POZA   KADREM

 

   Relacja z życia pielgrzyma na XV Światowych Dniach Młodzieży.

            XV Światowe Dni Młodzieży były wielkim świętem w całej Italii. Pielgrzymi ze 160 krajów świata, początkowo rozsiani po Włoszech mieszkali w parafiach, wspólnotach, u rodzin. W czasie właściwych „Dni Młodzieży” wszyscy ściągnęli do Rzymu i jego okolic aby przez kilka dni uczestniczyć w katechezach, poznawać rówieśników z całego Świata i zwiedzać wieczne miasto. Podczas kulminacji XV ŚDM zgromadzili się na rozległych, pustych terenach miasteczka uniwersyteckiego Tor Vergata. Przez prawie dwie doby ponad dwa miliony młodych czuwało wspólnie w ogromnym upale w dzień i w czasie chłodnych godzin nocnych. Powód dla którego znosili oni trudy Tor Vergata i całej pielgrzymki wyjawił Jan Paweł II, 15 sierpnia podczas ceremonii otwarcia XV ŚDM: „Czego przyszliście tutaj szukać? Albo lepiej: Kogo przyszliście tutaj szukać? Odpowiedź może być tylko jedna: przyszliście szukać Jezusa Chrystusa” I rzeczywiście, dla większości młodych pielgrzymów było to podstawowym powodem przyjazdu do Rzymu. Jednak równie ważne w XV Światowych Dniach Młodzieży było poczucie wspólnoty, przygoda oraz magia wiecznego miasta. Bo jeśli w jednym mieście, szczególnie gdy jest to Rzym, zgromadzą się jednorazowo przedstawiciele 160 krajów świata to pobytu w nim nie można wykreślić z pamięci.

            Przedstawiając wam to XV Święto Młodych nie chcę jednak używać górnolotnych zwrotów, ale pokazać jak naprawdę wyglądało życie pielgrzyma we Włoszech. Z Polski do Rzymu wyjechało ponad 50 tysięcy młodych ludzi. Wy poznacie historię „włoskiej” wędrówki pasażerów pewnego autokaru. Był on jednym  z dwudziestu dwóch reprezentujących diecezję sosnowiecką.

 

8 VIII 2000 – Początek drogi.

Uroczysta msza dla przyszłych pielgrzymów. Biskup sosnowiecki przypomina, że nie jest to tylko wycieczka, to pielgrzymka. Po mszy pożegnanie z rodzinami, znajomymi. Już w autokarze sprawdzanie obecności i paszportów, jeszcze tylko wyjazd naszą Scanią z wąskiej uliczki i... ruszamy!

Tego samego dnia przekraczamy granicę z Czechami. Wszyscy w pełni sił, mało kto śpi... czym później tym gorzej. Pielgrzymów budzi dopiero widok strefy wolnocłowej na granicy austriacko- czeskiej. Supermarket w postaci zamku zwanego „Excalibur” i  oryginalne sklepy zapadają w pamięć jako pierwsze „atrakcje turystyczne” tej pielgrzymki. Po bezproblemowym przekroczeniu granicy i powrocie z „bezcłówki” ruszamy w dalszą drogę. Niektórzy zasypiają na dobre, inni wręcz przeciwnie...

 

9 VIII 2000 – W autokarze i poza nim...

Wczesne godziny ranne 9 sierpnia, budzi nas alpejskie powietrze i widoki. Parking, czas na poranną toaletę... chyba jednak wszyscy spali bo wychodzenie z autokaru nie idzie za szybko. Godzina i ruszamy w dalszą drogę. Kawałek czasu (w autokarze dziwnie on leci) i jesteśmy we Włoszech. Początkowo za oknami góry, później już tereny równinne. Podstawowe pytanie: „Kiedy dojedziemy do Novary”- miejsca naszego zakwaterowania? Niestety, „szef” pielgrzymki ksiądz Stanisław Litwa nie udziela żadnych konkretnych informacji (xionc nigdy ich nie udziela – Harry). Na razie wiemy tyle, że najbliższy cel to nie Novara, a Padwa. Tam następuje pierwszy poważny kontakt z włoskim powietrzem i klimatem. Marszem do Basilica di San Antonio i jeszcze szybciej do autokaru. Powód? Musimy zdążyć na czas do Novary..., a tak właściwie to mieć go wystarczająco dużo w Wenecji do której się właśnie udajemy.

