|
MARIUSZ MAX KOLONKO
Każde jego wystąpienie było telewizyjnym wydarzeniem. Elektryzował
publiczność. A z jego odejścia z telewizji zrobił się show, choć wcale
tego nie chciał. Mówi: "Jestem jak wyścigowe lamborghini, które
spychano na boczne drogi". Teraz Max Kolonko chce na autostradę. I to
na pas najszybszego ruchu.
Zrobił się szum dookoła pana.
MARIUSZ MAX KOLONKO: Zawsze mówiłem, że nie chcę odchodzić z telewizji
manifestacyjnie. Nie będę zabierał torebki i rzucał gazetami, aby
pokazać, jaki jestem zdenerwowany. Ale nie da się. To parę osób w
telewizji robi problem, próbuje zdyskredytować mnie jako dziennikarza.
Założyli mi blok. Dlaczego mam milczeć?
Podobno nie może pan być korespondentem, bo nie ma pan przepustek
Departamentu Stanu w USA.
M.M.K.: Rzecznik telewizji podał tę informację, żeby udowodnić, że nie
mogę być korespondentem. Prawda jest taka, że takie przepustki nie
istnieją. Jest centrum prasowe dziennikarzy zagranicznych
akredytowanych przy Departamencie Stanu. Jestem członkiem tej
instytucji dłużej, niż ten rzecznik pracuje w telewizji.
Prostował to pan?
M.M.K.: Napisałem pismo do prezesa i rzecznika. Po dwóch miesiącach
otrzymałem wyjaśnienie, że rzecznik jest bez winy. Jakoby pomylił się
dziennikarz, który podał jego słowa. Ale informacja poszła w świat.
Kolonko się nie nadaje.
Pana kontrakt wygasł. Co powiedziano, kończąc z panem współpracę?
M.M.K.: Nic. Japończycy znają siedem sposobów na mówienie "nie". Np.
"nie" przez ucieczkę. Prosi pan o przysługę, a ktoś odchodzi. Myślę,
że japońskie elementy zarządzania w polskiej telewizji publicznej
istnieją bardzo mocno. Ja mam "nie" przez milczenie.
Trudno mi uwierzyć. Nie dzwonił pan do prezesa Jana Dworaka?
M.M.K.: Dzwoniłem. Ale rozumiem, że prezes może mieć ważniejsze
sprawy. Zdaję sobie też sprawę, że kontrakty nie są wieczyste. To
biznes. Choć matematyka pokazuje, że taniej jest korzystać z człowieka
na miejscu, niż wywalać 20 tys. dolarów miesięcznie na utrzymanie i
obsługę placówki przez spadochroniarza z kraju. To, czego nie
rozumiem, to dlaczego akt zmiany korespondenta zamienia się w
publiczne deprecjonowanie jego umiejętności. Moja firma Media 2000
Communications współpracowała z telewizją kilkanaście lat. Łączył nas
biznes. Jeżeli w najmarniejszej amerykańskiej stacji rezygnuje się z
korespondenta, szef powie: "Dobrze pan pracował przez te kilkanaście
lat, dam panu dyplom".
Nie doczekał się pan konkretów, więc sam pan złożył rezygnację?
M.M.K.: Nie pcham się, gdzie mnie nie chcą. Nie będę czekać, aż mnie
wymilczą. Napisałem w internecie, że nie otrzymałem żadnej propozycji,
w związku z czym nie czuję się związany umową. Kończymy biznes,
czyścimy rachunki. Ktoś napisał: "Kolonko żąda pieniędzy!". Nonsens.
Dziennikarze dzwonili i pytali, co się dzieje. Wstyd mi było
powiedzieć, że wiem tyle, co oni. Robiłem dobrą minę do złej gry i
ściemniałem - to teraz modne słowo w Polsce - że rozmowy trwają. Nie
było żadnych rozmów, żadnego telefonu.
Użył pan określenia, że założyli panu blok.
