|
Kolejna osobowość opuściła Kopiec Kościuszki. Twórca listy Hop-Bęc,
współautor kultowej audycji JW23, a ostatnio prowadzący program
Gwiazdozbiór Smoka, zdecydował się na przejście z RMF FM do lokalnej
rozgłośni Eska Kraków 97,7. Jakie były powody jego odejścia? Dlaczego
zdecydował się na pracę w Esce? Czy wierzy w powrót prawdziwego,
żywego radia? Z Marcinem Jędrychem rozmawiają Piotr Witkowski i Janusz
Sulisz.
Bez ściemniania. Dlaczego zgodził się Pan na przejście z
najpopularniejszej komercyjnej rozgłośni w Polsce do lokalnego radia,
które dopiero będzie zdobywało rynek?
Dostałem od Piotrka Metza [szef programowy Eski Kraków - przyp. red.]
propozycję, którą musiałem potraktować bardzo poważnie. Była to na
tyle atrakcyjna w moim przypadku propozycja, zarówno pod względem
programowym, jak i rozwojowym, że potrzebowałem tylko trochę czasu by
się zastanowić ale nie trwało to długo. Uznałem po prostu, że jest coś
na co jeszcze się mogę porwać i coś co jeszcze mogę zrobić. Jest to
jakieś nowe wyzwanie – może nie takiej samej skali, jak RMF, ale
jednak jest. Jeśli Piotrek się na coś takiego zdecydował,
stwierdziłem, że ja też mogę.
Był Pan w konflikcie ze Stanisławem Tyczyńskim?
Nie. Myślę, że konfliktu, który spowodowałby moje odejście nigdy nie
było. To raczej w jakimś stopniu - można to sobie powiedzieć szczerze
i to chyba nie jest żadną tajemnicą - fakt, że kiedyś robiłem więcej
programów i miałem więcej na antenie do zdziałania, a ostatnimi czasy
robiłem ich znacznie mniej, a to też nie jest rzeczą zupełnie idealną
dla radiowca. Można śmiało powiedzieć, że moje odejście spowodowało na
pewno to, że dostałem wyjątkową propozycją od Eski, jak i również to,
że w RMF miałem mało programów i niewiele do roboty.
Warunki finansowe są tutaj lepsze, czy porównywalne?
Myślę, że warunki są porównywalne, ale od razu powiem, że w tym
wypadku finanse nie odgrywały najistotniejszej roli. Oczywiście - nikt
nie pracuje za darmo, ale generalnie dla mnie najistotniejszą kwestią
było to z kim będę pracował i co będę robił.
W Esce będzie Pan prowadził więcej programów?
Będę prowadził więcej programów i będę miał więcej do roboty...
Będzie Pan miał większy wpływ na stację?
W pewnym sensie tak. Korzystając z tego, że pracuję w radiu 12 lat, a
to jest – jak myślę – wynikiem nienajgorszym, jak na radiofonię
komercyjną, mogę z pewną małą „dozą śmiałości” powiedzieć, że trochę
się na tym znam i mogę tę wiedzę, którą przez ostatnie lata zdobyłem
wykorzystywać właśnie przy budowie tej stacji. Będę się w Esce Kraków
zajmował tym, co lubię robić najbardziej, czyli programowaniem muzyki
oraz prowadzeniem listy przebojów.
Żałuje Pan listy przebojów Hop-Bęc?
Może nie tyle żałuje, co mam do tego programu sentyment. Była to jedna
z najfajniejszych audycji, jakie prowadziłem w mojej karierze i pewnie
już się taka nie trafi, dlatego zawsze ma się do tego jakiś stosunek
nawet bardziej niż emocjonalny. W pewnym momencie radio zmieniło grupę
docelową. Hop-Bęc był postrzegany jako audycja bardziej młodzieżowa,
niż dla ludzi statecznych. Usunięcie go z ramówki było całym ciągiem
jakichś zdarzeń, które zachodziły wtedy w RMF FM, ale program, jako
program miał dla mnie – zwłaszcza, że prowadziłem niemal wszystkie
jego wydania i byłem jego twórcą – duże znaczenie. Wszystko szło
według mojego pomysłu, który przez ładne kilka lat realizowałem.
