|
|
Andrzej Morozowski i Tomasz Sekielski |
Przyjaźnią się Panowie z politykami?
Tomasz Sekielski: Ja nie. Andrzej Morozowski: Ja też nie. Jedyny, o
którym mogę powiedzieć, że się dobrze znamy, to Michał Kamiński. On
był kiedyś dziennikarzem; wtedy się zaprzyjaźniliśmy, gdy miałem
trudne sprawy rodzinne, bardzo mi pomógł.
Sekielski: No tak, Michała też dobrze znam, bo był moim szefem w Radiu
Vox w Bydgoszczy, w którym pracowałem.
Pan, Panie Andrzeju, nie ma z tym zgryzu? Wielu popularnych
polityków to Pana dawni znajomi, choćby z Obywatelskiego Klubu
Parlamentarnego. Oni robią kariery, a Pan dalej biega za nimi z
mikrofonem.
Morozowski: Oczywiście, w OKP-ie byli i Jan Rokita, i Henryk Wujec, i
obaj Kaczyńscy, ale między nimi a mną jest dystans. Nawet Michał
Kamiński doskonale wie, że są rzeczy, których ja mu nie powiem, a ja
wiem, że są sprawy, o których on mi nie powie. Bo dziś stoimy po dwóch
stronach barykady.
Jednak w 1999 roku ciągnęło Pana do polityki, zastanawiał się Pan
głośno, czy by się nie zakręcić wokół Krajowej Rady Radiofonii i
Telewizji.
Sekielski: O rany! To nie bylibyśmy dziś kumplami.
Morozowski: Krajowa Rada? Rzeczywiście, dostałem kiedyś taką
propozycję… Zresztą propozycji przejścia do polityki miałem kilka.
Zwłaszcza wtedy, gdy odszedłem z Radia Zet. Wybrałem jednak
dziennikarstwo.
Pamiętam, że pod koniec lat 90. właśnie liberałowie, w tym Donald
Tusk, organizowali w Warszawie spotkania wigilijne z dziennikarzami.
Imprezy w wynajętym lokalu, na których pojawiał się kwiat
dziennikarstwa. Tłumaczono, że to przecież taki miły gest ze strony
polityków. Jak więc można mówić o dystansie między tymi grupami?
Morozowski: W latach 90. my, dziennikarze, też robiliśmy balangi, na
które zapraszaliśmy polityków. Nawet Jan Rokita, wówczas szef Urzędu
Rady Ministrów w rządzie Hanny Suchockiej, na nie przychodził. W
pewnym okresie dziennikarze polityczni z nowych mediów, którzy
przyszli do dziennikarstwa po 89 roku, a wcześniej byli związani czy
tylko sympatyzowali z opozycją, oraz młodzi politycy też wywodzący się
z opozycji, mieli wspólne poczucie misji - tworzenia nowej Polski.
Stąd naturalność prywatnych kontaktów między nimi.
I dziś zaprasza Pan Rokitę do programu - on udaje obrażonego Pana
pytaniami, droczycie się, ale po programie już jest OK. Jest w tym
jakiś fałsz.
Morozowski: Ależ skąd, nasze role dawno się już zmieniły. Bronisław
Geremek czy Jan Rokita może kiedyś uważali, że jeżeli mnie znają z
OKP-u, to będą przeze mnie lepiej traktowani, ale nie byli. I się
obrażali. Ja nie stosuję taryfy ulgowej. Pracuję trzynaście lat jako
dziennikarz polityczny i niech mi ktoś powie, że komuś pofolgowałem,
że postąpiłem wbrew zasadom dziennikarskim.
Jeszcze do niedawna najważniejszymi gośćmi na Charytatywnym Balu
Dziennikarzy byli politycy.
Morozowski: Bo kiedyś nam się wydawało - mówię o organizatorach balu -
że politycy są tak samo uczciwi, jak my. Dopiero po aferze Rywina
wszystkim nam się oczy otworzyły. Ja sam nie widzę niczego złego w
tym, że na nasz bal zapraszaliśmy polityków. Przed wojną na balu
dziennikarza też bywali i traktowali to jako zaszczyt.
