|
Zawsze wierzyłam, że
wróci
Dokładnie pół roku temu
o trzeciej nad ranem w amerykańskim mieszkaniu Moniki Milewicz
zadzwonił telefon. Usłyszała, że jej ojciec Waldemar Milewicz został
zabity w Iraku. Nie chciała uwierzyć, bo myślała, że czuwa nad nim
Opatrzność. Dziś Gali opowiada o tym, co przeżywa córka, gdy umiera
nie tylko ojciec, ale również najbliższy przyjaciel.
Przywykła do tego, że
ojciec wyjeżdżał w te miejsca na ziemi, od których spokojni ludzie
trzymali się z daleka. Wiedziała, że ociera się o śmierć, ale
wierzyła, że nic mu nie grozi. Pomagała mu organizować dziennikarskie
wyprawy w rejony konfliktów, podpatrywała, jak pracuje, jak zdobywa
zaufanie współpracowników. Byli ze sobą bardzo związani. Nawet wtedy,
gdy rodzice Moniki rozstali się, a ona sama wyszła za mąż i urodziła
córkę. Wciąż była jego Małą, jego najważniejszą kobietą. Pewnego dnia
nagle zniknął z jej życia.
GALA: Na mszy żałobnej
po śmierci pani taty płynęła piosenka I Feel You zespołu Depeche Mode.
Podobno było to jego życzenie. Czyżby zostawił dyspozycje dotyczące
swojego pogrzebu?
MONIKA MILEWICZ: Nie
zostawił żadnych zaleceń. Przy okazji rozmów na temat śmierci, gdy
ktoś mówił: "Chciałbym, aby kiedy umrę...", tata czasem rzucił jakieś
zdanie dotyczące jego samego. Z tych wypowiedzi można było
wywnioskować, że wolałby zostać skremowany i że chciałby, by
pogrzebowi towarzyszyła muzyka zespołu Depeche Mode, który bardzo
lubił. Postanowiłam spełnić te jego życzenia.
GALA: Skoro był
korespondentem wojennym, musiał często myśleć o śmierci.
M.M.: Sądzę, że nie
myślał o swojej śmierci. Był przekonany, że czuwa nad nim Opatrzność i
że nic złego mu się nie przydarzy. Ja też w to wierzyłam. Nawet jeśli
ktoś mu mówił, że tam, gdzie jedzie, jest niebezpiecznie, on zbywał to
żartem. Dlatego nigdy nie było między nami takiej rozmowy: "Słuchaj,
Mała, jeśli zginę, to zrób to czy to". Wyjeżdżał i mówił: "Wrócę za
parę dni. Umówmy się o tej godzinie w tym miejscu". Nigdy nie
wyjeżdżał z myślą, że może nie wrócić. Był bardzo doświadczony.
Potrafił uchronić nie tylko siebie, lecz także swoich
współpracowników: kamerzystów, dźwiękowców.
GALA: Choć ryzykował
życie, uważał, że korespondent wojenny to zawód jak każdy inny?
M.M.: Chyba tak. Nigdy
nie jechał po śmierć, bo bardzo kochał życie. Właśnie dlatego pchał
się w te wszystkie niebezpieczne miejsca, bo tam spotykał się z
ludźmi, którzy przeżywają dramaty, i wtedy to życie czuł najmocniej.
Próbował stawiać się w ich sytuacji, by ich lepiej zrozumieć, ale też
zebrać doświadczenia. Nie godził się z tym, że mógłby zginąć, bo miał
mnie i wiedział, że musi dla mnie żyć. Planował, że kiedy będzie na
emeryturze, nie będzie jeździł w miejsca konfliktów ze względu na
kłopoty z kręgosłupem, napisze książkę. Nie wyobrażał sobie
bezczynności. Nie dopuszczał myśli, że obudzi się któregoś dnia i
stwierdzi, że nie ma nic do roboty. Ta książka z jednej strony miała
być ucieczką przed bezczynnością, ale z drugiej miała dać mu
nieśmiertelność. Tata obawiał się, że kiedyś ludzie zapomną o nim i o
jego reportażach telewizyjnych, bo ich żywot jest krótki.
GALA: Korespondentem
wojennym był przez szesnaście lat. Na pewno zaczął już przygotowywać
tę książkę, robił szkice, notatki.