Odległość niewielka, więc po „chwili” jesteśmy na pod-weneckim parkingu. Teraz tylko tramwaj wodny do centrum Wenecji, w pobliże placu św. Marka. Parę groszy (a raczej tysięcy lirów) z funduszu ks. Stanisława dla człowieka z obsługi i na środek lokomocji nie trzeba długo czekać. Do środka mieści się też spora grupa japońskich turystów. Dopływamy na miejsce przeznaczenia. Tam, w ogromnym upale wędrujemy pod Bazylikę św. Marka. Niestety długa kolejka uniemożliwia wspólne zwiedzenie budowli. Wchodzi kto chce. Dzielimy się na grupy, tak aby nikt się nie zgubił. Czas wolny do dziewiętnastej.

            Jest wieczór, wszyscy dotarli na miejsce spotkania. Co więcej, wszyscy przesiąkli niesamowitym klimatem Wenecji. Do autokaru idziemy pieszo... wąskie uliczki Wenecji nocą robią ogromne wrażenie. Spotkana po drodze grupa polskich pielgrzymów pomaga nam odnaleźć drogę do parkingu. Około 22.00 docieramy do autokaru, wieczorna toaleta i można jechać, ale... nie tak łatwo. Równo 24.00 i msza św. w autokarze. Gorąco i duszno, niektórzy przysypiają, mimo to nastrój chwili jest podniosły... możliwość zaczerpnięcia powietrza poza autokarem i ruszamy. Do Novary? Nie... to byłoby zbyt proste. Teraz czeka nas Verona- nocą.

 

10 VIII 2000 – Gościnni Włosi.

            Około 9 rano... błądzimy po jakimś mieście- jedna ogólna myśl: „gdzie jesteśmy”? Verona? I znowu błąd. To Novara. Verona była... w nocy, tyle że nikt za bardzo tego nie pamięta. Większość spała, a nieliczni, którzy wyszli z autokaru w tej niby Veronie, też niewiele wiedzą. Zmęczenie robi swoje, a księdzu Stanisławowi musimy uwierzyć na słowo. Byliśmy w mieście Romea i Julii.

Jesteśmy w Novarze o 6 godzin za wcześnie, a na gościnę w miejscu zakwaterowania nie ma szans- po prostu go nie znamy. Podjeżdżamy do seminarium gdzie rezyduje znajomy ksiądz i grupy pielgrzymów z Polski mające tu jednorazowy nocleg. Włosi w seminarium są niezwykle przyjaźni... pozwalają skorzystać z toalet, umyć się czy wziąć prysznic. Serwują nam nawet śniadanie chociaż nic ich do tego nie zobowiązuje. Nie robią problemów z udostępnieniem kaplicy na nabożeństwo.

            O 16.00 uroczystość powitania wszystkich grup pielgrzymów w Novarskiej Katedrze. Mimo niewielkich problemów z tłumaczeniem organizacja jest całkiem dobra, a niezwykłą atmosferę czuć w powietrzu. Po uroczystości każda grupa musi znaleźć swojego opiekuna, a raczej opiekun grupę i doprowadzić ją do miejsca zakwaterowania. W tym momencie wynika mały chaos, jest trochę śmiechu gdy ktoś łamanym polskim próbuje zwołać grupę przez mikrofon. Wszystko dobrze się kończy, wiemy gdzie mamy jechać- nasza Scania (i nie jest to imię jakiejś Włoszki) czeka.

