|
Dostaje Pani listy z propozycjami matrymonialnymi?
Matrymonialne? Nie. Pamiętam list od pana, który bardzo ciepło i dużo
mówił o swoim synu mieszkającym w Stanach. Że jest wykształcony i do
wzięcia. Podejrzewam, że to była mała sugestia.
Pytam, bo jest Pani osobą publiczną, a bycie nią to nie tylko
rozdawanie autografów...
Pewnie to się jakoś przekłada na to, iż ludzie spodziewają się mnie w
różnych miejscach, albo że zabiorę głos na ważne tematy.
Zaczepiają Panią na ulicy?
Nie wiem, czy to można nazwać zaczepianiem, ale tak. Zaczepiają w
różny sposób – uśmiechem, zadaniem pytania: czy to Pani, jak Pani to
robi, że zbiera tych gości, jak to się dzieje, że oni tyle mówią w
studiu. Zdarza się też, że ktoś zaczyna opowiadać swoją historię...
Czy od pracy można się uzależnić?
Zdarzają się takie przypadki na świecie. Myślę, że można...
A Pani jest uzależniona?
Myślę, że nie. Uzależnienie to coś takiego jak nałóg, coś, z czym
bardzo trudno zerwać. Mogłabym przestać robić to, co robię w tej
chwili, i nic by się nie stało. Nie będzie dla mnie tragedią, że nagle
przestanę pracować w telewizji czy jako dziennikarz. Mam nadzieję, że
będę umiała znaleźć sobie nowe miejsce na ziemi.
Nie jest Pani zmęczona pracą ciągle przy jednym i tym samym
programie?
Nie, dlatego że w Rozmowach w toku pracuję tylko dwa lata. Tutaj każdy
program jest inny i to powoduje urozmaicenie. To nie teleturniej,
który opiera się na tych samych zasadach, gdzie zmieniają się tylko
pytania. Dlatego ten program ma szansę dłużej być zajmujący.
Wcześniej pracowała Pani w radiu. Które dziennikarstwo jest lepsze:
radiowe czy telewizyjne?
Nie da się tego tak porównać. Każde jest inne, choć podstawa jest ta
sama – to, że chce się poruszać ważne problemy. W radiu jest się
bardziej samodzielnym, a w telewizji człowiek zależy od zespołu. Złe
ujęcie, niewłaściwe światło, wszystko to sprawia, że widz przestaje
się skupiać na tym, co mówię, tylko zaczyna patrzeć na to, jak
wyglądam. A wtedy można sobie mówić... Na szczęście mam świetną ekipę,
która mnie czuje i której zależy na programie.
Czy można się zdystansować od tych wszystkich intymnych,
dramatycznych problemów, które poruszane są w programie Rozmowy w
toku?
Uważam, że dystans w ogóle jest dobry w życiu. Mam na myśli zdrowy
dystans. Jeśli człowiek za bardzo się zaangażuje, to traci jasność
widzenia. Potrzebne jest takie spojrzenie z boku. Dystans bez
dookreślenia „zdrowy” kojarzy mi się z chłodem i obojętnością. Wydaje
mi się, że mnie to jeszcze nie dotyczy.
Zgadzam się z tym, że dziennikarz powinien stać z boku, powinien
być obiektywny. Ale powinien również podchodzić do tematu bez emocji.
A jednak na wizji Pani pokazuje emocje...
Dziennikarz nie może być głazem. Mówi się, że powinien być białą
kartką, na której jeden zapisuje coś po to, by drugi mógł odczytać...
To prawda, kartka nie ma emocji, nie ma uczuć. Jednak... bez emocji
trudno trafić do rozmówcy. Czy można zyskać jego zaufanie, jeśli jest
się wyłącznie beznamiętnym mózgiem spisującym ludzkie historie?
Ma Pani świetny kontakt z gośćmi, widownią. Może Pani zdradzić, jak
to się robi?
Nie umiem powiedzieć, jak to się robi. Może trzeba być otwartym? To
tak jak z nauczycielem. Można przyjść na lekcję, zrobić wykład i
wyjść. Jednak kiedy nie ma interakcji, nie reaguje się na to, co
dzieje się w klasie, to nie jest się dobrym nauczycielem. Trzeba być
otwartym i słuchać tego, co ludzie mówią, ośmielić ich po to, żeby
czuli się swojsko. Widz ma się czuć jak u siebie w domu.
A nie jest to kwestia kursów socjotechnicznych, gdzie uczą, jak
odpowiednio pytać?
Nie przechodziłam żadnego kursu socjotechnicznego. Uważam, że nauczyli
mnie tego ludzie, których spotkałam w życiu. To także kwestia tego, że
byłam tak, a nie inaczej wychowana. Myślę, że to cecha mojego
charakteru, która musiała się jeszcze gdzieś tam ugruntować, chociażby
przez to, że chodziłam do sześciu szkół podstawowych. Musiałam umieć
odnajdywać się w nowej rzeczywistości. Spróbować nie być obca w
klasie, dla własnego dobra.
Gdzie jest granica dobrego smaku? Kiedy Pani wie, że więcej pytać
nie wolno, nie trzeba?