M.M.: Nie. Ale wszystko
miał w głowie.
GALA: Często był
świadkiem sytuacji tragicznych, widział i filmował ludzi cierpiących,
umierających. Dopuszczał taką myśl, że kiedyś jego cierpienie albo
śmierć utrwali inny dziennikarz?
M.M.: Jeśli tata robił
reportaż, to poświęcał mu się w 100 procentach. Chciał pokazać, jakie
naprawdę jest życie tych ludzi i co oni sądzą na temat konfliktu, w
którego środku tkwią. W reportażach umieszczał drastyczne sceny, ale
tylko po to, by widzowi uzmysłowić tragizm sytuacji tych ludzi. Nigdy
obrazu cierpienia, śmierci nie wykorzystał, aby podnieść oglądalność
programu. Tata miał niezłomne zasady, których przestrzegał. Myślę, że
jeśli obraz jego cierpienia miałby służyć czemuś istotnemu, nie miałby
nic przeciwko temu, żeby i jego pokazano w sytuacji, gdy jest ranny
czy umiera. Ale te zdjęcia, jakie ukazały się w niektórych gazetach po
jego śmierci, na pewno by go zbulwersowały. On nigdy nie wykorzystałby
śmierci znanego człowieka dla sensacji.
GALA: Co pani czuła, gdy
zobaczyła te zdjęcia?
M.M.: To było dla mnie
ciężkie, bo byliśmy ze sobą naprawdę związani. Mogę z przekonaniem
powiedzieć, że byłam dla niego najważniejszą osobą, więc gdyby
wiedział, co czułam, na pewno trudno byłoby mu się opanować. Myślę, że
opublikowanie zdjęć mojego taty było nieświadomą kontynuacją tego, co
chcieli osiągnąć ludzie, którzy go zabili. Przecież im właśnie o to
chodziło. Całemu światu pokazać, że zabili osobę publiczną, i całemu
światu uświadomić: zabijemy każdego, więc nie przyjeżdżajcie do nas.
GALA: Jak dowiedziała
się pani o śmierci taty?
M.M.: Byłam wtedy w
Chicago, była trzecia rano. Zaczęli do mnie dzwonić ludzie, żeby
powiedzieć, że być może tata zginął w Iraku. Zadzwoniłam więc do
telewizji, pod ten numer redakcyjny, pod którym zawsze szukałam taty,
by dowiedzieć się, co się stało. Ale usłyszałam, że jeszcze nic nie
wiadomo. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że on może nie żyć. Ale
parę godzin później zadzwonił do mnie ktoś z telewizji, że to jednak
był tata.
GALA: Pamięta pani
ostatnią rozmowę z ojcem?
M.M.: Jak zawsze
zadzwonił do mnie przed wyjazdem, 3 maja. To była taka nasza tradycja,
że rozmawialiśmy przed każdą jego wyprawą. A potem była przerwa aż do
jego powrotu, kiedy dzwonił i mówił: "Mała, już jestem". Jeśli był w
kraju, dzwonił do mnie co niedziela. Po jego śmierci przez długi czas
w każdą niedzielę czekałam na jego telefon. Ktoś mi powiedział, że
muszą minąć wszystkie pory roku, zanim przyjdzie ukojenie po odejściu
bliskiej osoby. Bardzo trudno mi pogodzić się z tą śmiercią. Cała moja
siła pochodziła od taty. Zawsze, kiedy miałam wątpliwości, czy sobie z
czymś poradzę, słyszałam od niego: "Dasz radę". Dzięki niemu myślałam
pozytywnie. Interesował się wszystkim w moim życiu, a także swoją
wnuczką Helenką, która ma teraz półtora roku. Prowadziliśmy przez
telefon wielogodzinne rozmowy. Teraz motywuję się w ten sposób: "Muszę
to zrobić, bo on by tego chciał". Jakoś znajduję w sobie siłę. Myślę,
że jestem twarda jak on. Wiele osób mówi, że mam identyczny charakter.
GALA: Kiedy się po raz
ostatni widzieliście?
