|
Miało być ostro, złośliwie i krwawo, a zapowiada się dziennik
wyważony, solenny jak BBC. A przecież w Polsce nie ma Anglików!
Z redaktorem naczelnym nowego dziennika "Fakt. Gazeta Codzienna"
Grzegorzem Jankowskim rozmawia Piotr Najsztub
Czy w "Fakcie" będzie panu o coś chodziło?
- A jak panu powiem, że mam misję, to mi pan uwierzy?
Po prostu posłucham.
- Ta misja to jest próba włączenia do debaty publicznej osób dzisiaj z
niej wyłączonych. To są na przykład górnicy, to są na przykład ludzie,
którzy głosują na Leppera, na Samoobronę.
Dlaczego pan mówi, że oni są wyłączeni? Może mają swoje miejsca
dyskusji, które przyjęli za właściwe sobie - ulice, place, zakłady
pracy. Może wybrali to jako łatwiejszą formę wywierania nacisku,
ponieważ siedząc za stołem konferencyjnym, musieliby zawierać
kompromisy, których zazwyczaj nie chcą zawierać...
- Nie pamiętam, żeby ktoś ich zapraszał do stołu konferencyjnego.
No dobrze, mamy jeden punkt misji: poszerzenie zakresu uczestników
debaty publicznej o grupy, które do tej pory głosu nie miały. Nie boi
się pan, że robiąc dla nich gazetę, będzie pan musiał propagować
rozwiązania i idee populistyczne? Jak politycy populiści, którzy chcą
przypodobać się rozgoryczonym i zrozpaczonym wyborcom?
- W ogóle. Bo to nie będzie gazeta tylko dla nich, ale także dla nich.
Na tym polega różnica - moja gazeta będzie i dla górników, i dla
profesorów. Koniec z segregacją czytelników na mądrych i głupich.
Koniec z dzieleniem Polaków na tych, których pytamy o zdanie, i tych,
których opinią gardzimy. U nas w sposób prosty będzie pisać cała
elita: Rychard, Żakowski, Śpiewak, Krzemiński, Wnuk-Lipiński itd. A
obok nich będą głosy zwykłych robotników. Na jedno tylko nie będzie
miejsca - na bla-bla polityków, z którego nic nie wynika. To jest
gazeta, która namówi Hausnera, by zasiadł za jednym stołem z rodziną
górnika i zrozumiałym dla nich językiem wytłumaczył im, co on
zamierza.
A sami będziecie mieli pomysł na ratowanie Śląska?
- To nie jest zadanie dla dziennikarzy. My pokazujemy pomysły
ekspertów oraz ich skutki dla zwykłych ludzi. Dla nas ich perspektywa
jest najważniejsza. Nie wierzę w elity, które lepiej wiedzą, czy
reszcie ludzi jest dobrze, czy źle. I to wszystko. Więc nie mówmy o
populizmie. Nie twórzmy mitów wokół tej gazety - i tak wyrosło ich
dotąd niemało - że to będzie gazeta bulwarowa, spływająca krwią, kalka
niemieckiego "Bilda".
Nie będziecie "rozbierali" polityków?
- Nieprawda, kompletna.
O, to będziecie nudni.
- Dlaczego "nudni"? Chcemy być gazetą informacyjną, chcemy robić
dobry, szybki serwis polityczny, wydarzeniowy, sportowy, a informacje
ekonomiczne prezentować w normalny sposób, konsumencki, pokazywać je
"przez kieszenie ludzi".
W gazetach codziennych już jest pensum informacyjne, nawet
gospodarcze, nawet "przez kieszeń konsumenta", jak pan to zgrabnie
nazywa. "Wyborcza" tego nie robi?
- Nie. A jeżeli jest pan emerytem, to czy dowiaduje się pan z "Gazety
Wyborczej", czy w przyszłym roku po przyjęciu budżetu pana emerytura
wzrośnie, zmaleje? Nie.
A panu i pańskiemu zespołowi będzie o coś chodziło w sprawach
politycznych?
- Jesteśmy ślepi politycznie
Ładnie brzmi, ale co to znaczy?
- To znaczy, że jeżeli rząd zasługuje na krytykę, to ją dostanie,
jeżeli zasługuje na pochwałę, to dostanie pochwałę.
Ile razy pan to już powtórzył dzisiaj?
