|
|
BRYGIDA GRYSIAK (TVN24) |
Wśród swoich zawodowych autorytetów wymienia Pani Justynę Pochanke
z TVN-u i Ryszarda Kapuścińskiego. Brzmi jak poprawność polityczna.
Dlaczego? Ryszard Kapuściński towarzyszył mi od dziecka. Na jego
książkach uczyłam się dziennikarstwa. A Justyna? Obserwuję ją każdego
dnia i wiem, jak dużo pasji wkłada w to, co robi. Imponuje mi nie jako
Dziennikarz Roku 2005, ale jako dziennikarz na co dzień. Ona wkłada w
pracę całą siebie. A do tego ma w sobie ludzką dobroć.
Pani zdaniem tylko ktoś po ludzku dobry może być dobrym
dziennikarzem?
Tak. Podpisałabym się pod tym, co kiedyś powiedział Ryszard
Kapuściński – że dobrym dziennikarzem może być tylko dobry człowiek.
Bo ktoś taki nie uprawia tego zawodu dla pieniędzy ani sławy. Każdy ma
swoją receptę na ten zawód. Moja jest prosta: trzy razy P – prawda,
pasja, pokora.
Doskonale Pani wie, że wielu cyników, bufonów i zawistników jest w
tym zawodzie znakomitymi fachowcami.
Ale nie mają w sobie pokory i otwarcia na drugiego człowieka. Są
przekonani o własnej nieomylności. I to dla mnie jest różnica między
znakomitym fachowcem a dobrym dziennikarzem.
Jest Pani jednym z nielicznych dziennikarzy, którym udało się
przekonać do siebie kardynała Stanisława Dziwisza, znanego z
niechętnego stosunku do mediów.
Nie wiem, czy go do siebie przekonałam, ale wiem, że bardzo lubię z
nim rozmawiać. Kardynał Dziwisz jest dla mnie ważnym autorytetem, a
przy tym to dobry, ciepły człowiek. Gdy został metropolitą krakowskim,
„Gazeta Wyborcza” wydrukowała zdjęcie, na którym kardynał trzymał mnie
za rękę. Witaliśmy się. Opatrzono je podpisem: „Nowy metropolita
krakowski oswaja dziennikarzy”. W rzeczywistości Stanisław Dziwisz
jest bardzo otwarty, tyle że ma specyficzny sposób bycia.
Złośliwi mówią, że kardynałowi Dziwiszowi nie grożą z Pani strony
niewygodne pytania.
Nie zgadzam się z tym. Niewygodne pytania padały, choćby o lustrację w
Kościele. Przy okazji tej sprawy zrobiłam kilka materiałów, które
pewnie mu się nie spodobały. Ale kiedy rozmawiamy na przykład o Janie
Pawle II, trudno o styl dziennikarstwa śledczego. Wszystko, co
kardynał mówi o papieżu, chłonę z pokorą.
Nie drażni Panią protekcjonalny sposób traktowania dziennikarzy
przez biskupów: „Przyszedł taki niedouczony i szuka sensacji”?
Rzeczywiście, tak bywa, ale nie jesteśmy w stanie tego przeskoczyć.
Musimy to zaakceptować.
A to dlaczego? Czy nie jest Pani zbyt pokornym dziennikarzem, jeśli
chodzi o politykę Kościoła wobec mediów?
Nie jestem. Choć pokora w dziennikarstwie to, w moim przekonaniu,
wartość nie do przecenienia. Ale jeśli pyta pan o taryfę ulgową dla
duchownych, to dla mnie jako osoby wierzącej jest tam, gdzie nie ma
kontrowersji. O problemach takich jak lustracja albo skrywane
pedofilskie afery trudno rozmawiać na kolanach. O życiu po życiu,
kryzysie wiary, tajemnicy Eucharystii, moim zdaniem, można.
Po Pani relacjach spod krakowskiej kurii związanych z chorobą i
śmiercią Jana Pawła II mówiono, że narodziła się nowa twarz TVN-u.
Można powiedzieć, że narodziła się Brygida Grysiak. To był czas, w
którym wielu ludzi przewartościowywało swoje życie. Ja także. Dzięki
temu na nowo narodziłam się jako człowiek i jako dziennikarz. To była
lekcja, której nie dostałabym w żadnym innym czasie.