Sekielski: W Stanach Zjednoczonych na bal korespondentów
akredytowanych przy Białym Domu przychodzą prezydent i najbardziej
wpływowi amerykańscy politycy. Nie przesadzajmy więc. Nasze środowisko
dziennikarskie nie jest idealne, ale nawet amerykańscy dziennikarze
tacy nie są. W ostatnich latach zdarzyło im się kilka poważnych afer.
Mam wiele krytycyzmu wobec naszego środowiska, ale nie wieszałbym na
nim psów.
Co Panowie myślą o dziennikarzach przechodzących do polityki,
startujących do Sejmu?
Morozowski: Każdy dziennikarz ma prawo startować do Sejmu, ale to jest
one way ticket. Uważam, że dobry dziennikarz, gdyby się tam znalazł,
mógłby zrobić wiele dobrego. Byłem zwolennikiem tego, by Tomasz Lis
startował w wyborach prezydenckich. Rozumiem, że go to kusiło. Ale
potem trochę za długo bawił się sytuacją, która wokół niego powstała.
A propos Lisa. Dlaczego zdecydowali się Panowie na talk-show „Teraz
my!” w formacie, który u nas ma umiarkowane powodzenie? No i jest
kojarzony z programem Tomasza Lisa w Polsacie.
Morozowski: Ależ każdy z tych programów ma inną formułę!
Nie do końca. W polskich talk-show rozmawia się na okrągło z tymi
samymi politykami - szczególnie w okresie wyborów - a różnice
ograniczają się zwykle do tego, ilu jest gości i jak są usadzeni.
Morozowski: „Prześwietlenie”, które prowadziliśmy w TVN 24, też takie
było, a jakoś z programem Lisa nikt go nie kojarzył.
„Prześwietlenie” było pomysłem świeżym, nowatorskim. Dowodzi tego
zresztą fakt, że choć emitowane w kanale tematycznym, solidnie Panów
wykreowało.
Sekielski: Nie rozumiem tych porównań. Gdy robiliśmy program w TVN 24,
wszyscy uważali, że robimy fajny talk-show. Gdy weszliśmy na dużą
antenę, nagle słyszymy, że chcemy konkurować z Tomaszem Lisem.
Musieli Panowie mieć świadomość, że takie komentarze się pojawią.
Sekielski: Jednym z argumentów, które zdecydowały, że nasz program
został przeniesiony na dużą antenę, było to, że zapowiedziałem, iż już
nie wyrobię, by kolejny rok jednocześnie pracować w „Faktach” i
przygotowywać codziennie „Prześwietlenie”. I że wyjściem z tej
sytuacji byłoby - gdybyśmy chcieli zachować formułę, która została
zauważona - robienie takiego programu raz w tygodniu. Podchwycił to
dyrektor programowy TVN-u Edward Miszczak, któremu kończył się format
„Najsztub pyta” - i stąd mamy program w TVN-ie.
Rok temu we „Wprost” Tomasz Sekielski powiedział: „W Polsce
istnieje recepta na udany program: trzeba zaprosić dwóch polityków,
którzy się nie lubią, i niech się kłócą. To potwornie oklepana
formuła…”.
Sekielski: Dlatego nasz talk-show urozmaicamy materiałami zdjęciowymi,
dlatego w pierwszej części jest jeden gość, dlatego program prowadzimy
w szybkim tempie. Zgadzam się, że przejście do masowej telewizji wiąże
się z pewnym kompromisem: tu program musi być bardziej wyrazisty, to
musi być większy show. Moja wypowiedź dla „Wprost” dotyczyła
codziennych rozmów, do których się zaprasza dwóch polityków i oni się
kłócą. Pierwsze wydania „Teraz my!” siłą rzeczy dotyczyły wyłącznie
polityki, bo mamy wybory.
Morozowski: Poza tym - o czym świadczy fakt, że rozmawia Pani z nami
oboma - nie ma w polskich mediach takiej pary odpytującej.
W „Tok szoku” była para Żakowski i Najsztub, program był swego
czasu ogromnie popularny, w formule nowatorski - a jednak się
skończył.
Morozowski: Bo takie pary szybko się rozpadają. Ale my pracujemy ze
sobą już od roku, codziennie. Proszę zobaczyć: tu wisi sto
osiemdziesiąt dziewięć naszych programów.
Niedługo goście zaczną się Panom powtarzać.
Sekielski: Obliczyliśmy, że jeśli będziemy robili program raz w
tygodniu, to zaczną się powtarzać za pięć lat.
