|
Może to nie ja jestem dyslektykiem i dysgrafem, ale Pan,
profesorze Miodek? Może wysiłki Pana i Panów profesorów od języka powinny
iść w zupełnie przeciwnym od obecnego kierunku?
W Ustawie o języku polskim zapisano: podstawowym elementem narodowej
tożsamości Polaków jest język polski. Zdaniem węgierskiego intelektualisty,
ulubieńca "Gazety Wyborczej" Istvana Bibo: Nowoczesna idea narodu to pojęcie
par excellence polityczne: punktem wyjścia jest struktura państwowa.
Z obu stanowisk wynika, że język jest bytem najbardziej determinującym
zachowanie ludzi. Nawet jeżeli Bibo ma rację, to nie zauważa, że polityka
nie może istnieć bez języka. Polityk, czyli człowiek o większym niż
przeciętny instynkcie państwowym, może być chorym, ślepym, pijanym lub
rolnikiem – ale nie może być niemym. I to jest argument za mądrością
polskiego parlamentu.
W 1957 roku Noan Chomsky – 32-letni profesor MIT w Bostonie, okrzyknięty
najwybitniejszym lingwistą na świecie – spisał teorię "gramatyki
generatywnej". Chomsky przekonywał, że wszystkie ludzkie języki są do siebie
zadziwiająco podobne. Analizując sposób uczenia się języka przez zdrowe
dzieci, stwierdził, że w ich umysłach biologicznie są zakodowane zasady
gramatyki. Przed Chomskym psychologowie twierdzili coś innego. Ich zdaniem,
uczenie się mowy przez dzieci było niczym innym, jak wyrabianiem odruchów
mięśni szczękowych i języka.
Teorie Chomsky’ego były jednak tylko teoriami, aż do roku 1991. Wtedy to
uczeni z Uniwersytetu Oksfordzkiego zlokalizowali gen FOXP-2 odpowiedzialny
za mówienie i rozumienie języka. Dowiodło to ostatecznie istnienia gramatyki
generatywnej jako cechy biologicznej całego gatunku ludzkiego, przyrodzonej
organizmowi człowieka – jak np. istnienie wątroby. Okazało się także, że
gramatyka generatywna jest logiczna, systematyczna i gdyby ludzie
posługiwali się nią przez całe życie, świat mógłby wyglądać lepiej.
Ucząc się języka polskie dzieci uparcie twierdzą, że "oni jestą", liczba
mnoga od słowa bęben to "bębeny", a robotnicy na budowie to "budowczy". I
mają rację. "Oni jestą", a nie "oni są" – to poprawna z punktu widzenia
gramatyki generatywnej, a także logiki matematycznej forma trzeciej osoby
liczby mnogiej. Podobnie bardziej oczywista jest forma "bębeny" niż wynikła
z jakichś chorobowych objawów, aczkolwiek powszechnie uważana za poprawną,
forma "bębny".
* * *
Szwendając się po księgarni EMPiK ujrzałem między półkami profesora Jana
Miodka, który jak zwykle ze wszystkiego zadowolony autografował swój
najnowszy "Słownik Ojczyzny Polszczyzny". Udałem, że profesora Miodka nie
widzę, co w rzeczy samej było przejawem mojej ogromnej kurtuazji, gdyż
profesor Miodek, podobnie jak jego kolega, profesor Pisarek, znany również
chyba pod pseudonimem Bralczyk, są dla mnie uosobieniem zła. Istnienie ich i
ich teorii kosztowało mnie wiele dotkliwych upokorzeń.
Bieda moja polega na tym, że mój dziadek, podobnie jak mój ojciec i ja, i co
prawdopodobne mój syn, jesteśmy dyslektykami i dysgrafami. Zgodnie z
przyjętą psychologiczną definicją oznacza to, że mimo znajomości reguł
oficjalnej gramatyki, składni i ortografii – na których straży stoją
wspomniani profesorowie – nie jesteśmy, nie byliśmy i nie będziemy w stanie
ani mówić, ani pisać zgodnie z Miodkowymi regułami.
Dyslektycy w Polsce mają gorzej niż homoseksualiści i kobiety. Najmniejsze
odchylenia od przyjętych norm gramatycznych postrzegane są bowiem w Polsce
jako syndrom niechybnej durnoty.
Jednocześnie Polakowi zupełnie nie przeszkadza, że wódka to nie jest mała
woda, choć łódka jest małą łodzią. Nikogo nie dziwi, że "renta starcza nie
starcza". Nikogo nie zastanawia, że "pan w meloniku" to nie człowiek z małym
melonem na głowie. Nikogo nie oburza, że czarnowidz to nie jest antonim
jasnowidza. Nie zastanawiają się Polacy nad tym, że dwunastnica nie ma nic
wspólnego z ośmiornicą. Na pytanie: "Czy jest...?" Polak odpowiada: "Nie
ma?", co jest kretynizmem jawnym. Właśnie tak! Wszystkie językowe
zwyrodnienia są jak najbardziej poprawne i tylko dyslektycy, jak ja, którzy
czasami prostują absurdy, dostają za to po łbie od różnych nobliwych,
pozornie mało szkodliwych, grzecznych osobistości pokroju Jana Miodka, który
w doniosłym stylu mówi, co jest poprawne, choć w istocie jest na odwrót.
Zdaniem "Słownika Ojczyzny Polszczyzny" profesora Miodka: Litr – to
jednostka miary wody (strona 376). No pewnie! Wódkę mierzy się na półlitry,
a piwo na sześciopaki. Słowo "standard" w mianowniku wymawia się jak
standart – poucza książka – ale w dopełniaczu mówi się już, ho-ho-ho,
standardu (str. 376). Wyraz sześćdziesiąty wymawia się oczywiście jak
szeździesionty (str. 665). Miękki – to taki, który nie jest twardy, sztywny
(str. 418). Profesor Miodek nie daje w swym słowniku definicji słowa
"twardy", ale nadążając za profesorem twardy to chyba taki, który nie jest
miękki, czyli wiotki. Na zasadzie podobnych tautologii, panie profesorze, to
można se wytłumaczyć wszystko. Jako pierwszy z fizyków profesor Miodek
zdefiniował "czas" jako nieustający ciąg chwil. Pora teraz na definicję
słowa "chwila" – no dalej, panie profesorze.
* * *
Z podobnie złowrogich przesłanek z dużą radością przyglądam się komunikatom
z prac Rady Języka Polskiego ukonstytuowanej przez wspomnianą Ustawę o
języku polskim. Składającej się z już wymienionych językoznawców.
Rada na przykład zaleciła Urzędom Stanu Cywilnego, aby odmawiały rejestracji
imion "Poziomka" oraz "Tupak", gdyż groziłoby to ośmieszeniem właścicieli
tych imion. Znalazłem w książce
telefonicznej kilkanaście osób o nazwisku Poziomka i jednego Tupaka. Ciekawy
jestem, jak się oni czują w obliczu takiego wyroku Rady.
Czy w miarę, jak oddalamy się od źródeł nazwanych przez Chomsky’ego
"gramatyką generatywną" – sankcjonując nonsensy językowe w obowiązujące
zasady – nie pogrążamy się w jakiejś kłamliwej rzeczywistości, która
następnie wpływa na nasze działanie? Czy w polskim społeczeństwie, w którym
czyny najpierw muszą być spisane, a potem dokonywane, mogą dziać się rzeczy
zdrowe, jeżeli język polski z pokolenia na pokolenie czyni umysły znad Wisły
coraz bardziej obłąkanymi? |