            Docieramy do celu- „Oratorio Madonna Pellegrina” otwiera przed nami swoje wrota. To jedno z miejsc spotkań włoskiej młodzieży jakich w tym śródziemnomorskim kraju dużo. Sami młodzi włosi dziwią się, że u nas nie ma podobnych wspólnot. Po rozdzieleniu grupy na większość mieszkającą w oratorium i kilka osób przebywających u rodzin następuje pierwsza kolacja. Stołówkę (właściwie: salę gimnastyczną) dzielimy z Francuzami, również mieszkającymi w „naszym” oratorium. Nieprzeciętny hałas jaki narobili trójkolorowi, domagając się jedzenia, nie przyniósł im sukcesu. To my pierwsi dostajemy „pastę”, czyli makaron- przez najbliższe dziesięć dni naszą włoską zmorę. Wieczorem zabawa w rytmach włoskiego disco i międzynarodowe mecze w ulubionym sporcie polskich pielgrzymów- „piłkarzykach”.

 

11 VIII 2000 – To był nasz obiad?

I znów na sportowo. Dzisiaj „The pilgrims’ sport day”- jak to określili organizatorzy, czyli „popołudniowe gry i zabawy na placu Bellini”. Ale przed popołudniowym „Dniem sportu” jeszcze całe przedpołudnie... a że nasi łaskawi gospodarze nie pozwolili nam się nudzić mamy pełne ręce (no może raczej- nogi) roboty.

Rano poznajemy naszą przewodniczkę Sarę. Przewodniczkę, czyli szesnastoletnią Włoszkę potrafiącą porozumieć się w języku angielskim i „wykonująca tylko program i polecenia organizatorów"- jak sama twierdziła. Po kilku godzinach pod jej „przewodnictwem” nasz  padre (tak na ks. Stanisława mówiła Sara- po włosku zresztą), stwierdza zirytowany iż zna ona w Novarze tylko parki... Jak dobrze, że Sara nie rozumie polskiego. Ale padre rację ma... najpierw, w parku gdzie nakazuje medytację atakują nas żądne importowanej krwi komary. W trzecim do którego docieramy, dowiadujemy się iż to co uznaliśmy za drugie śniadanie było naszym obiadem, cóż... było. W ten sposób komary są syte, a my głodni. Kurs na pizzerię.

Jak widać do parków mamy szczęście, a miejsce „Dnia Sportu” drzew nie jest pozbawione...

Bilans zawodów wypada całkiem ciekawie. Całkowita dominacja Polaków w siatkówce. Nasz autokar zdobywa pierwsze miejsce i całkiem niezłe, bo drugie w koszykówce. To wprawia wszystkich w dobry nastrój. Nie idzie nam tylko w piłce nożnej, ale to już ostatnio narodowa przypadłość Polaków. Na domiar złego  jeden z grających ofiarnie zawodników (ambicję to mieliśmy zawsze) łamie nos i ląduje w szpitalu. A może jednak to te drzewa...? Więcej żadnych parków w Novarze nie zwiedzimy.

 

12 VIII 2000 – dzwoneczek...

Nareszcie jakiś „spokojniejszy” dzień. Tylko pobudka coraz intensywniejsza. Włosi widząc nasze zamiłowanie do późnego wstawania używają do budzenia coraz ciekawszych przyrządów. Niestety nie przewidzieli, że Polak śpiący 3 godziny to zły Polak. Dzwonki i krzyki na pobudkę jeszcze trawimy...

            A dziś? Wycieczka nad jezioro Maggiore. Tam rejs statkiem na Isola Pescatori (Wyspę Rybaków), niezwykle piękny zakątek, ukryty na środku wielkiego jeziora- zupełnie jak z opowieści o piratach i Hiszpanach.