- Trzeci raz, trzeci raz dostałem to pytanie.
Czyli odpowiedź wyuczona.
- Tak jak pytania. I następna wyuczona odpowiedź na najczęstsze
pytanie: Nie idziemy na wojnę z "Super Expressem" i "Gazetą Wyborczą".
To mnie pan rozczarował. Nie chce pan być tym, który przytrze nosa
liderom wśród dzienników? A może to jest tylko pusta retoryka, bo
przecież pan wie, że znajdując swoje miejsce na rynku, musi pan
odebrać czytelników i reklamodawców tym dwóm tytułom?
- Nie, ja patrzę na przykład "Newsweeka". "Newsweek" wyszedł na rynek
i poszerzył krąg czytelników tygodników. Nie "zranił" poważnie ani "Wprostu",
ani "Polityki". Oczywiście będziemy odbierali część czytelników innym
dziennikom, ale to nie jest tak, że chcemy zabić "Super Express", bo
chcemy się kosztem jego czytelników żywić.
Z tego, co mówił mi pan o misji swojej gazety, wynika, że ma być
pismem opiniotwórczym. Najsilniejszym drukowanym medium opiniotwórczym
jest "Gazeta Wyborcza", której twórcy na co dzień w niej pracujący
mają wyraźny kościec, mają poglądy polityczne, deklarują je, czy to
przed wyborami, czy w swojej publicystyce. A wy jaki macie "kościec"?
- Mamy na pewno swoje prywatne przekonania, natomiast w tej gazecie,
jak już mówiłem, jesteśmy ślepi politycznie. Ta gazeta nie będzie
miała nastawienia politycznego.
No dobrze, gazeta niech sobie będzie ślepa. Ale jaki pan jest, jacy
wy jesteście prywatnie?
- To jest nasza prywatna sprawa.
Dlaczego?
- Ponieważ ten wywiad jest publiczny, ja nie mogę prezentować swoich
prywatnych poglądów.
Dlaczego pan nie może? Nie rozumiem.
- Bo jestem redaktorem gazety dla ludzi, którzy mają różne przekonania
polityczne.
Pana rola polega na tym, żeby w tej gazecie nie widać było
przekonań politycznych, ale ja teraz rozmawiam nie ze zredagowaną
gazetą, tylko z konkretnym człowiekiem. Dlaczego nie może pan ujawnić
swoich poglądów politycznych?
- Ale pana gazetę czytają również moi czytelnicy, nie chcę, żeby to
wiedzieli. Po co? Ja mam być dla nich przezroczysty, tak jak cała ta
gazeta.
Ale przecież pan nie jest przezroczysty, ma swoje poglądy, po co to
ukrywać przed nimi? Co to za dziwna gra?
- A niech mi pan powie, dlaczego prezydent zrzeka się przynależności
partyjnej, kiedy zostaje prezydentem? Bo jest prezydentem wszystkich
Polaków. A ja chcę robić gazetę dla większości ludzi w tym kraju, więc
po co im ta wiedza, po co mają z góry mieć do nas pewne nastawienie.
Być może pańska gazeta odniesie duży sukces i stanie się ważną
gazetą, a wtedy pewnie pańscy czytelnicy chcieliby wiedzieć, jaki jest
człowiek, który ją dla nich robi. Pańskie chowanie się ze swoimi
poglądami jest nieco śmieszne.
- Naszym czytelnikom wystarczy sama gazeta.
Rozmawiamy na kilka dni przed pojawieniem się "Faktu" w kioskach.
Czym on mnie zaskoczy?
- Wszystkim. Będzie ciekawy, poruszający, świeży, często wesoły. To
prawdziwa rewolucja. Do tego mnóstwo kolorów. Zupełnie inny sposób
podania informacji polegający na szybkości i innym kącie spojrzenia.
Szybkości?
- Gazetę będzie można szybko przeczytać.
Czyli żadnych wstępów, rozwinięć...
- Żadnej nudy, żadnego pouczania, żadnego mentorskiego tonu. Ale nie
będziemy, czym może zaskoczymy wszystkich, zaglądali do sypialni
polityków czy gwiazd, za to będziemy się pytali o ich życie.
Ale czemu nie będziecie zaglądali?
- A po co?
Panuje powszechna opinia, że to ludzi interesuje.