M.M.K.: To stały element mojego życiorysu. Zawsze chciałem za dużo i
za szybko. Już w radiu akademickim w Poznaniu założono mi blok. Kiedyś
na zebranie redakcji przyszedł działacz studencki. "Założyliśmy
Kolonce blok - powiedział z satysfakcją - trzeba odsunąć go od
anteny". "Ale dlaczego? - zapytałem - O co chodzi?". Nie dostałem
odpowiedzi. Zostałem ukarany za to, że jestem dynamiczny, pracowity,
chcę odnieść sukces. Przeniosłem się do Warszawy, żeby w Trójce,
profesjonalnej stacji radiowej, już na poważnie bawić się w
dziennikarstwo.
Zadebiutował pan dzięki Wojtkowi Mannowi?
M.M.K.: Kręciłem się w radiu, czekałem na swoje pięć minut. Spotkałem
kiedyś Manna i proszę: "Panie Wojtku, pan da mi poprowadzić program".
On mówi, że następnego dnia ma poranną audycję. Ja na to: "Niech pan
zaśpi!". Następnego dnia obudziłem się o szóstej i słyszę, że Trójka
nadaje muzykę poważną. A to był znak, że prowadzący audycję nie
pojawił się w radiu. Mieszkałem pięć minut od studia. W drzwiach
zderzyłem się z wściekłym Zielińskim. "Gdzie Mann?" - krzyczał. A ja
mówię: "Spokojnie, ja jestem, wszystko opanowałem". Lampa się
zapaliła, powiedziałem: "Dzień dobry państwu, Mariusz Max Kolonko,
zapraszamy do Trójki".
Mann celowo zaspał?
M.M.K.: Nie wiem. Wszyscy potem powiedzieli, że mu na obiedzie
dosypałem czegoś do jedzenia (śmieje się).
Z Trójki też pan zrezygnował?
.M.K.: Znów poczułem, że mam blok. Tym razem nie założyli mi go
koledzy. Tam wszyscy chcieli robić nowoczesne radio. Monika Olejnik,
Marcin Zimoch, Wojtek Reszczyński. Ale zauważyłem, że się nie
rozwijam. Chciałem robić większe rzeczy. Mnie zawsze fascynowało
Hollywood. Nigdy tego nie mówiłem: pojechałem do Stanów, żeby pisać
scenariusze i robić filmy. Przypomniałem sobie o tym, gdy związałem
się z Weroniką. Siedzieliśmy w ogrodzie, ja mówię: "Wiesz co,
uświadomiłem sobie, że zawsze chciałem robić filmy". Napisałem sześć
scenariuszy w Stanach po amerykańsku.
Pracując na budowie?
M.M.K.: Miałem firmę budowlaną, ale to był wehikuł do czegoś.
Zobaczyłem, że kamera kosztuje 70 tysięcy, więc powiedziałem: zarobię
te pieniądze. Chciałem robić biznes na dużym poziomie. A najlepszy
interes to renowacja wieżowców. Po sześciu latach miałem 54 budynki
wyremontowane na Manhattanie.
Co to za dziennikarz, co kielnią machał?
M.M.K.: Z tego też uczyniono mi zarzut. Nie rozumiem tego. W Stanach
nauczyłem się życia, liczyć pieniądze. Zdobyłem doświadczenie do
prowadzenia firmy telewizyjnej. Sprzedałem sprzęt budowlany i kupiłem
kamerę. Nauczyłem się filmować, montować. Marcin Zimoch zaproponował
mi, żebym robił korespondencje dla Panoramy. Na początku przychodziłem
na plan w butach budowlanych. Do pasa byłem ubrany w marynarkę i
krawat, od pasa w dół jak robociarz, bo tego i tak nie widać. Nasza
współpraca trwała kilkanaście lat.
Był pan też operatorem?
M.M.K.: Dlaczego mówią, że mam świetne zdjęcia? Bo ja znam ten biznes.
Do programu Odkrywanie Ameryki sfilmowałem spiralę śmierci. Wszedłem
do samolotu i filmowałem, jak spada. W takim korkociągu zginął Kennedy
Jr. Kręciłem aligatory, kamerzysta powiedział, że nie jest głupi, nie
będzie tam wchodził. "Sorry - powiedziałem - biorę kamerę, ty spadaj".
Poszedłem w te aligatory sam.
Pan to lubi, co?
M.M.K.: Wariatem nie jestem. Ale lubię mieć dobre ujęcia.
