::  STRONA NIE TYLKO DLA DZIENNIKARZY  ::

 
   

 

PIOTR NAJSZTUB   sondy sms forum czat

 

 
DZIENNIKARZE I WŁADZA | SKANDALE MEDIALNE | WYWIAD TYGODNIA |

TEMAT MIESIĄCA

DŹWIĘKI
FOTO
NEWS
PORADY
TEKSTY
STUDIA
PROFESJA
LITERATURA
SZUKAJ
LINKI
QMPLE
AUTOR
KSIĘGA GOŚCI

iotr Najsztub o kobietach, pieniądzach, polityce i księdzu Jankowskim

Z redaktorem, naczelnym „Przekroju”, prowadzącym talk-show „Najsztub pyta” w TVN, rozmawia Marcin Szymaniak


Czy mieszka Pan sam?
Tak.

Kłopoty z kobietami? Dlaczego rozstał się Pan ze swoją żoną – panią Skórą?
Po raz kolejny zwyciężyła moja natura. Ja po prostu najlepiej czuję się sam ze sobą. W moim życiu takie rozstania przytrafiały się już parokrotnie.

Człowiek, który się szybko nudzi i wciąż poszukuje nowych wrażeń?
Nie. Człowiek, który odczuwa głęboko w sobie potrzebę bycia samemu. Czasem wydawało mi się, że uda mi się to przełamać i że będę mógł żyć z kimś długo. Ale okazało się, że jest to niemożliwe, że potrzeba samotności jest we mnie zbyt silna. Nie chodziło tu wcale o to, że miałem niewłaściwe partnerki. To tylko i wyłącznie problem mojej osoby, jestem po prostu aspołeczny, nawet w sensie intymnym.

Zamierza się Pan teraz rozwieść i być do końca życia singlem?
Ja powinienem mieć wpisane w dowód, że nie wolno mi się żenić. Formalne potwierdzenie naszej sytuacji ma jednak dla mnie znaczenie drugorzędne. Najważniejsze, że się rozłączyliśmy i każde z nas żyje swoim życiem, w innych domach.

To już druga porzucona żona. Ma Pan poczucie, że skrzywdził te kobiety?
Tak, choć nie robiłem tego dla kaprysu. Brałem pod uwagę, że je krzywdzę, ale ja po prostu nie potrafię inaczej. Jestem niereformowalny.

Z pierwszego małżeństwa ma Pan dwie córki. Jest Pan dobrym ojcem?
Nie, przez wiele lat byłem daleko od moich córek. Teraz one dorastają i moja rola się zwiększa. Ula przeniosła się z Poznania do Warszawy, gdzie zaczęła studiować. Siłą rzeczy jestem tu teraz najbliższą jej osobą i jakby łącznikiem z Warszawą. Pewnie dopiero teraz zacznę się z nią tak naprawdę bliżej poznawać. Potem może to samo będzie z Agatą.

Jak się Panu wydaje, one są dumne z ojca?
Nie wiem. Domyślam się, że mają mi wiele za złe, mają do mnie żal za to, jaki byłem do tej pory. Podoba im się na pewno, że jestem dziennikarzem, bo to zawód w powszechnym pojęciu prestiżowy. Myślę jednak, że teraz chcą mnie przede wszystkim poznać jako człowieka, a to, że jestem „talkshowmanem”, jest dla nich kwestią drugorzędną.

Ma Pan wyrzuty sumienia, że je zaniedbał?
To się wiąże z moim charakterem, którego nie chcę zmieniać. Jeżeli czegoś we mnie nie ma, to nie udaję, że jest. A potrzeby bycia z nimi we mnie nie było.

A miłość była?
O uczuciach wolałbym nie mówić.

Ma Pan opinię odlotowca, człowieka trochę nieobliczalnego. Jest Pan taki naprawdę, czy celowo na takiego się wykreował?
Wcale się nie kreuję, a to z prostego powodu – lenistwa. Budowanie wizerunku wymaga naprawdę wielu zabiegów. A mnie prościej jest publicznie pokazywać się takim, jaki jestem. Nie muszę się dzięki temu wysilać.

W zeszłym roku media huczały, że Najsztuba ścigają killerzy nasłani jakoby przez biznesmena Hałabudę, bo udzielił schronienia jego zbiegłej z domu córce. Wydawca zrobił Pana naczelnym, by za pomocą takich historii przyciągać publikę?
Nonsens. Przypominam, że decyzja o zrobieniu mnie naczelnym zapadła dwa lata temu, a historia, o której Pan mówi, zdarzyła się pół roku później.