Jaki będzie Pan miał w Esce Kraków realny wpływ na to, co słuchacze
będą mogli usłyszeć na antenie, jeśli chodzi o muzykę? Na ile musi Pan
być zgodny z formatem?
To jest jeszcze jedna rzecz, którą Piotrek mi powiedział na początku,
kiedy rozmawialiśmy na temat mojego przejścia tutaj. Powiedział, iż
wiadomo, że w dzisiejszych czasach trzeba robić radio sformatowane, bo
innej możliwości teraz nie ma, ale można robić radio sformatowane w
bardzo fajnej atmosferze. To był dla mnie też argument, który
przemawiał za tym, żeby się zdecydować. Wiadomo, że są pewne reguły,
zasady i nie zawsze ma się możliwość manewru, czy nawet wyżycia się w
sensie muzycznym. Są setki, dziesiątki kawałków, które wydają mi się
fajne, poczym okazuje się, że tzw. – nieelegancko mówiąc – ogólna masa
ludzka, która tego radia słucha, czy jakiegokolwiek innego, tego wcale
nie akceptuje. Dzisiaj pomocą są niewątpliwie różne badania, które
służą sprawdzeniu co słuchacz ocenia pozytywnie, a co negatywnie. To
też pomaga w tworzeniu wizerunku stacji. Na pewno w Esce jest ustalony
format, który mi bardzo odpowiada, bo ja lubię grać nowe rzeczy. Po
drugie, jest pewna swoboda w postaci takiej, że można niektóre rzeczy
lansować na zasadzie własnego pomysłu, licząc że z tego może się
urodzić jakiś potencjalny przebój. Wszystkie Eski mają te same
założenia programowe, ale każda z nich, czy w Krakowie, czy w
Warszawie, ma jakieś własne smaczki, elementy, które – jeśli się
przyjmują – przechodzą na inne miasta.
Komu chcecie odebrać słuchaczy? Żeby Wam słupki wzrosły, komuś
muszą zmaleć...
Nie sądzę, że komuś musi ubyć, żeby nam przybyło. Ja uważam, że radia
w takim stylu i robionego w takiej formie i z taką muzyką jeszcze w
Krakowie nie było. W związku z tym być może są ludzie, którzy
dotychczas słuchali radia sporadycznie, jako medium towarzyszącego,
np. w czasie jazdy samochodem, ale nie zwracali zbytnio uwagi na to,
jakiej stacji słuchają. Dużo fajnej muzyki, sporo jingli, prezenter,
który często się odzywa, powie coś ciekawego - teraz się okaże, że
takie radio, jak Eska ci ludzie będą włączać chętniej, niż inne
stacje. Najważniejszą zaletą, jeśli chodzi o budowanie wizerunku tego
radia, jest fakt, iż jingiel pojawia się tutaj praktycznie, co
piosenkę. Pozwala to słuchaczowi w ciągu około trzech minut
zidentyfikować stację. To jest ważny element, coś co może sprawić, że
człowiek zwróci na to uwagę.
Kiedy nastąpi odwrót od rozgłośni ściśle sformatowanych,
przypominających sieć restauracji McDonald`s, w kierunku stacji żywej,
której słucha się tak dla muzyki, jak i dla osobowości prowadzącego?
Ja bym chciał, żeby to się stało za tydzień, ale boję się, że to jest
mało prawdopodobne, bo na razie wszystko idzie w dokładnie odwrotnym
kierunku - formatowania. Duże stacje, jak RMF, czy Zetka raczej
minimalizują obecność prowadzącego na antenie, niż ją eksponują. Widać
jeszcze można skracać wejścia prezentera z 40 do 30 sekund, z 30 do
20, można jeszcze z 20 do 18, a później do 15, a później nie będzie
czego już skracać, więc albo będzie prezenter, albo go nie będzie.