Potem do miejscowości Stresa, gdzie po chwili czasu wolnego, czekała na nas msza w kościele s. Ambrogio. W drodze powrotnej do Novary kolacja fundowana przez władze Borgomanero. Bez „pasty” się nie obyło, ale pozostałe dania, jak wino (czy może szampan- spory były zacięte) na deser zdopingowały młodzież do odśpiewania „Sto lat...” organizatorom. I jeszcze jedna niespodzianka. Trwający do późnej nocy koncert grupy The Golden Gospel Singers z USA. Z tego zatytułowanego „...feel the power...” wydarzenia urwaliśmy się około 24.00, a Ci którzy zostali mieli jeszcze przynajmniej godzinę zabawy.

 

13 VIII 2000 – ... i megafon.

            Niestety kopanie w drzwi i megafon na pobudkę to za dużo nawet jak dla cierpliwych Polaków. Niektórzy ciągle się dziwią jak to możliwe, że Włosi przeżyli wchodzenie do naszych pokojów z megafonami. Cóż, do tego w którym mieszkałem nie weszli... może to efekt okrzyków ośmiu facetów obudzonych kopnięciami w drzwi. Wystarczającą „karą” dla Włochów (Włoszek) okazało się ściganie ich gdy tylko zostali zauważeni z przedmiotem mogącym służyć do budzenia. Dzwonek zdobyliśmy.

            To już przedostatni dzień pobytu w Novarze. Najpierw wizja pozamykanych supermarketów deprymuje pielgrzymów, mających zamiar kupić zapasy na drogę do Rzymu. Później czeka nas „Święto Narodów”, czyli koncert na placu Puccini. Bawią się przedstawiciele wszystkich obecnych nacji. W centrum Novary spotykamy Polaków pielgrzymujących prywatnie. Zepsuł im się samochód, ale nie ma strachu- ogromna życzliwość Włochów na pewno pomoże w dalszej podróży. Za tą właśnie życzliwość skierowaną w naszą stronę dziękujemy gospodarzom wieczorem na stadionie „L.Marmo”. Międzynarodowa uroczystość pożegnania pielgrzymów połączona jest z mszą i okraszona wspaniałymi fajerwerkami. To dopiero prawdziwe święto narodów, gdy wszyscy obecni żywo reagują, podnosząc ręce do góry na dźwięk hymnu XV ŚDM, utworu „Emmanuel”. Po wspólnej uroczystości  powrót do oratorium.

Na miejscu, już prywatnie dziękujemy za gościnę Don Franco, opiekunowi oratorium, Sarze i całej młodzieży która im, i nam pomagała. Drobne podarki i słowa podziękowań puszczają w niepamięć wszystkie nieporozumienia, a wieczór kończy się niezwykle miło, wręcz rodzinnie.

 

14 VIII 2000 – na południe.

            Jak widać nie tylko my poznajemy włoskie zwyczaje, także na odwrót . Po wczorajszym drugim daniu w postaci kurczaka (na pierwsze standardowo- makaron) oraz deserze z pysznych lodów, dziś nie ma głośnej pobudki! Możemy spokojnie wstać, umyć się, zjeść śniadanie. Entuzjazm wywołuje powrót ze szpitala naszego piłkarskiego bohatera oraz prowiant na dalszą drogę. Gorące, długie pożegnanie i powtórne podziękowania, szczególnie dla wspaniałego Don Franco (również „padre”) opóźniają wyjazd. Niektórzy jeszcze narzekają na kiepskie warunki ciesząc się z dalszej podróży. Ale to nic. Kilkaset kilometrów na południe i uznają „Oratorio Madonna Pellegrina” za luksusowy hotel... W drogę.

            Po drodze Turyn i słynny Całun. Wpuszczają nas mimo spóźnienia. Przecież nie można winić nas za futbolowy wypadek i oczekiwanie na poszkodowanego. Wizyta tutaj jest niezwykłym przeżyciem dla całej grupy, kolejne czekają na nas w Rzymie.