No właśnie. Może była to celowa akcja?
Tak, tak, oczywiście! Namówiłem Komendę Stołeczną i Wydział Terroru Kryminalnego, żeby przyszli do mnie i poinformowali, że ma być na mnie zamach. Jeśli ktoś chce w taki scenariusz wierzyć, to mogę mu tylko powiedzieć, że powinien się leczyć.

Ale w końcu okazało się przecież, że żadnych killerów nie było. To stąd podejrzenia, że sprawa była nakręcona.
Ja sam do dziś nie wiem, jakie było jej podłoże. Gdy ta sprawa już zdychała w Komendzie Stołecznej, próbowałem się czegoś dowiedzieć. I dostawałem całkowicie sprzeczne informacje. Mogę się więc tylko domyślać, o co chodziło. Niewykluczone, że byłem elementem gry, która miała na celu jakieś wewnętrzne przetasowania w policji. Albo po prostu jakiś policjant był nadgorliwy i chciał mieć głośną sprawę. Na pewno nie udało się jednak udowodnić, że ojciec Agnieszki kogoś na mnie nasłał.

Policjantom wskazał Pan jednak wtedy właśnie jego. Nie ma Pan teraz wyrzutów sumienia, że go wkopał?
Niech Pan zrozumie, w jakiej byłem sytuacji. Policja przychodzi i powiadamia mnie, że mają z trzech źródeł informacje o szykowanym na mnie zamachu. Sytuacja jest na tyle poważna, że mi o tym mówią, choć zwykle tego nie robią. Pytają: kto może dybać na moje życie? No to odpowiedziałem im zgodnie z prawdą, że jedyny człowiek, który może mieć do mnie poważny żal, to ojciec Agnieszki. On wcześniej rzeczywiście mi groził. Po wielu miesiącach sprawdzania okazało się jednak, że z domniemanymi killerami nie miał nic wspólnego.

Dostrzegam u Pana ciężkie, smutne spojrzenie. Ma Pan skłonności do depresji?
Nigdy się nie leczyłem na depresję. Ale rzeczywiście mam skłonności do – jak to nazywam – realistycznego smutku. Nie umiem się radośnie cieszyć, śmiać się, skakać z radości.

Kiedy ten smutek Pana ogarnia?
Nie jest spowodowany konkretnymi wypadkami. Sam przychodzi. Taki smutek czai się w każdym człowieku, który w pełni zdaje sobie sprawę, że życie zawsze się źle kończy. Bo kończy się śmiercią. Ten mój smutek jest we mnie od dawna, chyba od dziecka.

Miał Pan podobno trudne dzieciństwo. Co w nim było niedobrego?
Nie chcę o tym mówić, bo moi bliscy jeszcze żyją.

Ma Pan na myśli rodziców?
Ojca i siostrę. Moje opowieści mogłyby ich ranić, a ja nie chcę tego robić.

Uznaje się Pan za przystojnego faceta?
Nie bardzo. Jak Pan widzi, jestem lekko otyły, a twarz mam zniszczoną. Ale nie stanowi to dla mnie większego problemu, bo miłosne podboje nie są moją pasją.

Która z kobiet znanych z ekranów – aktorek, prezenterek – najbardziej się Panu podoba?
Jestem bardzo wyczulony na głos i jakąś magię czuję w głosie Anity Werner. Osobiście jej nie znam, ale kiedyś przemówiła do mnie na korytarzu w TVN i okazało się, że również poza mikrofonem ten głos jest magiczny.

Powodzenie u kobiet Pan ma?
Raczej nie. Wokół mnie krążyły różne mity, że jestem nie wiadomo jakim kochasiem. Gdy pracowałem w „Wyborczej”, to szczególnie Adam Michnik takie rzeczy opowiadał, nabijając się ze mnie. A ja tego mitu nie prostowałem, bo on mi pochlebiał. Więc teraz też go nie będę prostował (śmiech).

Jaki model współżycia z kobietami Pan przyjął po małżeńskim fiasku? Przelotne romanse?
Nie wiem. Seks w ogóle nie stanowi istotnej dziedziny mojego życia.