Potem może faktycznie nastąpić jakiś przełom i nagle pojawi się
stacja, w której będzie DJ, który będzie gadał co piosenkę, robił
sobie kawały, wygłupiał się i na dodatek nagle okaże się, że taka
rozgłośnia może odnieść sukces. Obecnie, mówiąc brutalnie, radio
traktowane jest, jako skrzynka, która gra. Parę lat temu jeśli przez
15 minut na antenie np. RMF nikt się nie odezwał od razu dzwonili
słuchacze z pytaniami, czy coś się aby nie stało, czy ktoś nie
przyszedł do pracy, czy może coś się zepsuło – co się dzieje? A
dzisiaj, jeśli prezenter nie odzywa się przez 30 – 40 min. prawie nikt
tego nie zauważy. Współczesne radio – piękne piosenki, nic się nie
dzieje. To też pokazuje, że odbiorca jako taki zmienił się bardzo
szybko.
Czy można pracować z pasją dla ściśle sformatowanej stacji?
Pewnie, że tak. To zależy od rodzaju wyzwania. Tutaj zaczyna się
tworzyć coś od początku, każdą rzecz się poznaje i mogę śmiało
powiedzieć, że po miesiącu pracy w Esce nauczyłem się tylu nowych
rzeczy i tyle rzeczy poznałem, które dają mi wiele satysfakcji i
przyjemność razem z tym, co dotychczas robiłem. Fajnie jest się czegoś
nowego nauczyć.
Prezenter, który prowadzi np. trzygodzinne pasmo i odzywa się w tym
czasie 2 razy na godzinę – raz, aby podać aktualną godzinę, a drugi
raz, aby przeczytać jakąś anegdotkę – czy taki prezenter robi to z
pasji, czy już tylko dla pieniędzy?
Radio, jako takie, jako zawód myślę, że wymaga pewnych wyrzeczeń,
innego stylu życia. Ale ja mogę powiedzieć na swoim przykładzie, że
kiedyś, prowadząc programy, takie jak lista Hop-Bęc miałem naprawdę,
co robić w sensie pracy umysłowej, miałem kilkanaście wejść w ciagu
godziny. Człowiek był jakby w takim małym transie. Teraz, mając mniej
wejść ja czuję, że droga pomiędzy jednym a drugim wejściem gdzieś mi
umyka. Pozostaje po tym taka jakaś pustka. Jest monotonia – piosenka,
piosenka, piosenka. Kiedy jest dużo wejść, umysł pracuje na zupełnie
innych obrotach – nie ma czasu na zastanawianie się, nie ma czasu na
odpoczynek. A tutaj właściwie robi się jedno wejście, trzy – cztery
piosenki i znowu kolejne. Ale w badaniach wychodzi, że ludzie chcą
tego słuchać.
Jaka będzie przyszłość radiofonii w Polsce?
To jest fajne pytanie. Mogę powiedzieć tylko tyle, że moim marzeniem
byłoby coś takiego, żeby w Polsce radia nie poszły jeszcze dalej, niż
teraz jeśli chodzi o formatowanie. Chciałbym, żeby znalazło się jakieś
takie wypośrodkowanie między tym, co jest teraz i tym co było, bo
format dla mnie w sensie muzycznym, że gra się np. jak Eska bieżące
hity, czy tylko złote przeboje, ma swój sens i to się sprawdziło w
wielu krajach i pod wieloma szerokościami geograficznymi. W telewizji
też są kanały tematyczne – ludzie to lubią i to jest rozsądne. Ale
chodzi o to, żeby w takim radiu można było zrobić trzy wejścia po
jednej minucie, jedno po drugim, po to tylko, żeby uatrakcyjnić to, co
się dzieje na antenie. Na pewno to byłoby idealne. Gra określony
format, słuchacz wie czego się może spodziewać muzycznie po stacji,
ale z kolei nie wie czym może go zaskoczyć DJ. Może zaprosić do studia
np. kobietę, która sprzedaje precle. Po prostu więcej życia, żeby
odbiorca czuł, że osoba po drugiej stronie też się bawi, żyje i też ją
to cieszy. Można mieć teraz takie wrażenie, że ci ludzie, którzy tam
siedzą, po drugiej stronie, tak przychodzą, swoje zrobią i wychodzą z
radia. W ciągu 30 sekund naprawdę trudno cokolwiek powiedzieć,
przekazać emocje, zrobić z tego coś co by sprawiło, że ktoś się nad
tym zastanowi, albo pomyśli. Kto wie, może się to siłą rzeczy znudzi
pewnego dnia i nagle się okaże, że DJ się odezwie przez minutę i
opowie ciekawą historyjkę, a słuchacze stwierdzą „ale fajnie gość
opowiada”.