Czuje to, bo powstaje bariera między mną a mówiącym. To widać w jego
oczach. Wiem, że dalej nie mogę pytać, bo gość nie chce. Kiedy jednak
pada pytanie, to właśnie jest przekroczenie tej granicy.
Jak zobaczyć tę granicę?
Właśnie słuchać i patrzeć. Myślę, że to także kwestia tego, jak dużo
się obcuje z ludźmi.
Jak Pani ocenia dzisiejszą młodzież?
Żałuję, że nie mam bliskiego kontaktu z młodzieżą. Myślę, że jest inna
niż młodzież z moich czasów.
Mają więcej możliwości?
Tak. Jest też bardziej odważna. Pamiętam, kiedy pojechałam do Stanów
na stypendium i zobaczyłam, jak wyglądają zajęcia studentów
amerykańskich, byłam w szoku. Tam był las rąk tych, którzy chcieli o
coś zapytać prowadzącego zajęcia... U nas wszyscy się bali. Na
wykładzie nikt się nie odzywał. Nie wiem, jak jest teraz. Pewnie się
trochę zmieniło, bo ludzie wiedzą, że jeżeli nie nauczą się na
studiach, to później nikt ich tego nie nauczy. Dobrze, że młodzież
przestała się bać pytać i wyrażać swoje zdanie. Trzeba sobie też
powiedzieć, że dzisiaj tworzą się dwie coraz bardziej oddalające się
od siebie grupy młodych: ci, którzy wiedzą, czego chcą i
systematycznie dążą do wyznaczonego celu, i ci, którzy, niestety, mają
dużo większe szanse niż kiedyś, żeby wpaść w złe towarzystwo i spaść
na dno. To jest w tej chwili łatwiejsze i bardziej krzykliwe niż
kiedyś.
Płakała pani kiedyś w czasie programu?
Oczywiście. Czasami prawda jest tak bolesna, że nie wytrzymuję. Ale
naprawdę rzadko to pokazujemy. To nie jest program pt. Ewa płacze. Bo
Ewa potrafi też się śmiać. Ale generalnie muszę być silna dla moich
gości. Nagrywam dwa programy dziennie. Mam taką niepisaną umowę z
producentem, że jeśli jeden z nich porusza bolesny problem, drugi jest
o tematyce lżejszej. I to mi daje zastrzyk energii, żeby się
zmobilizować do trudnego nagrania.
Przy tych trudnych nagraniach nie potrzebuje pani czyjegoś
wsparcia?
Nie. Ale czasami trzeba porozmawiać o tym, co się właśnie zrobiło,
zastanowić się, czy było dobrze, czy może należałoby nad czymś
popracować. Rozmawiam o tym z ekipą. Po nagraniu czytam scenariusz na
następny dzień, omawiam szczegóły, dopracowuję detale...
Ale zwierza się pani swojej wizażystce Marysi?
To naturalne, ponieważ jest pierwszą osobą, która ma ze mną kontakt
przed i po programie. Jest tez obecna w czasie nagrania. Człowiek
odczuwa potrzebę sprawdzenia na gorąco, jak było, czy się program
podobał, jak reagowała publiczność, której nie jestem w stanie całej
obserwować. Radzę się Marysi, pytam np., jak zadać jakieś trudne
pytanie.
Potem jedzie pani do domu i...?
Są takie dni, że wracam w całkowitej ciszy. Są i takie, że włączam
radio, słucham, jak ktoś inny mówi o problemach i to wcale nie
lżejszych, np. o wojnie. Niekiedy słucham po prostu muzyki. Prawdą
jest jednak, że w domu bardzo lubię ciszę.
Okazało się kiedyś, że historia opowiedziana przez pani gościa
została przez niego wymyślona?
Może nie wymyślona, ale wydawało nam się, że jest mało wiarygodna.
Przez to, że nie byliśmy w stanie jej potwierdzić, sprawdzić po
drugiej stronie.
Co jest po tej drugiej stronie?
Czasami policja, sąd, ludzie, którzy zrobili krzywdę naszemu
bohaterowi, świadkowie...
Policja i sąd nie zawsze mogą czy chcą udzielać informacji.
Od tego jesteśmy dziennikarzami, by sobie z tym poradzić. Jeśli dla
mnie coś jest niejednoznaczne, znaczy, że nie jest do wzięcia.
Mariusz Szczygieł opowiadał kiedyś, że do programu „Na każdy temat”
zgłosił się mężczyzna, który współżył ze świnią, ale ze względu na
drastyczność sprawy został odrzucony. Czy jest jakiś temat, którego by
pani nie poruszyła?
Tak skrajnej historii nie miałam. Ale czasem trzeba się zastanowić,
czy temat może być wyemitowany o godz. 18, gdy przed telewizorami
siedzą rodziny z dziećmi, czy może lepiej w nocy. Kiedy mam trudny
przypadek, zawsze radzę się specjalistów. Bywa też, że historia jest
sprawdzona, a jednak nie wchodzi do programu. Dzieje się tak, gdy mamy
uzasadnione podejrzenia, że wystąpienie publiczne może tę osobę
skrzywdzić.