M.M.: W listopadzie
ubiegłego roku. Przyjechał, żeby zobaczyć Helenkę. Chciał być
wcześniej, tuż po jej narodzinach w kwietniu ubiegłego roku, ale miał
dużo pracy. Zobaczył ją dopiero wtedy, gdy miała siedem miesięcy. Z
tej okazji pojechaliśmy na kilka dni na Florydę. Teraz moja córka ma
półtora roku, od ośmiu miesięcy chodzi i nieźle mówi.
GALA: Czy to, że sama
pani jest matką, pomogło przetrwać te trudne chwile po śmierci ojca?
M.M.: To ze względu na
nią nie mogę poddawać się rozpaczy. Bardzo mi też pomógł mój mąż.
Przemek zajmuje się domem i dzieckiem, żebym mogła studiować. Jest
wspaniałym człowiekiem. Początkowo bardzo się bałam, czy tata go
zaakceptuje, ale od razu złapali wspaniały kontakt. Kiedy miałam
jakieś zastrzeżenia do Przemka, tata go bronił. Mówił: "To jest
świetny człowiek, musisz być tolerancyjna. Pamiętaj o tym, że bardzo
cię kocha". Przemek bardzo przeżył śmierć mojego taty. Ta tragedia to
był w pewnym sensie sprawdzian dla naszego związku. Przekonałam się,
że Przemek jest dla mnie oparciem. Często mnie mobilizuje, cytując
słowa taty.
GALA: Tata był dla pani
także przyjacielem.
M.M.: Mieliśmy
koleżeński układ, ale jednocześnie tata był bardzo wymagający. Oboje
rodzice wiele ode mnie wymagali i nie rozpieszczali mnie. Kiedyś
miałam o to żal, czasem buntowałam się, ale dziś uważam, że to było
dobre. Zdążyłam - parę razy podziękować tacie, że on i mama wpoili mi
niezłomne zasady.
GALA: Nie miała pani
żalu do taty, kiedy się okazało, że chce odejść od pani mamy?
M.M.: Byłam już wtedy
dorosła i rozumiałam, że ich związek nie przetrwał próby czasu.
Rozstali się, ale tak naprawdę między nami trojgiem nic się nie
zmieniło. Nadal utrzymywali ze sobą przyjacielskie kontakty. Omawiali
różne sprawy dotyczące rodziny, cieszyli się wnuczką, spotykali się,
pokazywali sobie jej zdjęcia.
GALA: Czy kiedykolwiek
mówiła pani tacie, że się o niego boi?
M.M.: Nie rozmawialiśmy
o tym, ale on wiedział. Wiedział też, że jest dla mnie bardzo ważny.
Wiedział, że bardzo go potrzebuję. Ale kiedy miał zaplanowany jakiś
wyjazd, wtedy nie było takiej siły, która by go powstrzymała.
Wierzyłam jednak, że radzi sobie świetnie i że myśli mądrze.
GALA: Kiedyś tata
wyjawił, że żyje głównie dla pani. Była pani dla niego najważniejszą
osobą?
M.M.: Tak mi się wydaje.
Mój mąż wiedział o tym, że się przyjaźnimy, mówimy sobie o wszystkim.
Kiedy mieliśmy się pobrać, był trochę przestraszony, bo czuł, że w
pewnym sensie wkracza w ten nasz "układ", i nie był pewien, czy tata
go zaakceptuje. Ale ja uznałam, że skoro wybrałam Przemka, to powinien
go zaakceptować.
GALA: Miała pani siedem
lat, kiedy tata został korespondentem wojennym. Kiedy pani uświadomiła
sobie, że ma niebezpieczny zawód?
M.M.: Nigdy nie
traktowałam tego zawodu jako niebezpiecznego. Spokój i wiara taty, że
nic się nie stanie, a także spokój i opanowanie mamy sprawiały, że też
w to wierzyłam. Ojciec był pedantem, perfekcjonistą, więc wszystko
musiało być idealnie przygotowane i wykonane. Był bardzo ambitny i
wiedziałam, że będzie chciał piąć się wyżej i być najlepszym
korespondentem wojennym.
GALA: Pytała pani tatę,
co człowieka pcha ze spokojnego kraju tam, gdzie jest niebezpiecznie?
