|
Najgłośniejsza zmiana miejsc ostatniego sezonu. Z reportera zmienił
się w prowadzącego Fakty w TVN, a widzowie okrzyknęli go godnym
następcą Tomasza Lisa. Informacje, które czyta, czasem go zaskakują.
Ale w życiu Grzegorz Kajdanowicz nie lubi niespodzianek. Zaplanował i
karierę, i małżeństwo. Ostatnio zgodnie z planem na świat przyszedł
jego drugi syn Karol. Poznajcie prywatną twarz gwiazdy Faktów.
Gdzie Grzegorz Kajdanowicz zasypia - jeśli w ogóle śpi? Dlaczego
funkcji autora dziennika informacyjnego w TVN nie uważa za następny
szczebel kariery dziennikarskiej? I jak, pracując po kilkanaście
godzin dziennie, znalazł czas na założenie rodziny? Tego wszystkiego
(i więcej) dowiedzieliśmy się specjalnie dla was.
OJCIEC
GALA: Potrafi pan przewinąć dziecko?
GRZEGORZ KAJDANOWICZ: A wyglądam na kogoś, kto nie umie? Daję radę
nawet w nocy z zamkniętymi oczami.
GALA: Przecież ciągle siedzi pan w pracy, a zapracowani mężczyźni wolą
oddać dom w ręce żony.
G.K.: Czasem wydaje mi się, że też bym wolał. Karolina jest na urlopie
macierzyńskim, ale to nie znaczy, że pieluchy to jej życie. Nie ma
takiego podziału, że ona zajmuje się dziećmi, a ja pracą i nic mnie
nie obchodzi. Próbuję ją odciążyć, jak mogę. Moje dwa wolne dni w
tygodniu spędzam przy dzieciach. Wstaję do Karolka w nocy, przewijam.
Przez kilka pierwszych tygodni jego życia to ja go kąpałem. Żona bała
się. Był taki malutki i delikatny. Ostatnio to się zmieniło. Jak
wracam z pracy o 20, jest już po kąpieli. Wolę nie pytać, skąd ta
zmiana, bo całkiem mi z nią dobrze.
GALA: To kiedy się pan wysypia?
G.K.: Nie wysypiam się. Nie przespałem całej nocy od dwóch miesięcy,
od czasu, gdy urodził się mały. Szczerze mówiąc, jestem zmęczony
dramatycznie. Zasypiam czasami w pracy. Mamy taką skórzaną, wygodną
kanapkę. Zabraliśmy ją z chłopakami ze starego budynku TVN.
GALA: Nie bał się pan, że dzieci to jednak wielka odpowiedzialność?
G.K.: W pewnym momencie poczułem, że jestem na tyle dojrzały, żeby
mieć dziecko. Nigdy nie zastanawiałem się, czy sobie z tym poradzę.
Może dlatego, że zawsze byłem zdany na siebie. Rodzice wspierali mnie,
służąc radami, ale sam musiałem sobie załatwić pracę. Kiedy na trzecim
roku studiów szukałem sobie miejsca na odbycie praktyki
dziennikarskiej, zadzwoniłem do telewizji z budki telefonicznej. Szef
Teleexpressu powiedział, że mogę przychodzić dwa razy w tygodniu, a ja
przychodziłem codziennie, także w weekendy. Po pół roku zacząłem
pracować na cały etat. W życiu nie ma się czego bać. Trzeba liczyć na
siebie. To jest najlepsza strategia. Trzeba być twardym i
konsekwentnym. Chciałbym, żeby moje dzieci też polegały tylko na
sobie.
GALA: Kajetan cieszy się, że ma brata?
G.K.: Bardzo. Straszeni przez znajomych obawialiśmy się jego reakcji.
Ktoś nam opowiadał o dziecku, które widząc w niemowlaku konkurenta,
wyrzuciło go z wózka, ktoś inny twierdził, że trzeba uważać, bo
dziecko może uderzyć młodszego brata. Na szczęście Kajetan dobrze
przyjął Karolka. Całuje go, głaszcze. Czasem tylko nie potrafi się
uspokoić i głośno coś mówi, kiedy mały śpi. Trudno się dziwić, ma trzy
lata.
