|
Dziennikarka lubelskiej gazety "Dziennik Wschodni" Katarzyna Pasieczna
zeznawała we wtorek w Prokuraturze Okręgowej w Rzeszowie jako świadek
w sprawie domniemanych gróźb kierowanych do dziennikarzy tej gazety
m.in. przez b. ministra sprawiedliwości Grzegorza Kurczuka.
To właśnie pod jej adresem przede wszystkim były kierowane groźby -
wynika ze zgromadzonych w śledztwie materiałów dowodowych. Oprócz niej
Kurczuk miał grozić także innym dziennikarzom tej gazety. Miały to być
zarówno groźby ustne, jak i pisemne anonimy.
"Kurczuk obraził się o tekst, w którym napisałam, że jego partia (SLD)
choć spada dla niej poparcie, to rozbudowuje swoją siedzibę, budując
wielki budynek. Tekst zatytułowałam +Pałacyk dla barona+. I on się
obraził o tego barona" - powiedziała PAP po przesłuchaniu Pasieczna.
Dodała, że Kurczuka zdenerwował również artykuł o nie najlepszych
stosunkach SLD w Lublinie z SdPl.
Powiedziała także, że na zwołanej po publikacji artykułów konferencji
prasowej Kurczuk miał niegrzecznie się do niej odnosić, zaś w rozmowie
z nią miał grozić, że doprowadzi do tego, iż nie będzie mogła znaleźć
pracy w Lublinie. Dodała, że grozić miał także samej gazecie.
Próbę utrudniania i tłumienia krytyki prasowej zarzucił Kurczukowi
redaktor naczelny lubelskiej gazety Andrzej Mielcarek. Śledztwo
początkowo prowadziła prokuratura lubelska. Jednak decyzją prokuratora
generalnego sprawa trafiła do Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie.
Wnioskowała o to lubelska prokuratura apelacyjna.
Rzeczniczka rzeszowskiej prokuratury okręgowej Elżbieta Kosior mówiła
po otrzymaniu przez prokuraturę materiałów dowodowych, że przedmiotem
postępowania przygotowawczego będzie ustalenie, czy doszło do używania
groźby w celu zmuszenia dziennikarza do zaniechania opublikowania
materiału prasowego bądź też do zaniechania interwencji prasowej oraz
utrudniania lub tłumienia krytyki prasowej.
Według redaktora naczelnego lubelskiego dziennika, Kurczuk przyszedł
do redakcji i w rozmowie z nim miał grozić, że jeśli gazeta nie
zaprzestanie źle pisać o SLD, to użyje swych wpływów, aby jej nie
kupowano i nie zamieszczano w niej reklam. Mielcarek nagrał rozmowę na
magnetofon i powiadomił Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz
prokuraturę. Media nagłośniły sprawę pod koniec października tego
roku. Kurczuk utrzymuje, że nie groził gazecie, a - według niego -
Mielcarek źle zinterpretował jego słowa.
Jako świadkowie w sprawie zeznawać będą także inni dziennikarze
"Dziennika Wschodniego" oraz Grzegorz Kurczuk. Szef rzeszowskiej
prokuratury, Zbigniew Niezgoda, nie chce jednak ujawniać szczegółów
ani terminów przesłuchań świadków, zasłaniając się dobrem śledztwa.
Zaznaczył jednocześnie, że śledztwo prowadzone jest "w sprawie", a nie
"przeciwko".
Czynności sprawdzające rozpoczęła Prokuratura Okręgowa w Lublinie, ale
pod koniec października zwróciła się do prokuratury apelacyjnej o jej
przeniesienie. Uzasadnieniem była chęć uniknięcia ewentualnych
zarzutów o brak obiektywizmu przy prowadzeniu postępowania. Rzecznik
Prokuratury Apelacyjnej w Lublinie Cezary Maj powiedział wówczas, że
może zajść potrzeba przesłuchania w tej sprawie jako świadka
prokuratora apelacyjnego w Lublinie i w związku z tym sprawy nie
powinien prowadzić podległy mu prokurator. Sprawa trafiła więc do
Rzeszowa decyzją prokuratora generalnego.
Grzegorz Kurczuk jest posłem na Sejm z lubelskiego okręgu, szefem SLD
w regionie, byłym ministrem sprawiedliwości (w rządzie Leszka Millera).
Doniesienie Mielcarka do prokuratury dotyczy też anonimowych gróźb
kierowanych pod adresem autorki tekstów w "DzW" na temat lubelskiego
SLD. W czasie rozmowy z Kurczukiem naczelny "DzW" pytał go, jak
postąpić w sprawie tych anonimów. Wtedy Kurczuk poradził mu zwrócić
się do prokuratury i natychmiast sam zadzwonił do prokuratora
apelacyjnego. Mielcarek zastrzega, że nie wiąże anonimów kierowanych
pod adresem dziennikarki z konfliktem z Kurczukiem |