A jak pan został korespondentem Wiadomości?
M.M.K.: Sami do mnie zadzwonili. Sławomir Zieliński, ówczesny szef
Programu 1, powiedział, że mam przyjechać do Polski, bo zarząd chce
mnie na korespondenta. Ja mu na to: "Have a nice day!". "Jak to?
zdziwił się, nie interesuje cię to?". "Stary - odpowiedziałem - ja mam
swoje życie, swój biznes, dobrze mi się pracuje w Panoramie". -
Nalegali. Chciał, żebym przyleciał w najbliższą środę, bo zarząd ma
zebranie. Powiedziałem, że nie mogę, bo mam randkę. Słyszałem, jak w
pokoju Zielińskiego ktoś krzyczy: "Kur..., on zwariował!". W
rezultacie zarząd przesunął spotkanie o tydzień. Pojechałem i bardzo
mili panowie zrobili ze mnie korespondenta.
I dali panu dziewięć i pół tysiąca dolarów miesięcznie.
M.M.K.: To bzdura i kolejny skandal. Nie byłem na etacie! Taką sumę
ujawnił rzecznik telewizji. Gdzie na świecie jest to możliwe? Umowy
między firmami mają klauzulę poufności. Dlaczego więc rzecznik to
ujawnił? Dlatego, żeby widzowie założyli mi blok. "Nasz ulubiony
korespondent dostaje tyle kasy? Już go nie lubimy!". Prawda jest inna.
Pamiętam, że Sławomir Zieliński powiedział kiedyś: "Pomyśl o byciu
korespondentem". "OK - odpowiedziałem - dajcie mi pieniądze, które
wydajecie na obsłużenie placówki. Dajcie mi tę kolosalną kasę, którą
telewizja wydaje, żeby pan X mógł mieszkać w willi z basenem na dachu,
a ja ją dobrze zainwestuję". Zgodzili się, ale na warunki
amerykańskie, bo po odliczeniu wydatków na produkcję i utrzymanie
biura to nie jest dużo. Ale mój księgowy powiedział: "Nie ma mowy,
żebyśmy to robili, nie opłaca się. Chyba że dadzą nam jeszcze do
zrobienia program Odkrywanie Ameryki". Podpisałem umowę. Miało być
piętnaście epizodów. Powstał jeden. Wszyscy w Jedynce byli zachwyceni.
I zapadła cisza. Zaczęli odwlekać realizację następnych. Potem nastała
Dorota Warakomska i z miejsca pocałowała ten program - good bye.
Właśnie. Była przed panem korespondentem w Nowym Jorku?
M.M.K.: Tu dochodzimy do sedna naszej rozmowy. Ja nie walczę z
telewizją. Pracowałem dla niej kilkanaście lat, mam tam wiele
koleżanek i kolegów, których lubię, cenię i szanuję. Ale kilka osób
mnie próbuje zniszczyć. Dorota Warakomska uznała, że ją wygryzłem, i
jest na mnie zła. W dodatku dwa miesiące potem, jak przyszedłem na jej
miejsce, doszło do tragedii World Trade Center. Nie mogła przeboleć,
że minęła ją taka dziennikarska "okazja".
Znaliście się wcześniej?
M.M.K.: Tak, ale były z tym duże problemy. Ja robiłem relacje dla
Panoramy, Warakomska dla Wiadomości. Często obsługiwaliśmy te same
wydarzenia. Potem były opinie, że moje materiały są lepsze. To dla
oficjalnego korespondenta jest denerwujące. Dlatego miała do mnie
pretensje. I zawsze robiła wszystko, żeby udowodnić swoją wyższość. To
udawanie lepszego przygotowania merytorycznego polegało na tym, że
używano wobec mnie pejoratywnych określeń. Na przykład "dziennikarz
polonijny".
Co w tym złego?
M.M.K.: Dla mnie nic. Ale w środowisku określenie to sugeruje, że
jestem lokalny, niewiele potrafię. Dlaczego nie dawano mi robić
publicystyki? Bo gdyby Kolonko zaczął komentować albo zadawać
inteligentne pytania prezydentowi Bushowi, wtedy okazałoby się, że
jest lepszy. I parę osób nie mogłoby jeździć do Waszyngtonu za
pieniądze telewizji. Wszystkie ostatnie wywiady dla TVP z prezydentem
Bushem wynegocjowałem ja. Człowiek, który rzekomo nie ma przepustek do
Departamentu Stanu, znany był tam na tyle, że Biały Dom dawał OK?