GALA: Kto wymyślił dzieciom imiona?
G.K.: Kajetana wymyśliła żona. Imię wydało mi się dziwaczne, nie
miałem jednak dobrej kontrpropozycji, więc musiałem ustąpić. Przy
drugim synku Karolina też próbowała przeforsować swoją opcję. Chciała,
by mały nazywał się Ignacy. Nie dałem się przekonać. Tym razem do mnie
należało ostatnie słowo. Imię Karol jest krótkie, czytelne,
ekspresyjne i nieszczególnie wymyślne. Żona się zgodziła, ale nie
zgodził się Kajetan.
GALA: Więc jak się zwraca do brata?
G.K.: Zrobiliśmy błąd, bo zapytaliśmy go, jakie imię chciałby dać
bratu. "Bolek", powiedział. Ubawiliśmy się po pachy i powiedzieliśmy,
że o Bolku nie ma mowy, że mały będzie miał na imię Karolek. Ale
Kajetan naszej wersji nie zaakceptował. Konsekwentnie mówi do Karolka:
"Bolek", i nam też każe tak mówić. Kajetan ma bardzo silny charakter.
Na każdy temat ma własne zdanie i zawsze stara się postawić na swoim.
Jest stanowczy i niebywale konsekwentny, co sprawia duże kłopoty w
wychowaniu. Ostatnio jest na etapie rzucania się na podłogę. Przy
ludziach, w windzie, na chodniku, w sklepie. Dramat. Mam nadzieję, że
"Bolek" szybko stanie się tylko rodzinną anegdotą z przeszłości.
GALA: Co będzie, jak Karol też okaże się uparty?
G.K.: Będzie problem. Bo jak się dogadają? O nas i o dziadkach nie
wspomnę. Na razie tylko wyglądają tak samo. Kiedy kładziemy zdjęcia
Kajetana z czasów, gdy był noworodkiem, obok zdjęcia Karolka, trudno
stwierdzić, który jest który. Takie same włosy, taka sama twarz,
uśmiech, miny. I miejsce to samo, bo obu rodziliśmy w Szpitalu św.
Zofii.
GALA: Rodziliśmy? Udało się panu urwać z pracy?
G.K.: Nasze dzieci rodziły się przez cesarskie cięcie, więc wszystko
mogliśmy zaplanować. Poniedziałki i wtorki mam wolne, termin porodu
wyznaczyliśmy na wtorek. Jeszcze w sobotę i w niedzielę prowadziłem
Fakty, a już w poniedziałek po południu zawiozłem żonę do szpitala i
we wtorek o 9 rano urodził się mały. Wziąłem dwutygodniowy urlop, żeby
zająć się Karoliną i chłopakami. W szpitalu wynajęliśmy salę z dwoma
łóżkami, tak że mogłem być z nią przez cały czas. Kajetanem w tym
czasie zajmowała się babcia i opiekunka. Przyjeżdżałem do niego
codziennie na dwie godzinki, żeby wiedział, że jestem, żeby nie poczuł
się odsunięty.
PASJONAT
GALA: Jak się pan czuje przy biurku po Tomaszu Lisie?
G.K.: W nowym studiu Faktów Tomek nigdy nie siedział. W starym stół
prezenterski to rzeczywiście było jego miejsce. Tomek prowadził
stamtąd grubo ponad 1000 wydań Faktów. W studiu jest spokój,
klimatyzacja. Latem przyjemny chłód, zimą ciepło. Lubię przygotowywać
i prowadzić Fakty, ale nie zrezygnuję z pracy reportera. To mój
żywioł. Zaczynałem w telewizji jako reporter i reporterem byłem ponad
10 lat. Niezapomniane doświadczenia - zwłaszcza z wyjazdów. Tuż przed
końcem negocjacji z Unią bardzo dużo jeździliśmy po Europie.