Ale gdzieś na marginesie chyba się błąka?
Nie żyję jak mnich, jest kobieta, z którą się spotykam. Jest nawet wspólne ciekawe przedsięwzięcie.

Co mianowicie?
Otwieramy z Dominiką małą restauracyjkę na Mokotowskiej. Będzie się nazywać „Przegryź”. Jedzenie polskie i włoskie. Zrobienie takiej restauracyjki to w Polsce droga przez mękę, ale mam nadzieję, że gdzieś na początku stycznia ruszymy. Będę miał w tym również wkład kulinarny, bo lubię gotować. Jeść zresztą też.

Nie wyklucza Pan porzucenia mediów i kariery w gastronomii?
Nie wykluczam. Jak mawiali przed wojną: „Ten ma rację, kto ma restaurację”. Całkiem możliwe, że moja przyszłość to bycie restauratorem. To szczególnie zachęcające w sytuacji, gdy wiem, że będę musiał pracować do końca życia. Bo nie mam oszczędności i nie dostanę żadnej emerytury...

Niby dlaczego?
Nie płacę na żaden fundusz emerytalny.

To przecież szaleństwo.
Akurat! Pan płaci na ZUS i myśli, że za 30 lat dostanie Pan emeryturę?! A tu nici, bo za piętnaście lat ZUS-u już nie będzie, cały system się rozpadnie. Dojdzie do niewielkiego buntu społecznego, ale emerytury nie będą wypłacane. Ludzie będą dostawać jakieś środki pomocowe, finansowane przez bogate państwa, chcące zapobiec ogólnoświatowemu wybuchowi. I to wszystko. Dlatego lepiej zadbać o przyszłość samemu.

I kto to mówi? Piotr Najsztub – osoba znana ze swoich długów...
Ja jestem znany ze swoich długów, bo gdy się mnie o to pyta, to przyznaję: tak, jestem zadłużony. Inne osoby występujące publicznie się tego wypierają albo nawet nie chcą poruszać tego tematu. A przecież – jak myślę – większość z nich ma jakieś długi. Ja pomału z tego wychodzę; wydawca nieźle mi płaci, TVN również. Mam nadzieję, że za rok będę po raz pierwszy w życiu człowiekiem bez żadnych zobowiązań finansowych.

Ten brak pieniędzy to efekt rozrzutności?
Cóż, potrzeby moje i moich bliskich były zawsze większe, niż byłem w stanie zarobić. Zawsze miałem na przykład sporo zwierząt na utrzymaniu.

Ile ma Pan teraz konkretnie?
Utrzymuję dwanaście psów, które żyją u mojej żony. Ona zawsze była entuzjastką hodowli. Ma duże psy, ich wyżywienie nie jest tanie.

Ale przecież rozstał się Pan z żoną. To dlaczego dalej płaci za jej psy?
Kupowaliśmy je razem, a teraz ich przecież nie uśpimy. Moja żona nie zarabia, więc obowiązek siłą rzeczy spoczywa na mnie.

Pierwszego ślubu udzielił Panu ksiądz Jankowski. Dlaczego Pan akurat jego wybrał?
Takie to były czasy – 1983 rok. Byłem związany z opozycją, trochę mieszkałem w Sopocie, trochę kurierowałem, miałem przyjaciół w Gdańsku. Oni mi de facto ten ślub organizowali. Nawet wesele mieliśmy na plebanii w Świętej Brygidzie. Byłem wtedy człowiekiem podziemia, więc ten wybór wydawał się naturalny.

Można było już wtedy poznać po księdzu Jankowskim, że on w przyszłości...
Nie, absolutnie nie! Był opoką opozycji i do głowy mi nie przyszło, że będzie bohaterem takich historii, jak obecnie.

Gdyby robił Pan dziś wywiad z prałatem, to jakie najbardziej bezczelne pytanie by mu Pan zadał?
Nie ma co myśleć o pytaniach bezczelnych, kiedy nie można oczekiwać odpowiedzi na prawie żadne pytanie. Problem z Jankowskim jest więc inny: zadać mu ważne pytanie, na które on w ogóle odpowie. Ja najbardziej chciałbym zapytać go, jak łączy wiarę katolicką ze sposobem, w jaki się zachowuje. W jaki sposób katolicki dogmat miłości zamienia w agresję. To jest przecież nie do pogodzenia. Trochę na ten temat wiem, choć nie jestem katolikiem.

A jakiego jest Pan wyznania?
Nie jestem wierzący.

