|
W Polsce nikt nikogo nie chce słuchać, za to wszyscy lubią pouczać innych.
Wierzą przy tym w swój autorytet, choć zawsze jest samozwańczy. Z pędu do
gadulstwa, normotwórstwa, moralizatorstwa i frazesu zrodził się ostatnio
"Dziennikarski kodeks obyczajowy".
Słowo "dziennikarz" w odróżnieniu od "lekarz" czy "sędzia" nikogo
określonego nie oznacza. Po prostu pewne osoby uważają się za dziennikarzy.
Sam pomysł podciągnięcia pod jeden strychulec kodeksowy radiowego
diskdżokeja, którego zajęciem jest zagadywanie ciszy, telewizyjnego statywu
do kamery, profesora pisującego felietony, analizatora giełdy, redaktorki
czasopisma o szydełkowaniu itp., itd. wydaje się czymś na kształt budowania
wspólnego chlewu dla świni, słonia, bożej krówki i kanarka.
Na kodeks ów składają się:
a) wzniosłe frazesy
Dziennikarstwo jest zawodem służebnym wobec społeczeństwa albo obowiązkiem
dziennikarza jest poszukiwanie prawdy. Dziennikarz kieruje się dobrem
wspólnym, nie deprawuje dzieci i młodzieży, szanuje wartości i tradycje
narodowe, i tak w nieskończoność. Tego rodzaju kaznodziejstwo wyłącznie
krzepi dobre samopoczucie autorów.
b) wezwania do przestrzegania prawa
Państwo uchwala prawa i utrzymuje aparat przymusu, który egzekwuje posłuch
wobec prawa. Przedstawiciele środowiska prasowego ośmieszają się więc
wydzielając z siebie w kodeksie obyczajowym zbędne wezwania do posłuszeństwa
prawu. Kodeks ów zaś mówi, że dziennikarz obowiązany jest przestrzegać normy
prawne, i dodaje kiedy (art. 16) musi chronić tajemnicę zawodową (art. 17) i
nie wolno mu naruszać cudzych dóbr osobistych (art. 19). Nie powinien też
kraść cudzych utworów (art. 26).
c) nonsensy
Poszukiwacz prawdy, czyli dziennikarz, ma obowiązek, cytuję, każdemu
człowiekowi zapewnić uczestnictwo w debacie publicznej (art. 1). Przy czym
udzielenie głosu 40 milionom stanowi powinność nie zbioru dziennikarzy, ale
każdego z nich z osobna. Świadczy o tym użycie liczby pojedynczej –
dziennikarz.
Dziennikarz (art. 5) bezstronnie (...) analizuje fakty. Co prawda może on
mieć poglądy i jego szef powinien je szanować, ale w swych analizach
(publicystyce) nie wolno mu wyrażać poglądów własnych, lecz wyłącznie
poglądy wyzbyte poglądów – jakąś ich bezstronną wypadkową.
Prowadząc dyskusję dziennikarz (art. 6) nie może wpływać na jej przebieg i
narzucać końcowych wniosków. Czyli prowadząc dyskusję nie wolno mu jej
prowadzić ani podsumowywać.
Kodeks zachwala też nierealną i nie przyjętą w Polsce regułę oddzielania
informacji od komentarza. W istocie informacje prasowe często zawierają
komentarz lub też sam dobór informacji kształtuje poglądy na bieg zdarzeń.
Wystarczy porównać obraz dnia, który przynosi "Nasz Dziennik" i "Trybuna".
Szczyt idiotyzmu zawarty jest w art. 22:
Dziennikarz ma: obowiązek uszanowania woli informatora co do sposobu
wykorzystania informacji... Jeżeli udaje mi się w ministerstwie potwierdzić,
że minister wziął łapówkę, mam uszanować wolę informatorów, aby tego nie
ujawniać, natomiast zgodnie z wolą informatora powinienem opisać sukcesy i
mądrość ministra.
Dziennikarzowi nie wolno występować w reklamach, ale może prowadzić ich
akwizycję. Nie zakazuje mu się wzięcia np. miliona od PZU za reklamy w
swojej gazecie ani zainkasowania prowizji. Po wzięciu do kieszeni np. 100
tys. z PZU nie wolno mu jednak ulegać naciskom reklamodawcy. Inaczej mówiąc,
gazeta i on może być na żołdzie przedsiębiorstwa, ale nie wolno przez to
wstrzymywać się od demaskacji machlojek sponsorów. Naprawdę autorzy
"Dziennikarskiego kodeksu" żyją w świecie, który sami sobie
wymyślili opierając się na drętwej mowie ks. Niewęgłowskiego.
W art. 12 czytamy, że nie tylko sceny przemocy, ale i obrazy cierpienia i
śmierci zagrażają deprawacją dzieci i młodzieży. Telewizja musi więc zmienić
program, bo choroby i kalectwa są ulubionym tematem filmów przed godz. 22.00
puszczanych po to, aby krzewić nakazane wartości chrześcijańskie i inne
modne ckliwości.
Za nieprzestrzeganie kodeksu dziennikarz odpowiada przed sądem
dziennikarskim lub związkowym, co jest fikcją. Gdy jako autor pozostaje
anonimowy, za nieprzestrzeganie kodeksu odpowiada redaktor, który
zatwierdzał tekst do publikacji. Jest to przeniesienie do kodeksu
obyczajowego zasad prawa prasowego odnoszącego się do procesów sądowych.
Jednak następuje rozszerzenie go na sferę obyczajów: ja jako redaktor mam
więc odpowiadać np. za to, że mój pracownik podkłada mi świnię czyniąc
kryptoreklamę, przyjmując za tekst łapówkę, popełniając plagiat, a też
pisząc coś niezgodnego z wolą informatora lub kierując się interesem swego
krewniaka.
Strażnikiem kodeksu ma być znana z głupoty i bezczelności Rada Etyki Mediów
– ciało, które ogłosiło ogólnikowe potępienie tygodnika "NIE" bez żadnych
uzasadnień.
Elita dziennikarzy publikuje analizy i oceny wpływające na opinię publiczną.
Niektórzy komentatorzy mają zaufanie odbiorców swoich tworów. Sądzę, że
autorytet np. analityków giełdowych
czy sportowych zostaje nadwerężony, gdy wybrana reprezentacja
środowisk dziennikarskich wydziela z siebie stek idiotyzmów.
|