Pamiętam, jak powiedzieli w Departamencie: "Masz wyłączność na wywiad
z prezydentem dla Polski. Czekaj w weekend na telefon". Departament
powiadomił ambasadę w Polsce, ambasada - TAI. Wiceszefem był wtedy mąż
Doroty Warakomskiej (ówczesnej korespondentki TVP), a dzisiejszy
rzecznik telewizji. I kogo w poniedziałek zobaczyłem w Wiadomościach,
jak z wypiekami zapowiada swój wywiad z prezydentem Stanów?
Jak pracowało się panu z Dorotą Warakomską, gdy była szefową
Panoramy?
M.M.K.: Dziennikarze Panoramy powiedzieli mi, że nie mogą zamawiać u
mnie materiałów. Zadzwoniłem do Doroty Warakomskiej. Powiedziała, że
cieszy się, że przypomniałem sobie o Panoramie. "Ale ty podobno nie
puszczasz moich materiałów?". Zaprzeczyła, powiedziała, że czeka na
relacje.
W zeszłym roku znów została pana przełożoną, jako szefowa programów
informacyjnych.
M.M.K.: Poszedłem do niej i powiedziałem: "Wszyscy mówią, że ty
podobno mnie wywalisz?". Zmieszała się, zawinęła, nie odpowiedziała.
Przetrwałem jeszcze wybory prezydenckie, bo trzeba było specjalisty.
Wykorzystali to, a potem wahadło ruszyło w drugą stronę.
Skąd taka nieżyczliwość wobec pana?
M.M.K.: Nie wiem, nie rozumiem źródeł nienawiści. Nie mam w sobie
takich uczuć. Nasz antagonizm sięga dawnych lat. Opowiem panu
anegdotkę o tym, jak kamerzysta Doroty Warakomskiej wyrzucił
korespondenta Panoramy za drzwi podczas szczytu NATO.
Czyli pana?
M.M.K.: Warakomska była szefową przedsięwzięcia. Nie zadbała o to,
żeby dać mi taśmę do zmontowania. Rozmawiałem o tym z redakcyjnym
kolegą, kamerzysta Warakomskiej wtrącał się złośliwie. Więc
powiedziałem: "Słuchaj, jesteś kamerzystą, a ja właśnie rozmawiam z
redakcyjnym kolegą. Przeszkadzasz". On wstał i wypchnął mnie za drzwi.
Gdybym mu zrobił podwójnego nelsona, tobyśmy boks dla dziennikarzy
rozbili w drobny mak.
Co to za podwójny nelson?
M.M.K.: Nie chciałby pan zobaczyć, jak to wygląda. Ale pomyślałem, że
wokół jest tylu agentów, że gdybyśmy zrobili zamieszanie, zaraz
zbiegnie się ich setka. Byłby skandal. Już widziałem te artykuły i
telewizyjne newsy: "Polacy tak chcą do NATO, że polscy dziennikarze
biją się w kuluarach". Więc dałem się wypchnąć. Poszedłem z tym do
Doroty Warakomskiej. Jak pan myśli, co powiedziała szefowa TVP
odpowiedzialna za realizację korespondencji?
Nie mam pojęcia.
M.M.K.: Powiedziała: "Bo nazwałeś go kamerzystą! A on jest
operatorem".
Co pan powie na opinię, że nadużywa pan "r"?
M.M.K.: Raczek napisał: "Polonijny dziennikarz mówiący z akcentem."
Może ma rację? Pan słyszy u mnie akcent?
W melodii pana języka czuć, że wiele lat spędził pan za granicą.
M.M.K.: Czasem pozwalam sobie na obce słowo. Ale na wizji staram się,
aby tego nie było. Taki mój image spopularyzował Maciej Stuhr, kiedy
sparodiował mnie w telewizji. Widziałem, śmiałem się bardzo,
pogratulowałem mu.
