała swój płaski jak deska brzuch i śmiała się zaraźliwie, opowiadając dowcipy o swej rzekomej ciąży.
Trzeba przyznać, że nawet w „cywilnym” stroju (dżinsowa kurtka, króciutka bluzeczka i obcisłe spodnie) wyglądała olśniewająco, a kreacją sceniczną, zaprojektowaną przez najlepszego obecnie projektanta mody dla gwiazd Macieja Zienia (seksowny, uroczy top z jedwabnej dzianiny i minispódniczka z satyny, wszystko w kolorze krwistej czerwieni, do tego długie, czarne, zamszowe buty) udowodniła, że na taki strój może sobie pozwolić tylko modelka lub tancerka o nienagannej figurze. Edyta po prostu oczarowała wszystkich. Jej wdziękowi nie oparł się, przypadkowo obecny w gmachu na ul. Woronicza, komendant główny policji. Pozwolił piosenkarce przymierzyć swoją służbową czapkę, a widząc, jak bardzo podoba się ona Edycie, obiecał, że ofiaruje jej wkrótce podobne nakrycie głowy. Kilkadziesiąt minut później do garderoby panny Górniak zastukał posłaniec z Komendy Głównej Policji z przesyłką od samego komendanta. W szarej kopercie była miniaturowa niebieska czapeczka...
Oprócz wybornego nastroju Edyta Górniak miała tego dnia także wyśmienitą formę. Jej występ, choć zdecydowanie za krótki, był popisem profesjonalizmu, dobrego smaku i rozrywki na najwyższym poziomie. Pokazała, że nie tylko wspaniale śpiewa, ale i znakomicie tańczy! Niestety, nie można tego powiedzieć o drugiej gwieździe koncertu, Beacie Kozidrak, „zakontraktowanej” przez TVP, zanim jeszcze wiadomo było, czy Edycie uda się przyjechać 25 stycznia do Warszawy. Edyta przyjechała, ale organizatorzy nijak nie mogli już odwołać Bajmu, więc mogliśmy podziwiać fatalny dobór kreacji pani Beaty, trącący prowincjonalizmem.
Po zaprezentowaniu tylko jednego utworu Edyta opuściła studio i odleciała do Niemiec, gdzie obecnie odbywa trasę koncertową. Niemcy są nią zachwyceni, nazywają prawdziwą seksbombą muzyki pop i drugą Kylie Minogue, która, co prawda, nie ma głosu, ale umie robić wspaniały show.

Tylko trzy minuty na estradzie

Regulamin „eurowizyjnego” konkursu jest niezwykle rygorystyczny i surowo egzekwowany. Żadna z piosenek nie może trwać dłużej niż trzy minuty, na scenie może się znajdować najwyżej sześć osób, zaś wszystkie utwory muszą być wykonywane z półplaybacku (muzyka z playbacku, wokal na żywo). Regulamin pozostawia wykonawcom pełną dowolność praktycznie tylko w kwestii doboru scenicznego... stroju. Podczas polskiego finału do konkursu Eurowizji mogliśmy więc, słuchając piosenek, zapoznać się z najnowszymi trendami w światowej modzie, bo – przynajmniej pod tym względem – wszyscy wykonawcy (poza paroma wyjątkami) stanęli na wysokości zadania i zaprezentowali się z jak najlepszej strony. I tak: Magda Femme (śpiewając na żywo, obnażyła swoje poważne niedostatki głosowe, na szczęście wsparła się wokalnie na tajemniczym koledze z zespołu Spotlight) zupełnie oszpeciła się, wkładając sukienkę ze starej firanki, zaprojektowaną przez szalonego i niekiedy w ogóle nie do przyjęcia w swojej wywrotowej estetyce projektanta Arkadiusa, Monika Kuszyńska – bardzo efektowny i wizyjny biało-czerwony kostium z orłem na piersiach, uszyty przez tandem Paprocki-Brzozowski, uczesana świetnie przez Piotra Domosławskiego, z make-upem Sebastiana Jerycha, Tatiana Okupnik – wściekle różowy sznurowany gorset, wymyślony przez nią samą, a uszyty przez zaprzyjaźnioną z wokalistką krawcową, jak zwykle przesadnie odsłaniający chudziutkie ramiona, fatalnie wystrzyżona a` la wróbel. Jej maniera wokalna nie wszystkim odpowiada, a przecież stać ją na pokazanie ładniejszej, bardziej zmysłowej barwy głosu. Stachursky – superelegancki garnitur z kolekcji firmy odzieżowej... Stachursky (doskonale dobrany strój przesłonił nawet szereg potknięć intonacyjnych...), Robert Gawliński – białe jak śnieg spodnie niewiadomego pochodzenia (za to wokal na najwyższym poziomie), panowie z Blue Café – krzykliwe kolorystycznie kostiumy rodem z amerykańskiej prowincji lat 60., bracia Cugowscy – dostępna we wszystkich butikach „odzieżowa masówka XXI wieku”, czerwono-czarny irokez na głowie Piotra całkowicie oszpecił utalentowanego (po ojcu) wokalistę. Tylko członkowie Ich Troje nikogo nie zaskoczyli swoimi kostiumami, bo wyglądali tak jak zawsze (barokowy przepych jest przecież ich znakiem rozpoznawczym). Stroje dla nich zaprojektował młody, utalentowany projektant z Łodzi Grzegorz Kacperek, fryzury i make-up Jarek Korniluk. Muzykę do specyficznej, acz bardzo aktualnej tematycznie (wchodzimy do Unii!) piosenki festiwalowej skomponował Andre Franke (kompozytor niemiecki), tekst niemiecki napisał Joachim Horn-Bernges, tekst polski – Jacek Łągwa i Michał Wiśniewski.
Pierwszy polski finał do konkursu „Eurowizji” przejdzie do historii przede wszystkim jako ogromna wpadka operatorów krajowych sieci komórkowych. Na szczęście technika okazała się bardziej łaskawa dla organizatorów telewizyjnego widowiska, którzy przygotowali całkiem przyzwoite show i udowodnili tym samym, że są gotowi zrealizować w przyszłym roku europejski finał konkursu. Oczywiście, pod warunkiem że zespół Ich Troje wygra konkurs w Rydze... A jeśli poniosą porażkę? Wtedy, z czystym sumieniem, będziemy mogli zrzucić całą winę na nasze telefony komórkowe, które za nic na świecie nie chciały w sobotę wysłać SMS-ów na Wilki, Blue Café czy Stachursky’ego...