Czy z którąkolwiek z osób, z jakimi robił Pan wywiady, nawiązał Pan jakąś bliższą więź? Na przykład przyjaźń?
Nie, nigdy. Ja się nie zaprzyjaźniam z moimi rozmówcami. Jedyny polityk, z którym jestem na ty, to Donald Tusk. Ale to wynika z naszej wcześniejszej znajomości.

Nie ma Pan dość rozmów z politykami? Przecież oni klepią to samo we wszystkich mediach, przynudzają.
Zgadzam się – przynudzają. Ale z jednej strony mam nadzieję, że publika to widzi i wyciąga z tego wnioski. A z drugiej uważam, że po prostu nie można z nimi nie rozmawiać. To przecież oni o nas decydują i jest bardzo ważne, czym się w tych decyzjach kierują.

Ma Pan faworyta na następcę Aleksandra Kwaśniewskiego?
Gdyby Tomek Lis wystartował, to myślę, że miałby szansę zostać prezydentem. I pewnie nie byłby zły na tym stanowisku. Moja chęć ujrzenia go w tej roli wynika też z mojego zamiłowania do lekkiej anarchii. Przez te parę lat obserwacji naszej polityki i robienia wywiadów zauważyłem, że wszyscy popadli w rutynę, w jakieś koleiny. Może więc potrzeba, żeby się coś wykoleiło, i żeby ten ferment przy wykolejeniu dał nam jakąś nową jakość.
Niewykluczone, że coś takiego zapewniłby prezydent-dziennikarz.

Co Pan odczuwa wobec osób elegancko się ubierających? Śmieje się Pan z nich w duchu, że męczą się pod krawatami, zamiast wyluzować jak Najsztub?
Lubię się z nich wyśmiewać i to nie tylko za plecami, ale również wprost. Rozumiem jednak potrzebę tych ludzi, że chcą tak wyglądać. Powiem więcej: czasem im nawet zazdroszczę.

To dlaczego sam się Pan tak nie ubiera?
Z powodu lenistwa, bo to przecież wymaga dużo zabiegów. Myślę jednak, że gust mam na tyle dobry, że gdybym tylko chciał, to mógłbym bez trudu się tak ubierać.

Kiedyś wzbudzał Pan zainteresowanie, nosząc jarmułkę na głowie. Teraz, jako naczelnemu, już Panu nie przystoi?
To nie dlatego. Ja miałem kilka tych czapek, ale po prostu zeżarły mi je psy. Pierwszą kupiłem w USA jako zwykłą sportową czapeczkę. A w Polsce zauważyłem, że niedouczeni ludzie biorą to za jarmułkę. O mnie zawsze się mówiło, że jestem °ydem, więc w tej czapeczce tym bardziej przyciągałem uwagę. Zaczęło mnie to bawić i na wzór tej pierwszej zrobiłem sobie u krawca w Podkowie Leśnej jeszcze kilka takich czapek. Chodziłem w nich, traktując to jako zabawną prowokację.

Rozmawiamy niecałą godzinę, a Pan zapala już czwartego papierosa. Ile Pan wypala dziennie?
Dwie do trzech paczek.

Nie boi się Pan, że skrócą Panu życie?
Ksiądz Tischner mówił mi kiedyś, że życia nie można się kurczowo trzymać. I ja to przyjąłem.

Chce Pan wywiad do autoryzacji?
Tak, poproszę.

Ale publicznie wypowiadał się Pan przeciwko autoryzacjom.
To prawda. Rozmawialiśmy jednak o bardzo intymnych szczegółach mojego życia, więc wolałbym mieć w to wgląd. Mówiłem sporo o osobach trzecich. Myślę, że nie ma powodu ich ranić dla pana wierszówki i mojej próżności.

POPRZEDNIE WYWIADY 
Grzegorz Kajdanowicz
Krzysztof Ziemiec
Piotr Najsztub 
Monika Milewicz
Jolanta Pieńkowska
Marek Niedźwiecki
Kuba Wojewódzki 
Ewa Drzyzga
Piotr Metz
Olejnik i Lis
Marcin Jędrych
Olejnik
Tomasz Lis
Stanisław Tyczyński
Grzegorz Janowski
Andrzej Turski
Katarzyna Zaleska 
Dorota Gawryluk
Mariusz Ziomecki
Bogdan Rymanowski

                                         copyright by szpila.net 2005