|
Wyjazd do Tunezji to nie były wakacje, lecz odwyk. Czas, który Dorota
mogła poświęcić synowi Nikonowi. I po raz pierwszy uświadomić sobie,
że telewizja jest jej nałogiem, a nie tylko pracą i pasją. Postanowiła
to zmienić.
Pojechali na Saharę we dwoje. Ona: 31 lat, ceniona i bardzo zajęta
dziennikarka Polsatu, gdzie prowadzi Graffiti i główne wydanie
Informacji. Pracoholiczka. On: 10-letni jedynak, który o mamie mówi
"gwiazda", jest z niej dumny i wybacza, że ma dla niego za mało czasu.
W szkolnym wypracowaniu napisał: "Tata pracuje w reklamie, a mama jest
dziennikarką. Jej praca jest trudniejsza, codziennie musi przeczytać
kilkadziesiąt gazet". Podczas tego wyjazdu Dorota nie przeczytała ani
jednej gazety. Liczył się tylko Nikon, który na co dzień spędza więcej
czasu z ojcem. W Tunezji był z mamą 24 godziny na dobę przez 7 dni.
Czasem trochę rozrabiał, ale był jednocześnie opiekuńczy. Pilnował
walizek, dokumentów. I bardzo denerwował się, gdy mężczyźni zaczepiali
Dorotę na ulicy, wołając za nią: "Polish star!". W ciągu tygodnia
wakacji Dorota nadganiała stracony czas. Dużo rozmawiała z Nikonem,
czasem sprzeczała się z nim, a najchętniej tuliła. On, jak każdy
10-latek, wstydził się tej czułości. Jednak wieczorem nie mógł zasnąć,
jeśli mamy nie było obok.
GALA: To prawda, że szef wysłał cię na odwyk?
DOROTA GAWRYLUK: (śmiech). Sama postanowiłam wyjechać. To decyzja
związana z moją chorobą. Chorobą newsową.
GALA: Do Tunezji nie wzięłaś ze sobą komórki. Na miejscu nie kupiłaś
ani jednej gazety i nie oglądałaś telewizji. Było trudno? Wciąż
myślałaś, co się dzieje w kraju?
D.G.: Przeciwnie. Przez ten tydzień myślami byłam w pracy dwa razy -
zastanawiałam się, czy jeszcze istnieje rząd i kogo zaprosić do
Graffiti. Dotychczas było gorzej. Na każde wakacje zabierałam telefon
i nawet za granicą codziennie kupowałam gazety. Przechodziłam obok
kiosku i cofałam się, cały czas przed oczami migały mi nagłówki gazet.
Nie potrafiłam się odciąć. Mąż stwierdził, że muszę się leczyć. W tej
pracy nie da się inaczej. Poza tym lubię wiedzieć. Ale był moment
krytyczny.
GALA: Kiedy?
D.G.: Kilka lat temu. Prowadziłam wtedy Poranek z Polsatem, cały dzień
wydawałam Biznes informacje, a potem je prowadziłam. Wracałam do domu
o północy. Mój świat kręcił się obsesyjnie wokół newsów. To działało
jak narkotyk. Pojawiły się - niepokojące objawy. W weekend było mi
źle, nic mnie nie cieszyło, ani bliscy, ani dom, byłam sfrustrowana.
Zaczęłam pracować nad sobą. A tam, w Tunezji, poczułam się prawie
wolna.
GALA: Dlaczego telewizja tak uzależnia?
D.G.: To ruch, adrenalina. Ta praca nie kończy się o określonej
godzinie. Wychodzisz ze studia i trudno się wyluzować. Zapomnieć o
świecie. Jest też element próżności, coś, o czym się nie mówi. Jeszcze
niedawno, wchodząc do sklepu, zastanawiałam się, czy ktoś mnie
rozpozna. "Nie poznają" - myślałam. "Nie lubią mnie?". Przez to się
przechodzi.
GALA: Bycie gwiazdą pomogło w kompleksach?
D.G.: W telewizji mam wszystko pod kontrolą. W życiu różnie bywa.
Studio to jedyne miejsce, gdzie jestem opanowana. Mogłabym tam
siedzieć bez przerwy podłączona do kroplówki. Kompleksy zostawiam za
drzwiami. Gorzej było w dzieciństwie. Czułam się niedowartościowana,
szukałam akceptacji. I wszystko musiałam robić najlepiej. Koszmar.
GALA: Praca jest więc twoją ucieczką?
D.G.: Praca to praca. Lubię ją, rzeczywiście w studiu czuję się
wyjątkowo dobrze. Wcześniej są jednak godziny potu i łez.
GALA: Ile godzin dziennie pracujesz?
D.G.: 12-14. Od dziesięciu lat.
GALA: Nie da się być dobrą mamą, kiedy tyle się pracuje. Zastanawiałaś
się, czy tego nie zmienić?
D.G.: Spróbowałam raz, kiedy kolejna opiekunka nie dogadywała się z
Nikonem. Widziałam, że moje dziecko ma problemy. Nie ma kolegów. Więc
zrobiłam sobie przerwę. Ale to nie wyszło. Ciągle myślałam o pracy.
Byłam nieszczęśliwa, niedobra dla Nikona. Naprawdę nie ma nic gorszego
niż sfrustrowana matka.
GALA: Lepiej więc być weekendową mamą?