Jest szansa, że będziemy mieli w polskiej telewizji takie
polityczne talk-show, jak programy Brunona Vespy w RAI czy Tima
Russeta w NBC? Popularne przez wiele lat?
Sekielski: Skoro mamy plany przynajmniej na pięć lat, to znaczy, że
zamierzamy powalczyć. Tylko że „Porta a porta” trwa prawie cztery
godziny, a nasz program zaledwie czterdzieści minut. To inny wymiar.
Wyznacznikiem obecności programu na dużej antenie w stacji
komercyjnej jest zwykle oglądalność. Słupki muszą być odpowiednio
wysokie.
Sekielski: Nasze są dobre.
Po trzech emisjach półtora miliona widzów. A na przykład program
Tomasza Lisa miał w tym okresie blisko dwa miliony.
Sekielski: Nie zgadzam się na ustawianie nas w opozycji do Lisa. Ale
jeśli pani chce porównywać, to był już taki tydzień, w którym nasz
program miał wyższą oglądalność.
Nie mówię o opozycji, tylko o konkurencji. O porównaniu dwóch
podobnych formatów. Widzowie mają do tego prawo. Jako autorzy
politycznego talk-show w TVN-ie wystawili się Panowie na takie
porównania.
Morozowski: Nie ścigamy się z Tomaszem Lisem, może więc nie
rozmawiajmy o jego programie.
A myśleli Panowie o tym, że jeżeli słupki „Teraz my!” nie będą
odpowiednio wysokie, to w wiosennej ramówce czy w kolejnej program już
się nie pojawi?
Morozowski: To w końcu komercyjna telewizja. Może więc i tak się
zdarzyć. Z drugiej strony, pamiętam z czasów też komercyjnego Radia
Zet, że kiedy zaczęło się ściganie na słupki, Andrzej Woyciechowski
stwierdził: „Słupki słupkami, ale jak mi będą pokazywały, że mam robić
audycje, których sam nie chcę słuchać, to mam słupki w dupie”.
Szefowie TVN-u też tak myślą?
Sekielski: TVN wyprodukował za grubą kasę wieczór wyborczy, który pod
względem komercyjnym nie był zapewne specjalnie opłacalny. Ale pewne
programy robi się dla prestiżu stacji. Mówienie więc, że w TVN-ie
patrzy się na ramówkę wyłącznie pod kątem komercyjnym, jest przesadą.
Grupa ITI stworzyła kanał TVN 24, który nie jest maszynką do robienia
pieniędzy. Ale to jest kanał ambitny i o to chodzi.
Morozowski: A zachowanie się stacji po śmierci Papieża, gdy wstrzymano
wszystkie reklamy i programy rozrywkowe? Przecież to była czysta
strata finansowa, a jednak nikt się nie zawahał przed podjęciem takiej
decyzji.
Podwyżkę mają Panowie załatwioną. A poważnie: wyznacznik
oglądalności nie jest zarzutem w przypadku telewizji komercyjnej,
tylko rzeczywistością.
Sekielski: Dlatego cieszymy się, że już nasz trzeci program miał w
swoim paśmie ponad dwadzieścia procent udziału w rynku.
Morozowski: Żeby była jasność: chcemy, żeby słupki rosły. Ale nie
rozbierzemy się, żeby to osiągnąć
Dla Pana Andrzeja ten talk-show jest ukoronowaniem wielu lat pracy
w zawodzie reportera politycznego, ale w przypadku Pana Tomasza, który
jest dużo młodszy, to dość szybki awans. Różnica wieku między Panami -
ponad dziesięć lat - przeszkadza?
Sekielski: W ogóle nie czuję, że Andrzej jest starszy. Czasami lubi
podkreślać własne zdanie, ale nie gra jakiegoś guru.
Morozowski: Bo tak naprawdę Tomek jest starszy. Jest taki
odpowiedzialny. Na pewno odczuwam jakąś różnicę, ale Tomek wychował
się jeszcze na podobnych dobranockach co ja. Nadajemy na tych samych
falach. Poza tym ja prawie dziesięć lat spędziłem w tak zwanej
lodówce. Gdy skończyłem studia, był stan wojenny, nie wypadało
pracować w mediach elektronicznych, więc nie pracowałem. Po pobycie w
OKP-ie poszedłem od razu do Radia Zet, w którym byli młodzi ludzie.