Na czym polega owo narodzenie jako dziennikarki?
Uświadomiłam sobie, że są takie gesty, emocje, których nie warto
chować do kieszeni. Że w tym zawodzie jest się najpierw człowiekiem, a
dopiero potem dziennikarzem. I nikt już mnie nie przekona, że jest
inaczej. Choroba i śmierć papieża to był czas, w którym widzowie nie
oczekiwali od nas suchych, dziennikarskich relacji. Szukali
wytłumaczenia i wskazówek. Dlatego stojąc przed krakowską kurią,
zapraszałam do rozmowy gości, którzy tłumaczyli i wskazywali. Widzom.
I mnie. Potem słyszałam: „Pani była taka prawdziwa”. A ja byłam taka,
jaka jestem zawsze. Od tamtej pory mam w sobie absolutny spokój.
Po przeniesieniu się z Krakowa do centrali TVN-u ten spokój był
potrzebny?
Jestem osobą, która wierzy, że ludzie są dobrzy. Nie przeprowadzałam
się do stolicy z założeniem, że zostanę zmiażdżona. Wszyscy w Krakowie
ostrzegali mnie, żebym była ostrożna i uzbroiła się w solidny pancerz,
bo w Warszawie może być ciężko. Tymczasem zespół przyjął mnie po
przyjacielsku. I, czego się nie spodziewałam, zaledwie po kilku dniach
pracy w Warszawie trafiłam do Sejmu. I zostałam.
Widzi Pani różnicę między pracą dziennikarza w terenie i w
Warszawie?
W terenie jest trudniej, bo pracuje się więcej. W stolicy większy jest
tematyczny kaliber. Ale warsztat i zaangażowanie, mam wrażenie, są na
tym samym poziomie. Mnie było trudniej w Krakowie, bo był taki czas,
kiedy jako jedyna w redakcji robiłam lajfy. Musiałam być dyspozycyjna
każdego dnia i o każdej porze. Dyżury w Warszawie są bardziej
uporządkowane, co nie oznacza, że nie pracujemy po kilkanaście godzin
na dobę. Dziennikarze z Warszawy są bardziej pewni siebie, mają
większą siłę przebicia. Dziennikarze z terenu mają więcej pokory.
Próbowała Pani tłumaczyć kolegom w centrali, że dziennikarze w
innych miastach mają o wiele trudniej – bez Sejmu i polityków pod
nosem?
Zdarzały się sytuacje, gdy występowałam w roli rzecznika dziennikarzy
z regionów, bo koledzy z centrali nie zawsze zdają sobie sprawę z
tego, jak dużo pracy jest w terenie przy ograniczonych możliwościach,
choćby technicznych.
Co z pracy w terenie przeniosła Pani do centrali?
Nie chciałabym, żeby zabrzmiało to patetycznie, ale przede wszystkim
dbałość o szczegół, o człowieka. I o to, żeby w dużych sprawach szukać
tych małych historii. Małych tylko pozornie. Poza tym praca w terenie,
robienie materiałów o dziurach w jezdni pozwala zachować dystans do
wielkiej polityki.
Udaje się to jeszcze Pani? Czy też przesiąkła już Pani duchem
warszawki i tutejszych dziennikarzy?
Mentalność mam niezmiennie krakowską.
Pracę w TVN-ie zaczynała Pani tak naprawdę jako researcher. Dobra
szkoła zawodu czy zmarnowany czas?
Zdecydowanie to pierwsze. Jako researcher nauczyłam się dziennikarstwa
od A do Z. Przyszłam do pracy z pakietem dziennikarskiej, teoretycznej
wiedzy, po pierwszym roku studiów, gdzieś tam po drodze pracowałam w
gazecie, trochę w radiu, ale dopiero w TVN-ie nauczyłam się, czym jest
prawdziwe dziennikarskie, telewizyjne życie. Jako researcher nauczyłam
się wszystkiego – dokumentowania tematu, szukania rozmówców, rozmowy z
nimi. To jak plac manewrowy podczas egzaminu na prawo jazdy. Nie
zaliczysz, nie wyjedziesz na miasto. Byłam tak zwanym Rysiem. To
człowiek cienia od czarnej roboty. Robi materiał, pod którym później
nie jest nawet podpisany. To uczy pokory.