 

15 VIII 2000 – Velletri jak Czeczenia.

            Środek nocy. Dojeżdżamy do Velletri, naszego domu na najbliższe kilka dni. Krótko kluczymy po uliczkach miasta. Eskorta policji odprowadza nas pod miejscową szkołę średnią. Początkowo wszyscy myślą, że to tylko krótki przystanek. W końcu mieliśmy mieszkać u rodzin. Niestety. Zwiad w postaci księdza Stanisława rozwiewa nasze nadzieje. To tutaj będziemy spać i myć się, aż do dnia powrotu z Tor Vergata.

            Torby i plecaki ładujemy do sal. Łóżka? Marzenie. W końcu... mamy karimaty i śpiwory.  Niektórzy zaczynają tęsknić za Novarą. Krótki rekonesans po szkole i opinie o luksusach Novarskiego oratorium w którym mieszkaliśmy do wczoraj da się słyszeć wszędzie. Zimna woda, zalane, pootwierane i niejednokrotnie zdewastowane toalety czy grzyb w prysznicach nie nastrajają pozytywnie. Trudno- już jutro stanie się to naszą codziennością. Na szczęście są jeszcze prysznice na dworze i sławetne ToiToi-e. Padre Litwa na propozycję zamiany szkoły na nadmorską plażę, odległą o ok. 100km nie przystaje, a nieliczni stwierdzają iż można by tu robić fotoreportaż z Czeczeni. Tylko, że: nad morzem jedzenia nam nie wydadzą (strefy wydawania jedzenia na kuponach!), a pod obstrzałem nie jesteśmy. Reasumując, to pielgrzymka- nie wycieczka. Hmm... ktoś już to kiedyś powiedział.

            Mając świeżo w pamięci Novarskie megafony i wizję pobudki o 6.00, niekoniecznie pogodzeni z losem- idziemy spać. No, przynajmniej większość z nas.

            Rano- niespodzianka. Pobudka bardzo delikatna. Na głośną pewnie nikt nie zareagował i nikt jej nie pamięta... Pięć minut toalety i msza na stadionie odległym o kolejne pięć. Upał 40 stopni, cień i zraszacze w pełnym wykorzystaniu. Obiad dopiero o 12.30. I kolejna „przeszkoda pielgrzyma”, aby coś zjeść trzeba zebrać sześcioosobową grupkę. Jakoś się udaje. Do picia- mineralna. Jedzenie to: chleb, jakieś serki i ku ogólnej uciesze- żółty pojemnik z „czymś ciepłym” w środku. Dla skomentowania jego zawartości wystarczy przytoczyć zawołanie, które od tego dnia stało się popularne wśród niezadowolonych z jedzenia polskich pielgrzymów. „Pasta- basta!”. Jak się pewnie domyślacie, po otwarciu uciecha była znacznie mniejsza.

            Po południu pierwszy kontakt z miejscową komunikacją i z Rzymem. Trudno dobrze wspominać ścisk i brak powietrza (o braku miejsca nie mówiąc) w pociągu do Termini, głównego dworca Romy. Jednakże wieczne miasto wynagradza wszystkie trudy podróży. Koloseum, Forum Romanum i półlitrowa mineralna za 10 zł (w przeliczeniu)... to niezatarte wspomnienia. Szkoda tylko, że „bezpłatne” wstępy to normalny bilet o cenie 20 zł za jedną atrakcję turystyczną. Ale czego się nie robi dla zwiedzenia Rzymu. Oczywiście poznajemy go w kilkuosobowych grupkach. Na papieskie powitanie nie dostajemy się wszyscy. Reszta spędza czas w McDonaldzie lub na poszukiwaniu pamiątek.

            Wieczorem lądujemy z powrotem w Velletri. Bardziej zmęczeni idą spać, reszta rusza na nocne zwiedzanie miasteczka. Organizatorzy pomyśleli i o tym. Przez całą noc krążą policja oraz carabinnieri. O Polaków trzeba dbać. A może o własne miasto? Szkoda tylko iż Włosi nie poinformowali nas o zamknięciu bramy do szkoły. Chyba wiedzieli, że przechodzenie przez płoty mamy w genach. Nawet o trzeciej w nocy...