Trzydziestokilogramowy laptop do montażu ciągany po wielkich
lotniskach i hotelach śnił mi się po nocach. Kiedyś samolot z Dublina
spóźnił się do Londynu. Mieliśmy 5 minut na przesiadkę do samolotu do
Warszawy. Z całym sprzętem we dwóch przebiegliśmy całe Heathrow - duża
rzecz. Polecam. Samolot na nas czekał, wzywali nas przez megafony -
ależ się ludzie na nas gapili.
GALA: Pchał się pan do prowadzenia Faktów?
G.K.: Ja w ogóle raczej się nie pcham. Przyszedł do mnie szef, złożył
mi taką propozycję, a ja zgodziłem się z zastrzeżeniami, że chcę
pozostać reporterem. Nie uważam pracy autora dziennika informacyjnego
za trudniejszą i ważniejszą. Odpowiedzialność jest tylko nieco inna.
Kiedy wyjeżdżasz na drugi koniec świata i musisz przygotować
informację, wszystko jest na twojej głowie. Musisz ten materiał
zaplanować, zrobić, jakoś go zmontować i jakoś wysłać, a warunki nie
zawsze ci sprzyjają - bo sprzęt to tylko sprzęt, nie jest więc
niezawodny. Studio w Warszawie to cieplarnia. Wracasz ze zdjęć do
cichego pokoju z komputerem i montażystą. Ryzyko, że coś się nie uda,
że się nie zdąży, jest niewielkie.
GALA: Ile godzin spędza pan teraz w studiu?
G.K.: Jedenaście, dwanaście. Jak zwykle. Ale jestem przyzwyczajony.
Kiedyś pracowałem więcej. Przez pierwsze cztery lata pracy, jeszcze w
TVP, moje wolne dni w roku można było policzyć na palcach jednej ręki.
Trzy sylwestry z rzędu spędziłem w pracy. Siedem lat temu, na samym
początku Faktów, broniłem - pracę magisterską. Dostałem jeden wolny
dzień na obronę. Obroniłem się w godzinę, przyszedłem z szampanami do
pracy i około 11 już pracowałem.
GALA: Jest pan pracoholikiem?
G.K.: Nie, skończyłem z tym. Ale praca to moja pasja. Moja stacja bez
przerwy stawia nowe wyzwania, dostarcza wciąż nowych wrażeń, daje
wielkie pole do rozwoju. Uwielbiam to. Ale gdybym miał bardzo dużo
pieniędzy, dałbym sobie radę bez telewizji. Chyba... (śmiech)
GALA: Więc jak w tym pędzie znalazł pan czas na założenie rodziny?
G.K.: Długo wydawało mi się, że to się może nie udać. Ale jakoś się
udało i nie jestem wyjątkiem. Koledzy z pracy też mają dzieci.
GALA: Żona nigdy nie narzekała, że praca zajmuje panu zbyt dużo czasu?
G.K.: Kiedy się poznaliśmy, oboje pracowaliśmy w telewizji. Karolina
wie, że tak musi być. Choć kiedyś mniej było sporów o moją wieczną
nieobecność, dyskusji o tym, że normalni ludzie nie pracują w
weekendy, tylko mają je dla rodziny.
GALA: Poznaliście się w pracy?
G.K.: Karolina pracowała na Woronicza, a ja na placu Powstańców.
Poznaliśmy się na rejsie do Szwecji. Był kiedyś taki cykl rejsów
integracyjnych dla dziennikarzy. Popłynęliśmy na jeden z nich.
Poznałem Karolinę już w pociągu do Gdyni, bo siedziała ze mną w
przedziale.
GALA: Oświadczył się pan już na tym rejsie?
G.K.: To żart? Po rejsie zaczęliśmy się spotykać. Oświadczyłem się
prawie po dwóch latach.
GALA: Pamięta pan te oświadczyny?