Czuję się więc tak, jakbym zgubił dziesięć lat.
Jak były żołnierz Lisa dogaduje się z wychowankiem Woyciechowskiego?
To chyba trochę odmienne style dziennikarstwa.
Sekielski: Nie zgadzam się. Rzetelność, świetnie poinformowani
dziennikarze, którzy potrafią krótko i treściwie przekazać
najważniejsze informacje. Taki był Andrzej Woyciechowski, taki był
Tomasz Lis, gdy z nim pracowałem. Przeszczepili do swoich redakcji
najlepsze wzory - Woyciechowski z Francji, Lis ze Stanów. Gdyby się
spotkali, nie wiem, czy by się dogadali ze względu na charaktery i
osobowości, ale co do stylu dziennikarstwa myśleliby podobnie.
Panie Andrzeju, nie jest Panu żal, że wy, ludzie Radia Zet,
pozwalacie zapomnieć o Andrzeju Woyciechowskim? Studentom
dziennikarstwa to nazwisko już nic nie mówi.
Morozowski: Jest chyba w encyklopedii. W Warszawie mamy skwer imienia
Andrzeja Woyciechowskiego. O Dariuszu Fikusie jest może głośniej,
ponieważ powstała nagroda jego imienia, lecz Andrzej to też ktoś, kto
przeszedł do historii polskiego dziennikarstwa po 1990 roku. Na pewno
się o nim pamięta. Teraz zresztą powstała także nagroda imienia
Woyciechowskiego - może przypomni Andrzeja szerszej publiczności.
Obaj Panowie zaczynali jako radiowcy. Tomasz Sekielski najpierw w
Radiu Vox w Bydgoszczy, potem było radio WAWa i Radio dla Ciebie, w
końcu TVN. Trzeba było Lisa, by obudziło się w Panu telewizyjne
zwierzę?
Sekielski: Tak, jak zawsze będę wdzięczny Lisowi za to, czego mnie
nauczył w dziennikarstwie telewizyjnym, tak będę wdzięczny Mariuszowi
Walterowi, który gdy powstawały „Fakty”, miał z nami kolegia,
roztaczał swoje wizje i motywował. Co do Tomka Lisa: on jest urodzonym
przywódcą. Potrafi poderwać wszystkich do boju, wyrwać z okopów i
nawet, jeśli się wydaje, że to jest banda straceńców, to biegną.
To dlaczego w 1998 roku chciał Pan odejść od Lisa do Radia Zet?
Sekielski: Sprawy finansowe, zaszło pewne nieporozumienie. Lis nie
miał z tym nic wspólnego.
A co Pan czuł, gdy w ubiegłym roku Tomasz Lis odchodził z TVN-u?
Przerażenie? Żal?
Sekielski: Na pewno olbrzymi żal. Za tym, co stworzył - bo obawiałem
się, że się rozpadnie, że nic z tego nie zostanie. I za nim. „Fakty”
osiągnęły to, co osiągnęły, bo był Tomasz Lis, czyli typowy anchorman.
Kłóciłem się z nim, ileś tam razy się na siebie obrażaliśmy, ale był
dla mnie dziennikarskim autorytetem.
Dlaczego więc nie przeszedł Pan do Polsatu, gdy Tomasz Lis
proponował to Panu latem ubiegłego roku?
Sekielski: O powodach, dla których nie przeszedłem, nie chcę mówić.
W czym w „Wydarzeniach” widzi Pan rękę Lisa?
Sekielski: W wadze i sposobie dobierania informacji - ile jest
politycznych, ile pozostałych. W stylu montowania materiałów. Styl
prowadzenia programu przez Hanię Smoktunowicz to też jest styl Lisa -
ale bez Lisa. W tym wszystkim właśnie czuje się Lisa, ale jego nie ma.
I to jest problem „Wydarzeń”.
Morozowski: Krótko, ale pracowałem z Lisem. To jest tytan pracy. W
dziennikarstwie oczywiście liczą się i talent, i szczęście, ale przede
wszystkim - praca. Sam się przekonałem, że ten miał newsa, kto dłużej
siedział w Sejmie. Kiedyś, będąc w Sejmie, gadaliśmy o kobietach i Lis
stwierdził: „Stary, ja to chyba nigdy się nie zejdę z kobietą, która
nie rozumie, że jak mam lokomotywę (tak nazywał supernewsa), zostawię
wszystko”.