 

16, 17, 18 VIII 2000 – Triduum katechetyczne, triduum turystyczne.

Te dni, a konkretnie odbywające się podczas nich katechezy mają przygotować nas do czuwania i eucharystii z Ojcem Świętym. Zamysł dobry, z wykonaniem gorzej. Trwające do dziesiątej, jedenastej rano katechezy raczej nie zapadną w pamięć pielgrzymom. Włoski klimat sprawia, że głównym celem młodzieży w ich trakcie są wędrówki pod wydobywającą się ze zraszacza wodę. Kryta trybuna jest skąpa, a Ci którzy się pod nią mieszczą mogą mówić o szczęściu. Cień na miarę złota.

 

17 VIII 2000 – Gdzie w końcu ten Panteon?

Wyjątkiem jest 17 sierpnia. Dzień bez tradycyjnej katechezy. W zamian za to wstajemy o piątej rano i jedziemy pociągiem do Rzymu. Dzisiaj przypada nam „dzień jubileuszowy”, czyli przejście przez Święte Drzwi i wizyta w Bazylice Watykańskiej. W trakcie drogi słychać katechezy w różnych językach. Na via Conciliazione dostrzegamy słupy z wypisanymi błogosławieństwami, także wielojęzyczne. Podobno pobudka o piątej ma nam zapewnić spokojne przejście przez Watykan, bez prażącego słońca i tłumów. Szkoda tylko iż cała grupa gubi się jeszcze przed wejściem do Bazyliki. W końcu udaje się wszystkim (choć już pojedynczo) przejść przez Drzwi Święte, a później dotrzeć do Circo Massimo. Tam msza i możliwość odbycia sakramentu pokuty w jednym z 300 konfesjonałów. Po posiłku serwowanym przez polową restaurację nikt już nie próbuje skompletować, ani znaleźć grupy. Do Velletri wrócimy nocą w kilka osób.

Ale zanim tam dojedziemy jeszcze trochę pozwiedzamy. Nasze „Tour de Roma”, chociaż niezbyt zaplanowane udaje się całkiem dobrze. Na szczęście w Rzymie czeka 25 tys. wolontariuszy. Szczególnie poszukiwani są Ci z napisami „Touristic information” na kapeluszach. Największym szczęściem okazuje się jednak spotkanie kontrolera tramwajowego mieszkającego tu od 40 lat. W połowie po angielsku, w drugiej na migi poprawia on wolontariuszy, którzy kierunek do Panteonu wskazali nam raczej przeciwny do właściwego. Wyjaśnia też ogólną niewiedzę „ludzi w niebieskich ubraniach”, jak zwykliśmy na wolontariuszy mówić. Cóż, przynajmniej wyróżniają się z tłumu.

Oczywiście mamy jeszcze „mapkę pielgrzyma”, którą dostaliśmy razem z jego "pakietem”. Niebieska torba na ramię z kilkoma gadżetami typu: świeca, informator (zwany "Vademecum pielgrzyma"), znaczek XV ŚDM, Ewangelia wg św. Marka i inne drobiazgi mają ułatwić nam pobyt w Rzymie oraz na czuwaniu.

Szkoda tylko, że mapka, obwołana później „beznadziejną” rzeczywiście jest całkiem nieprzydatna. Dobrym pomysłem są za to torby. Oprócz tego, że coś się zmieści to pełnią jeszcze funkcję rozpoznawczą dla pielgrzymów. Podobnie zresztą jak „PASS- y”, przepustki ze specjalnymi oznaczeniami.

            Dwudziesta trzecia i znów w Velletri. Mimo zmęczenia i wracających wspomnień z wczorajszego błogiego odpoczynku nad morzem (Tak! Wczoraj udało nam się dotrzeć nad Morze Tyreńskie- szkoda tylko, że byliśmy tam tak krótko), niezmordowani ruszamy na miasto.