D.G.: Któregoś dnia zrozumiałam, że nie mogę być najlepsza w każdej
dziedzinie. Nie da się. Codziennie mierzę się z wyrzutami sumienia, że
za mało czasu poświęcam Nikonowi. Jednak za późno na zmiany. Mamy
świetny kontakt. Nikon rozumie moją pasję. To jest już partner,
człowiek, z którym można poważnie porozmawiać. Wiem, że nigdy nie będę
idealną mamą i nie wymagam też, żeby Nikon był idealnym synem. To
wyjątkowe dziecko. Taki był od urodzenia. Kiedy wszystkie niemowlaki
spały, on był ciekawy świata. Wiercił się, gadał, mruczał, płakał.
Jest nadpobudliwy. Może ma to w genach po mnie. Nie mam do niego
pretensji, że w szkole dostaje tróje. Ode mnie wymagano samych piątek.
Nie powtórzę tego błędu i nie będę narzucać dziecku wyśrubowanych
oczekiwań.
GALA: Niektórzy powiedzieliby o tobie "zła matka?"
D.G.: Kiedyś bardzo się przejmowałam. Na wywiadówki do szkoły Nikona
chodzi mąż. Ja w tym czasie najczęściej prowadzę Informacje. Raz
jednak poszłam i zostałam potępiona. Ten wzrok, który mówił: co z niej
za matka. Nie poradziłam sobie z tym i wyszłam z zebrania. Oceniono
mnie i moje dziecko z góry, bo pracuję w telewizji. Niektórzy rodzice
czasem nie widzą świata poza dziećmi. Mają niezdrowego fioła na ich
punkcie i nie wyobrażają sobie, że może być inaczej.
GALA: Ty, w przeciwieństwie do nich, masz fioła na punkcie pracy?
D.G.: Mam fioła na punkcie pracy i bardzo, bardzo kocham swoje
dziecko. To jedyna istota na świecie, której mówię: kocham cię. Chcę
nauczyć go wyrażać emocje. Mnie przychodzi to z wielkim trudem.
GALA: Nie wierzę, że jesteś soplem lodu. Tego nie wytrzymałby żaden
mężczyzna.
D.G.: Mój mąż jest silny. 10 lat ze mną to wielka sztuka. Znajomi
mówią, że go zdominowałam. Ale prawda jest inna. To on dominuje w
życiu prywatnym. A ja, baba, tylko gderam. Ale nie rzucamy talerzami.
Raz na kilka lat wystawiamy sobie za drzwi walizki. Potem zawsze się
godzimy. Poznaliśmy swoje granice.
GALA: Nikon jest bardziej związany z ojcem przez to, że tak często nie
ma cię w domu?
D.G.: Nie wyobraża sobie sytuacji, że ojca zabraknie. Chłopak zawsze
potrzebuje autorytetu. Tata wie, jak podłączyć komputer, zna się na
męskich sprawach. We mnie Nikon szuka oparcia, kiedy ojciec jest wobec
niego zbyt surowy. Wtedy ja, jak ta durna matka, przytulam go do
piersi. Potem kłócimy się z mężem. Nie potrafię stanowczo odmówić
Nikonowi piątej coli albo kolejnego loda. A później on się rozpędza i
widzę, że żąda więcej. Ostatnio chciał wystąpić w reklamówce, więc
usłyszałam: "Mama, załatw mi to". Nie może myśleć, że wszystko mu się
w życiu należy.
GALA: Urodziłaś Nikona, kiedy miałaś 21 lat. Uważasz, że za wcześnie?
D.G.: Dobrze się stało. Byłam na studiach i dziecko bardzo mnie
zmotywowało. Byliśmy młodzi z mężem, ale razem pokonywaliśmy problemy
i chyba nieźle nam to wyszło. Nie ma takiego wieku, kiedy można
powiedzieć: dojrzałam do macierzyństwa. To jest zawsze wyzwanie.
GALA: Krzyczysz na Nikona?
D.G.: Jest taki moment w rozwoju dziecka, kiedy bez przerwy na nie
pohukujesz. Takie pohukiwanie to droga każdej matki, i besztam się za
to.
GALA: Chcesz mieć drugie dziecko?
D.G.: Córeczkę. Żeby jej wiązać warkoczyki. Nazwę ją Minolta.
GALA: Wytrzymasz kilka miesięcy bez pracy?
D.G.: Tak, ale to będzie spore poświęcenie.
GALA: O czym myślałaś, jadąc na wielbłądzie?
D.G.: O tych chłopcach, którzy prowadzili wielbłądy. Zastanawiałam
się, czy są szczęśliwi. I o bezkresie pustyni. Nam się wydaje, że
jesteśmy pępkiem świata. Tam, na Saharze, poczułam się jak ziarnko
piachu.
GALA: Choroba pokonana? Odwyk od pracy zakończył się sukcesem?
D.G.: To nigdy się nie uda. Musiałabym zmienić zawód. Odpoczęłam, a
teraz muszę wszystko nadrobić. Ważne, że wyjechałam z Nikonem.
Dostrzegłam jego problemy emocjonalne. Mój syn bardzo o mnie dbał.
Jest opiekuńczy, rozsądny, czuły. Dobrze nam było. Wcale nie
przebieram nogami, żeby wpaść do studia. Teraz myślę, że może
potrafiłabym żyć bez tego szału, adrenaliny. Może powinnam zostać na
pustyni. Dałabym sobie radę, otoczyłabym się stertą książek. Ale na
wszelki wypadek wolę nie próbować.
Rozmawiała Marta Bednarska |