Polski rynek do tego nie dorósł, czy już się tym przejadł? Za
granicą jest mnóstwo stacji, które są ściśle sformatowane, ale jest
żywy prezenter, osobowość, wejścia trwają dłużej, niż jedną minutę, są
co piosenkę, nie co cztery...
Myślę, że to jest kwestia jakiegoś procesu, który u nas trwa dłużej.
Np. w Czechach są stacje, które są sformatowane, ale tam jest
prezenter, który – jak ma coś do powiedzenia – mówi, nawija. Jest to
coś żywego. Czesi zawsze byli do przodu, jeśli chodzi o radio, bo u
nas dopiero powstawały komercyjne stacje, kiedy w Czechosłowacji grały
radia takie, jak np. Rock FM. Tam w stacjach prowadzący wygłupia się,
opowiada, mówi. Może to jest etap, do którego musimy dojść. Nie wiem,
jak było w Czechach, może też przechodzili przez taki okres, ale
fajnie by było gdyby pewnego dnia tak samo stało się w Polsce.
Obserwuje Pan zmiany w Trójce?
Czytałem o tych zmianach, ale słuchać - nie słucham, gdyż nie mam na
to czasu.
Z tego, co Pan wyczytuje, jak ocenia Pan te zmiany? Czy one idą w
dobrym kierunku, czy złym?
Wydaje mi się, że w Trójce popełniono jeden podstawowy błąd. Zrobiono
za dużo eksperymentów w krótkim czasie, co sprawiło, że tak naprawdę
już nie wiadomo kim jest słuchacz Trójki, kim on miałby być i do kogo
to radio ma być adresowane. Tak naprawdę temat Trójki przewala się od
dwóch lat. Pomysły się zmieniają, dyrektorzy się zmieniają – od
znanych postaci, jak Piotr Kaczkowski po ludzi z kapelusza, którzy
zostają szefami Trójki. Tak naprawdę widać, że nikt nie ma pomysłu,
jakie to radio powinno być, a po drugie jakie zadania przed nim stoją.
Trójka jakiś tam poziom słuchalności zawsze miała i nie wierzę w to,
żeby po jakichkolwiek zmianach poziom słuchalności podniósł się o 10 –
15 proc. Moim zdaniem na tym etapie, przy tym układzie na rynku, jaki
jest nie ma na to szans.
A o 2 – 3 proc.?
Może, ale czy to coś zmieni?
Trójka jest jedną z nielicznych stacji, które posiadają na swojej
antenie audycje autorskie. Niedawno eksperymenty zaczęła robić Agora,
wprowadzając na antenę formatu „złote przeboje” audycję Wojciecha
Manna i Jana Chojnackiego...