M.M.: Nigdy nie pytałam,
ale widziałam, że chce robić coś niezwykłego. Kiedy przez dłuższy czas
siedział w Warszawie, odczuwał gwałtowną potrzebę wyjazdu. Już widać
było, że go nosi, że potrzebuje dawki adrenaliny. Wybierał jakiś punkt
zapalny na świecie, zaczynał przygotowywać się do wyjazdu. Żył tym.
Nie znosił rutyny.
GALA: Pani nie chciała
być dziennikarzem?
M.M.: Chciałam, ale tata
skwitował to jednym zdaniem: "Dziecko, ty nie masz do tego
wystarczająco twardych łokci". Uważał, że w tym zawodzie potrzebna
jest siła, wytrwałość, ale i tupet. Kiedy tak stwierdził, wiedziałam,
że nie przeforsuję tego pomysłu. A z drugiej strony chyba aż tak
bardzo mi na tym nie zależało. Widziałam, jak tata ciężko pracuje, i
że to nie jest łatwe życie. Ale podobnie jak on lubię żyć intensywnie.
I podobnie jak on nie cierpię rutyny.
GALA: Kiedy dowiedziała
się pani, że tata zginął, nie chciała pani kontynuować tego, co robił?
M.M.: Wtedy próbowałam
przyzwyczaić się do myśli, że już go nie ma. A teraz? Myślę czasami,
aby pojechać w te same miejsca, w których on był. Zwłaszcza do Iraku.
Chociaż nie ukończyłam żadnej szkoły dziennikarskiej, bardzo dużo się
nauczyłam, bo przez ponad dwadzieścia lat obserwowałam pracę mojego
taty, podglądałam, jak organizuje wyprawy, rozmawiałam o tym, jak w
czasie wyjazdów w rejony konfliktów współpracuje z miejscowymi ludźmi,
jak pozyskiwać informatorów. Zdarzało się, że pomagałam tacie przy
organizowaniu jego wyjazdów
GALA: Nigdy pani nie
pomyślała, że tata jest egoistą, bo naraża swoją rodzinę na takie
stresy?
M.M.: Wiedziałam, że on
to wszystko robił w pewnym stopniu także dla rodziny. Mówił mi, że
kiedy przyjeżdżał ze swoich wypraw, cieszył się, że w moich oczach
widzi dumę. Gdy znów wyjeżdżał, mówiłam: "Uważaj na siebie", a on
odpowiadał: "Tak jak zawsze". Sądzę, że mam taki charakter jak on. Też
potrzebuję adrenaliny. Mój mąż to rozumie, że nie potrafiłabym
siedzieć w domu z dzieckiem, że muszę studiować, pracować. Przemek
wie, że aby kobieta była dobrą matką, to musi być szczęśliwa. Mówię
mu, że jeżeli mnie ograniczy w czymkolwiek, to nie będę mogła żyć. Tak
samo było z moim tatą. Wiedziałam, że jego szczęście zależy od tego,
co robi i jaki tryb życia wiedzie. Dlatego nigdy nie proponowałam, by
to zmienił, bo z kolei moje szczęście zależało od jego szczęścia. To
była taka symbioza.
GALA: Było coś, czego
się bał?
M.M.: Starości. To była
jedyna rzecz, która go frustrowała. Jego skórzana kurtka była nie
tylko znakiem rozpoznawczym, ale też dawała mu ułudę, że jego czas
stoi w miejscu. Kiedy urodziła się Helenka i tata został dziadkiem,
zapowiedział, że nie chce, by mówiła do niego dziadku, lecz Waldi.
Mówiłam: "Tato, skoro ma matkę i ojca, to powinna mieć także dziadka i
babcię". I mimo wszystko nauczyłam Helenkę tego słowa. Zaczęła je
mówić tuż przed ostatnią wyprawą taty. Zadzwonił do mnie po raz
ostatni 3 maja i kiedy chciał już się pożegnać, powiedziałam: "Helenka
umie powiedzieć słowo dziadziuś. Chcesz usłyszeć?". Chciał. Kiedy
usłyszał, jak Helenka wymawia to słowo, chyba coś się w nim
przełamało. Gdy ponownie wzięłam słuchawkę, powiedział: "Wiesz, Mała,
to dobrze, że ona mówi dziadziuś". I tak skończyliśmy rozmowę.
Rozmawiała Ewa
Smolińska-Borecka |