- Z naszych badań wynika, że nie, że Polaków nie interesują brutalne
wtargnięcia w czyjeś życie prywatne. Nie chcą tego, tak samo jak nie
chcą, żeby wchodzono w ich życie.
Mówi pan: "Nie będzie mentorskiego tonu". Ale równocześnie chce pan
wciągnąć w debatę między innymi ludzi nieszczęśliwych, z kłopotami, a
to oni czują się dziś często zagubieni. I ta grupa, ona szczególnie,
potrzebuje porady, pokazania drogi i możliwości. Negują teraźniejszy
system, nierzetelne partie, zbiurokratyzowany świat, ale często nie
potrafią wskazać, jakiej Polski by chcieli. Tym ludziom może trzeba
powiedzieć: "Uważamy, że powinno być tak i tak".
- Ale nie jesteśmy zbiorowym mesjaszem.
Między mesjaszem a człowiekiem, który ma pogląd i wie, jak z
trudnej sytuacji wybrnąć, jest kolosalna różnica.
- Jednak nie jesteśmy gazetą, która ma wskazywać setkom tysięcy ludzi,
jak mają się zachowywać. Nie jesteśmy od tego, żeby pokazać sposoby na
życie, to nie jest nasza rola.
Pan czyni fetysz z przedstawiania dwóch stron medalu. Dla pana jest
najważniejsze, że zabiorą głos i Hausner, i górnicy. Ale co z takiego
dwugłosu wynika?
- Prawda.
Jaka prawda? Z takiego zestawienia wynika to zestawienie i tylko
tyle!
- Stawia pan tezy, których pan chyba sam do końca nie rozumie. Ja
zresztą też.
To robi na przykład telewizja publiczna. Bierze jednego polityka,
który coś tam mówi, po nim wypowiada się protestujący przeciwko
pomysłowi tego polityka przedsiębiorca lub bezrobotny i telewidz z tym
zostaje. Zderzyły się dwa kompletnie przeciwstawne poglądy i emocje.
Może gazety powinny iść dalej, mówić: "Przeczytaliście u nas te dwa
stanowiska i one są nie do pogodzenia, bo jedni chcą tego, a drudzy
czego innego. A naszym zdaniem możliwe jest rozwiązanie, kompromis
taki to a taki".
- Błąd. Nie chodzi o to, by puścić jeden po drugim najpierw bełkot
zarozumiałego eksperta, a potem biadolenie sfrustrowanego robotnika.
Chodzi o zmuszenie eksperta, by mówił językiem zwykłego człowieka. A
to coś w Polsce zupełnie nowego. Natomiast nie będziemy ludziom
mówili, co mają robić. Nie mam na to pomysłu, to byłoby nawet
nieuczciwe.
Uważa pan, że takie postępowanie nie jest rolą dziennikarza?
- Mój sposób na robienie gazety jest inny. Są już inne gazety, inne
dzienniki, które się tym zajmują.
A jakie jest marzenie czytelnicze naczelnego "Faktu"?
- Milion.
Myśli pan, że można w Polsce sprzedawać dziennik w takim nakładzie?
- Może jeszcze nie dzisiaj, ale za parę lat tak.
A co by się musiało stać? Ludzie musieliby zacząć więcej czytać czy
gazety muszą się zmienić?
- Gazety muszą też się zmienić, ale tu musi zadziałać sprzężenie kilku
rzeczy. Po pierwsze, nie ma dobrej oferty czytelniczej w Polsce.
"Super Express" gdzieś tam po drodze pogubił swoją szansę, stał się
nijaki, wiele razy się zmieniał, "Rzeczpospolita" jest gazetą dla
elit. Nie ma żadnego dziennika, który byłby masowy i popularny, a
równocześnie atrakcyjny, żeby "sprzedawał" wszystko: rozrywkę,
politykę, ekonomię w ujęciu konsumenckim, dobry sport. Czytelnik w
Polsce nie ma wiele do czytania i to między innymi dlatego tylko 16
procent Polaków czyta regularnie jakąś gazetę czy tygodnik. Nie mówię,
że tylko i wyłącznie my to zrobimy, ale chcemy to zmienić. Poza tym
ludzie muszą być bogatsi, musi ich być stać na gazetę codziennie. Ten
proces potrwa kilka lat. I wtedy będę miał swój milion
ROZMAWIAŁ PIOTR NAJSZTUB |