Czuje Pan jeszcze w zespole „Faktów” jego ducha?
Morozowski: Cały czas. Gdy przechodziłem z radia, Tomek Sekielski
mówił mi: zobaczysz, dla ciebie największym problemem będzie obrazek.
Musiałem się uczyć od niego i od Marcina Pawłowskiego, że w telewizji
nie jest tak, że piszesz tekst, a potem nakrywasz go obrazkami - tylko
odwrotnie. Najpierw trzeba przejrzeć obrazki, potem wymyślić pod nie
tekst. Ludzie, którzy pracowali z Lisem, doskonale posiedli tę
umiejętność. Pozostali mają ją mniejszą albo nie mają jej w ogóle. No
i ludzie, którzy pracowali z Lisem, mają to samo, co on: jeśli jest
lokomotywa, wszystko idzie w odstawkę.
A Pan, Panie Tomaszu, czuje teraz w redakcji syndrom ludzi z Zetki,
czy też - jak ich nazywają w TVN 24 - drużyny pierścienia?
Sekielski: Część tych osób znałem wcześniej. Oni się trzymają szerzej
niż my w „Faktach”, ponieważ grupa ludzi z dawnej Zetki jest większa,
wykracza poza TVN 24. Spotykają się na zewnątrz w swoim kręgu. Jeśli
natomiast tu w firmie miałbym porównać byłe legiony Lisa z legionami
Zetki, mocniej w okopach tkwią byłe legiony Lisa.
Morozowski: A mnie się wydaje, że TVN 24 wciąż jest jakoś Zetkowy -
choć przyszło już sporo nowych ludzi - że tę stację dobrze się ogląda,
ale też dobrze się jej słucha.
Odchodził Pan z Radia Zet dwa razy: najpierw do Wolnej Europy, a
potem do TVP. Za każdym razem Pan wracał.
Morozowski: W telewizji publicznej przygotowywałem przez krótki czas
„Puls dnia”, ale był to już schyłkowy okres tego programu. A dopóki w
Radiu Zet była grupa ludzi, która zakładała tę stację, miało się
wrażenie, że funkcjonowało ono jak rodzina. Wracałem więc do ludzi. I
gdy się kiedyś zastanawiałem, dlaczego za trzecim razem udało mi się
odejść, odpowiedź jest prosta: bo cała ta grupa odeszła ze mną.
A nie myślał Pan wtedy, że to już koniec? Gdyby akurat nie
powstawał TVN 24, mogliby Państwo tak miękko nie wylądować.
Morozowski: Wcale tak nie myślałem, a odeszliśmy z takim hukiem, że
nawet zostaliśmy przeszacowani. Propozycji otrzymaliśmy mnóstwo, TVN
24 był po prostu najfajniejszą.
Inni się tak nie ustawili. Choćby Krzysztof Skowroński, który z tej
grupy był najbardziej znany.
Morozowski: To była kwestia wyboru. Krzysztof miał mnóstwo ofert,
wybrał może nie najszczęśliwiej Trójkę i Telewizję Puls.
Jak postrzegają Panowie te osoby, które z Waszej stacji odchodzą
dziś do „Wiadomości”?
Sekielski: Nie podpisywaliśmy cyrografu, że do końca będziemy razem.
Nikt z reporterów nie ma pretensji do Mikołaja Kunicy, że przeszedł,
ani też nikt z nas nie czuje się lepszy z tego powodu, że został.
Pan też dostał propozycję z „Wiadomości”, ale jej nie przyjął.
Absolutna wierność „Faktom”?
Sekielski: Każdy z nas ma jakieś powody, podejmując takie decyzje.
Jedno jest pewne: kiedyś przejście do „Wiadomości” to był obciach,
dziś już tak nie jest. Program jest zdecydowanie lepszy niż za czasów
poprzedniego prezesa TVP.
Ponoć mają Panowie teraz w TVN-ie zielone światło, takie
najbardziej zielonez zielonych?
Sekielski: Skoro tak mówią, to idziemy teraz do Edwarda Miszczaka,
zapytamy go o dodatkową kasę na program, wrócimy i opowiemy.
Rozmawiała Renata Gluza / Wywiad ukazał się w PRESS |
|
|
|