Czy przed akcją „Zły dotyk” miała pani program poświęcony
pedofilii?
Tak. Była kiedyś u nas matka dziewczynki molestowanej przez sąsiada.
Córeczka w wieku 4 lat powiedziała jej: „A jaj wiem, skąd się biorą
dzieci”. Matka się nie przejęła; pomyślała, że mała dowiedziała się o
tym na podwórku. Rok później dziewczynka wróciła do domu roztrzęsiona,
zamknęła się w łazience i zaczęła histerycznie płakać. Okazało się, że
sąsiad, niemal przyjaciel, od dawna zmusza ją, aby: „Dotykała go w
ptaszka”.
To pewno od tego mężczyzny jako czterolatka dowiedziała się, skąd
się biorą dzieci?
Oczywiście. Gdyby wtedy matka zadała jej pytanie: „A skąd ty to
wiesz?”, dowiedziałaby się od razu prawdy. Dziecko było gotowe do
rozmowy, ale matka nie podjęła wyzwania. Nie umiała, bała się. Drugi
przykład: nastolatka była molestowana przez ojczyma. Nie odważyła się
powiedzieć o tym matce, zwierzyła się ciotce. Ta pobiegła z tym do
siostry. W odpowiedzi usłyszała: „A skąd ty możesz wiedzieć, co dzieje
się u mnie w domu. Chcesz mi życie zrujnować?! Wstydu narobić przed
sąsiadami?!”. Zapomniała o wstydzie, dopiero gdy jej córka próbowała
popełnić samobójstwo (dwukrotnie!) i lekarze odkryli przyczynę
tragedii.
Czy pani sama wymyśliła akcję Zły dotyk?
To był pomysł całego zespołu Rozmów w toku. W czasie gorącej dyskusji
o tematach do naszych programów wyszło, że są sprawy pojawiające się
nieustannie w mediach, ważne, ale i szalenie delikatne, czyli tzw.
tematy tabu, do których bardzo trudno jest znaleźć bohaterów.
Analizując statystyki policyjne, stwierdziliśmy, że jedną z
najboleśniejszych spraw jest właśnie molestowanie seksualne dzieci.
Ludzie nie chcą na ten temat mówić, nie potrafią, a nawet, gdy się
zdecydują na zeznania, potem się wycofują.
Bohaterów pani programów znajduje zespół.
To są dwie grupy – razem około 20 osób. Pierwsza przygotowuje program
na najbliższy tydzień, druga na następny. To ciężka praca. Nie
wystarczy znaleźć osoby, które chcą opowiedzieć nam swoje historie.
Trzeba te historie do siebie dopasować, ustalić, czy można z nich
zbudować dramaturgie programu. No i przede wszystkim sprawdzić
wiarygodność tych ludzi.
Pani bohaterowie opowiadają o najintymniejszych sprawach, ryzykując
utratę dobrej opinii wśród sąsiadów. Pani na temat swojego życia
milczy konsekwentnie.
Ja nie mówię o moich prywatnych sprawach dlatego, że się boję, co o
mnie powiedzą sąsiedzi. Jedni psychoterapeuci twierdzą, że trzeba się
otwierać przed pacjentem i dawać przykłady ze swojego życia, inni,
wręcz przeciwnie: że psychoterapeuta powinien być przezroczysty. Ja
nie jestem psychoterapeutą, ale używam tego drugiego sposobu i uważam
go za swój. Jestem dziennikarzem, a dziennikarz powinien być w miarę
przezroczystą osobą, która pomaga pokazywać, co się wokół nas dzieje.
Ludzie zaczepiają panią na ulicy?
Zdarza się. Pytają, czy to ja prowadzę ten program, mówią, że mnie
oglądają, że coś ich poruszyło. Nie spotkałam się z niemiłą sytuacją.
Ktoś kiedyś powiedział, że powinnam mieć inną długość spódnicy, ale to
nie jest przykra reakcja.
Zdarzyło się, że ktoś publicznie wypowiadał się krytycznie na pani
temat?
Tak, ale sprostowanie już się ukazało, więc nie chcę do tego wracać.
Chodziło o to, że pewna dziennikarka pozwoliła sobie na dwie uwagi na
temat mojej prywatności. Było to dla mnie bardzo niemiłe. Ja nie
przyszłam do TVN po to, aby zajmowano się moją osobą.
A uwagi na temat pani przejścia z RMF FM do telewizji?
To przejście mnie nie zabolało, bo ja nie przechodziłam. Ja skończyłam
współpracę. Mam takie sprytne wytłumaczenie, że nie jestem
pracownikiem TVN. Gdybym wzięła tutaj etat i firmowała moim nazwiskiem
logo stacji, to wtedy rozumiem, że to jest przejście. A tak nie było.
Po prostu zrezygnowałam z jakiejś części mojej zawodowej działalności,
bo było tego za dużo.
Połamała pani obcasy, odbierając Wiktora, i wróciła, aby
podziękować współpracownikom. Ludzie byli zaskoczeni.
Ja sama byłam zaskoczona. I nie chcę komentować tego, że ktoś mówił
potem, że to było wyreżyserowane. |