Pamiętam sytuację, gdy robiłam tak zwaną surówkę o rolnikach, którzy
czekają na unijne dotacje. Przeprowadziłam rozmowę z rolnikiem. Szła
wyjątkowo opornie, bo rozmówcę sparaliżowała obecność kamery. W
efekcie wyszedł 20-minutowy wywiad, który pocięłam i z drżeniem rąk
wysłałam do Tomka Sianeckiego. Tomek zadzwonił i powiedział: „Dzięki,
że chciało ci się z nim pogadać”.
Podobno nie znosi Pani rutyny. A praca reportera sejmowego to
prosta droga do niej: łapanie na korytarzach tych samych posłów i
prośba o komentarz na temat tego, co inny polityk powiedział.
Rutyna to przede wszystkim sposób podejścia do pracy. Dla mnie każdy
dzień w Sejmie jest inny. Martwi mnie co innego. Niedługo przed
śmiercią Ryszard Kapuściński ubolewał nad stanem naszych mediów, które
coraz bardziej się tabloidyzują. Szybko, krótko, bez litości, bez
namysłu. Mam podobne zdanie na ten temat.
Nie rozumiem, co to ma wspólnego ze sprawozdaniami z Sejmu.
Boję się, że pewnego dnia nie będzie można kupić innych gazet niż
kolorowe, a relacje z Sejmu zdominują newsy i sensacje typu seksafera
w Samoobronie, zgolone wąsy wicemarszałka Putry albo dobijanie się
przez posłów do hotelowego pokoju pewnej posłanki. Powinniśmy o tym
informować, ale z umiarem. Na razie czerwona lampka jeszcze się nie
pali, ale jesteśmy coraz bliżej tej chwili.
Może więc wolałaby Pani wrócić do źródeł, do pracy reporterskiej
poza Sejmem?
Czasami to robię. Jeśli czegoś mi dziś brakuje, to dłuższych form
reportażowych. Takich, które idą dalej i głębiej, w których jest czas
na refleksję. Może w przyszłości powinnam pójść właśnie w tym
kierunku. Na świecie panuje przekonanie, że w mediach można zarobić
duże pieniądze, wystarczy tylko wyjść naprzeciw oczekiwaniom
czytelników lub telewidzów. Ja mam z tym problem. Nie jestem
przekonana, czy należy ślepo podążać za badaniami czytelnictwa i
słupkami oglądalności. „Bad news is good news”. Maltretowane dzieci,
zabójstwa, wypadki na drodze – jeśli widzowie tego chcą, to im to
dajemy. Jeśli nie zaryzykujemy i nie damy im zobaczyć czegoś innego,
nie będą wcale wiedzieli, czy chcą oglądać tylko to.
Wysokie słupki oglądalności powstają dzięki masom widzów. Stacja, w
której Pani pracuje, to wie. Polityka TVN-u i Pani odczucia są
rozbieżne. Jak to Pani w sobie godzi?
TVN 24 może z dumą patrzeć na słupki, ale to nie pokłosie
tabloidyzacji. Mówię tylko, że bardzo bym chciała, żeby tego, co
widzimy na antenie, nie determinowały wyłącznie słupki, ale również
nasza dziennikarska intuicja. By to, co robimy, nie było lustrzanym
odbiciem oczekiwań widza, ale także naszą propozycją, która może na te
słupki wpłynąć.
Pani program publicystyczny „Sondaż” zniknął z anteny po dwóch
miesiącach. O najważniejszych wydarzeniach tygodnia rozmawiała w nim
Pani ze zwykłymi ludźmi. Zwykli ludzie nie chcieli oglądać w telewizji
zwykłych ludzi?
„Sondaż” zniknął z anteny, bo zmieniła się ramówka. Ale prawda jest
też taka, że program był niedopracowany. Nadawaliśmy ze studia
ekonomicznego, którego scenografia okazała się złym tłem dla ludzkich
tematów. Moi rozmówcy wyglądali jak eksperci. „Sondaż” był robiony na
szybko, przy okazji „Poranka TVN 24”, co nie wychodziło mu na dobre.
Mimo to – jak na program weekendowy – i tak miał wysoką oglądalność,
bo nawet 400 tysięcy. Czyli zwykli ludzie jednak chcieli oglądać
zwykłych ludzi.
Rozmawiał Grzegorz Rzeczkowski, „Przekrój” |
|
|
|