Pana image to telewizyjny show.
M.M.K.: Z tego też uczyniono mi zarzut. Poprzedni szef Wiadomości
powiedział, gdy miałem robić materiał o Mazurze: "Tylko nie rób mi
cyrku". "O co chodzi"-spytałem. "Twoje sformułowanie jest obraźliwe".
A on mówi, że zrobiłem taki materiał o salonie samochodowym.
Oczywiście, taki temat rządzi się swoimi prawami. Ja bardzo uważnie
dobieram narzędzia do materiału, podobnie jak malarz, który posługuje
się inną techniką, kiedy maluje akwarele, a inną, kiedy pracuje w
oleju.
W relacjach ze zburzenia WTC siebie uczynił pan bohaterem
materiału.
M.M.K.: I zaraz usłyszałem, że Kolonko kreuje się na gwiazdę. A to
była forma eseju, wzięta z amerykańskiej telewizji. Zauważyłem, że już
więcej nie mogę opowiadać, ilu ludzi zginęło i jak wielka jest góra
gruzów. Czułem, że tego nikt już nie potrafi ogarnąć. Więc skierowałem
kamerę na siebie i opowiedziałem tę historię jako ja, człowiek,
nowojorczyk, który tu mieszka, przeżył tragedię, stracił kolegów. Z
czasów prowadzenia firmy miałem kolegów strażaków, którzy tam zginęli.
Jestem dumny z tych relacji. Były autentyczne.
Brakuje panu bycia na wizji?
M.M.K.: Oczywiście. Mógłbym być na ekranie całą dobę, prowadzić własny
show. Nigdy nie miałem lepszych predyspozycji. Widzowie to doceniają.
W zeszłym roku według badań OBOP-u zająłem szóste miejsce po Lisie,
Durczoku, Olejnik, Jaworowicz i świętej pamięci Milewiczu. A miałem
tylko dwuminutowe relacje. To ewenement.
Zatem co dalej?
M.M.K.: Szkoda mi widza. Gdy jadę taksówką i słyszę od kierowcy:
"Świetny program, podoba mi się", odbieram to jako wielką nagrodę.
Chcę robić ambitne programy, pokazać swoją wartość. Jestem jak
wyścigowe lamborghini, które do tej pory musiało jeździć po bocznych
drogach. Chcę dostać się na autostradę. Myślę uważniej o swoim image'u.
Będę pisał felietony, mam już gotową książkę Odkrywanie Ameryki o
sprawach, które są dla mnie ważne. O Weronice, Bushu. Myślę, że będzie
zaskoczeniem dla czytelnika w Polsce. Właśnie odświeżamy moje
internetowe strony, żeby tam były nie tylko zdjęcia Kolonki z
obnażonym torsem.
A jak odbiera pana kłopoty Weronika?
M.M.K.: Ona ma włoski temperament. Dobrze, że nie ma jej w Polsce, bo
gdyby osoby, z którymi mam problemy, wpadły jej w ręce, byłyby biedne.
Pokazała, że umie bić w Pitbullu (śmieje się). Jesteśmy podobni. Nie
spotkałem w życiu osoby, którą bym tak kochał i funkcjonował na tych
samych częstotliwościach. Jest bardzo mądra, potrafi dawać świetne,
intuicyjne rady. Wszystko, co ostatnio robię, konsultuję z nią. Ona
mnie wycisza. Szanuję ją i cenię za dojrzałość. Najpiękniejszy moment,
kiedy mogę otoczyć ją ramieniem, kiedy jesteśmy blisko. Miłość to
nieprawdopodobne zjawisko.
Myśli pan o zmianie zawodu?
M.M.K.: Jestem zodiakalnym Bykiem. Jestem stały w uczuciach i w tym,
co robię. Jak mi się krawat spodoba, mogę go nosić latami. Ale teraz
życie znów mnie wypchnęło z torów, każe szukać nowego. Coraz częściej
dochodzę do wniosku, że lepiej czuję się za kamerą niż przed. Może
powinienem robić filmy? Zwłaszcza teraz, kiedy mam Weronikę jako
model. Ja ją kręcę w domu. Chciałby pan to zobaczyć.
autor: Roman Praszyński
|