To jest być może sygnał, że ciągle ktoś, gdzieś poszukuje, bo na tym
polu formatowania ilości wejść to tak naprawdę możliwości manewru
strasznie się zawęziły. Zamiast trzech wejść w godzinie można robić
dwa, można robić jedno, albo można nie robić ich wcale – nie ma wielu
możliwości. Jeśli chodzi o to ile się będzie grało piosenek w godzinie
to też można przyśpieszyć piosenki, co często robi się w niemieckich
stacjach radiowych i w godzinie upchnąć 18, a nie np. 15 piosenek. Ale
czy ktoś to zauważy, że jedna stacja gra w godzinie 15, a druga 18?
Nie wiem. Są takie możliwości manewru, jakie są możliwości formatu w
moim pojęciu. Można kombinować jeszcze w postaci takiej, że wejścia
mogą być krótsze, dłuższe, zauważalne, albo niezauważalne. Rola radia
towarzyszącego, czyli takiego, które gra w godzinach najlepszych dla
reklamodawców jest taka, żeby grać nie przeszkadzając słuchaczowi w
pracy.
Wróćmy do tematu Pana odejścia z RMF FM. W prasie pojawiało się
ostatnio wiele spekulacji na ten temat – mnóstwo różnych dat,
terminów...
Złożyłem wypowiedzenie pod koniec listopada. Biorąc pod uwagę mój
wieloletni staż, mam trzymiesięczny okres wypowiedzenia. Strona
radiowa nie chciała iść ze mną na tzw. porozumienie stron, w ramach
którego zakończyłbym pracę pod koniec grudnia ubiegłego roku. W
związku z tym okres wypowiedzenia trwa i teoretycznie do końca lutego
powinienem pracować jeszcze w RMF, ale być może uda się to załatwić w
ten sposób, że doprowadzę do końca aktualną edycję Dragonów, czyli do
początku lutego i zakończę pracę. Następną edycję poprowadzi już ktoś
inny.
Jak ocenia Pan sytuację finansową RMF FM?
Póki firma płaci i są pieniądze na podstawowe rzeczy to znaczy, że nie
jest źle. Znam takie firmy, gdzie bywa tak, że płatności nie są
realizowane na czas.
Co z kopułami?
Te kopułki tam sobie stoją. Niestety ich budowa trafiła na okres,
kiedy rynek reklamowy zaczął się walić. Gdyby wszystko zaczęło się dwa
lata wcześniej, może byłoby inaczej.
Czy uznaje Pan autorytety takie, jak Wojciech Mann, Janusz Kosiński,
czy Piotr Kaczkowski?
Akurat tych trzech wymienionych słuchałem w młodości. Kaczkowskiego
miałem okazję poznać osobiście podczas koncertu REM w Pradze. To są
dla mnie osoby, które tworzyły ważny etap radia w Polsce, kiedy tak
naprawdę tego radia jeszcze w zasadzie nie było. Wtedy prawie wszyscy
słuchali Trójki i nie można się od tego odżegnywać. Oprócz Kosińskiego,
Manna, którzy wyznaczali wtedy muzyczny poziom radia w Polsce
słuchałem też Marka Niedźwieckiego...
Kiedy zajdą zmiany na polskim rynku i zaczną wracać czasy radia
żywego, nie będzie deficytu osobowości?
Może się tak zdarzyć, ale myślę sobie tak, że jeżeli nadejdzie czas,
kiedy znowu takie osobowości będą potrzebne to one są w stanie się
szybko wykreować. Jest dużo zdolnych, młodych ludzi. Ja też zacząłem
pracę w radiu mając 20 lat. Trzeba kochać tę robotę. Nie można
przyjść, wyjść i zapomnieć. Radio to miłość na całe życie. Trzeba dać
radość ludziom, którzy są po drugiej stronie, ale też trzeba samemu
cieszyć się z tej pracy. Myślę, że dobra atmosfera była głównym
czynnikiem przy kompilacji tych osób, które Piotrek Metz wziął do Eski
Kraków. Chodzi o to, żeby zebrać taką ekipę ludzi, żeby się dobrze i
fajnie pracowało. Tak, jak kiedyś nie przychodziło się tylko na
program, tylko po to, żeby towarzysko się spotkać. |