G.K.: Był pierścionek zaręczynowy. Karolina sama go wybrała. Były
wspólne plany na przyszłość. Mieszkaliśmy już wtedy razem, więc
oświadczyny nie zaskoczyły Karoliny. To raczej zadośćuczynienie
tradycji niż romantyczny gest. Z romantyzmem u mnie nie najlepiej.
GALA: Dlaczego akurat Karolina?
G.K.: Ma silny charakter, jest niezależna, samodzielna. Od początku
nie wygladała na kurę domową czy szarą myszkę. Ma swoje życie
zawodowe. Moim właściwie kompletnie się nie interesuje. Nie trzeba jej
ciągnąć przez życie za rękę. Nie czeka, aż się jej coś zaproponuje.
Nigdy nie zrezygnowałaby z kariery zawodowej. Po urodzeniu Kajetana
szybko wróciła do pracy. Teraz też szykuje się do powrotu.
GALA: Ale z taką silną kobietą chyba nie zawsze jest łatwo się
dogadać?
G.K.: Rzeczywiście, niemal na każdy temat mamy inne zdanie. I dziwnym
trafem nikt nie chce ustąpić. Nigdy nie wierzyłem, że cechy charakteru
można zawdzięczać znakom zodiaku. Uwierzyłem, kiedy okazało się, że
oboje urodziliśmy się pod znakiem Lwa. Jakoś się utarło, że Lew jest
dominujący, że chce rządzić. U nas każdy ciągnie w swoją stronę, każdy
chce decydować.
GALA: Które z was wybrało wasze nowe mieszkanie?
G.K.: Wybraliśmy razem. Wcześniej mieliśmy 60-metrowe mieszkanie na
Służewie nad Dolinką. Nie było tajemnicą, że po przystąpieniu Polski
do Unii ceny wzrosną. Po co kiedyś płacić za coś więcej, jeśli dziś
można to kupić za mniej? I tak staliśmy się posiadaczami 125-metrowego
mieszkania w nowym budynku z dwoma miejscami garażowymi i ochroną. To
nasze trzecie mieszkanie.
GALA: Daleko stąd do Faktów?
G.K.: Dziesięć minut samochodem. Przez chwilę nawet zastanawialiśmy
się nad domem pod Warszawą, ale wtedy dojazdy przedłużałyby mój czas
poza domem. Zamiast wychodzić na 12, wychodziłbym na 14 godzin.
Urządziliśmy więc wszystko tak, żeby było jak najwygodniej. Mieszkanie
jest blisko pracy, metra, apteki, sklepu nocnego. Mogę robić zakupy,
kiedy dzieci już śpią.
SZCZĘŚCIARZ
GALA: Zawsze pan tak wszystko planuje?
G.K.: Niewiele zostawiam przypadkowi, choć nie mam długofalowego planu
na życie.
GALA: I zawsze dzielił pan życie na dom i pracę?
G.K.: Jeszcze chodziłem do kina (śmiech). Kiedy byłem na studiach,
prowadziłem bardzo bujne życie towarzyskie. Wracałem do domu nad ranem
tylko po to, żeby się przespać. Etap zabaw skończył się ostatecznie
wraz z narodzinami Kajetana. Teraz prowadzę spokojne, rodzinne życie.
Rzadko gdzieś wychodzimy.
GALA: Myśli pan, że jest szczęściarzem?
G.K.: Nie ma dla mnie tej kategorii w pracy. Jestem szczęściarzem, bo
mam dzieci. Nie przyszło nam to łatwo. Mam koleżanki, które pracowały
niemal do końca ciąży - jedna tak dobrze się czuła, że nawet w dniu
porodu była w studiu. Moja żona nie miała tyle szczęścia. Było,
minęło. Widzi pani, ryzyko jest wkalkulowane w nasze życie. Trzeba
tylko umieć dawać sobie z nim radę.
Rozmawiała Katarzyna Szczerbowska
Nr 2, od 10 do 16 stycznia 2005 |