            A jednak. Nie tylko mieszkańcy Novary szybko się uczą.. Włosi , pilnujący „naszej” szkoły dają wyraz swojej inteligencji. Druga w nocy, a brama otwarta.

 

18 VIII 2000 – O TRZECIEJ W NOCY?

            Jeszcze tylko jeden dzień triduum i czeka nas czuwanie na Tor Vergata.

            Na 22.00 zapowiedziano lokalną drogę krzyżową w „naszym” miasteczku. Na centralnej- rzymskiej wszyscy się nie zmieszczą.

Jednak jest problem. 21.30, a większość pielgrzymów jeszcze na Termini (wyprawy do Rzymu stały się codziennością), godzinę jazdy pociągiem od Velletri. Jakoś niewiele osób zdążyło na pociąg o wpół do dziewiątej. Trudno- przeżyjemy. Organizatorzy drogi krzyżowej bez nas- też. Przed 23.00 jesteśmy w „domu”. W szkole dowiadujemy się o odwołaniu naszego udziału w drodze krzyżowej. Padre Stanisław uznał iż nie mamy na to czasu. Powód, a zarazem wiadomość dnia: za cztery godziny ruszamy na miejsce czuwania. Trzeba się pakować i przespać. Z tego drugiego większość zrezygnowała...

 

19 VIII 2000 – My szaraki.

W końcu trzecia. Pora ruszać. Bierzemy karimaty i kilka podręcznych rzeczy do plecaków. Specjalny pociąg zabiera nas na pod-rzymską stację. Tam dostajemy mistrzowsko niewygodnie opakowane pożywienie, w dużych kwadratowych pudełkach z tektury. Ma starczyć na dwa dni. Kilka kilometrów pieszo z bagażem i jesteśmy na Tor Vergata. Lepiej nie myśleć jak wyglądała ta sama droga dla grup idących w dzień, przy pełnym słońcu. Na szczęście podawali wodę... podobno nawet nią polewali.

Po przejściu połowy placu okazuje się, że nie bardzo trafiliśmy. Grupy sosnowieckie idą połączone. Księża wspólnie szukają drogi do sektora szarego. Piętnaście minut i odnajdują ją pielgrzymi. Rozprowadzany za darmo „Dzień pielgrzyma” z zamieszczoną mapką okazuje się całkiem przydatny... Szary sektor jest na drugim końcu Tor Vergata. W większości przełajowa, droga przez dwustu hektarowy plac to nie spacerek dla niosącego bagaż pielgrzyma. Docieramy do „szarej jedenastki” (podsektory też były), rozkładamy karimaty i można iść spać...

Rozpoczyna się dzień. Południe i spać raczej trudno. Gdyby nie szczęście do znajdywania się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie pewnie spędzilibyśmy całą dobę w 50 stopniowym upale, bez odrobiny cienia. Otóż, położenie sektora „szarego” w pobliżu prywatnego złomowiska daje duże pole do popisu przyszłym architektom. Na terenie sektora pojawia się coraz więcej osłaniających od cienia „domków”. Budowane ze skrzynek po winie, styropianów, blach i wszystkiego co na złomowisku znaleźć można- wystarczą na dwa dni. Tyle, że złomowisko jest prywatne. Próby przegonienia stamtąd pielgrzymów nieudały się zbytnio policji. Desperacji spowodowanej słońcem w zenicie oraz zachęty w postaci uczynnych Murzynów podających skrzynki z góry złomowiska ochrona nie przełamała. „Domki” powstawały z niezwykłym rozmachem...

Najciekawszym jest fakt iż w transmisjach TV naszych budowli dopatrzyć się później nie mogłem. Przecież pomysł stosowało jeśli nie kilkaset, to przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Telewizja zawsze pokaże to co chce. Tym razem operatorzy znaleźli sektory gdzie pielgrzymi ściskali się i topili w słońcu mając pół metra kwadratowego na osobę. Biedacy... tyle że widok mieli lepszy, bo bliżej ołtarza. I trochę to estetyczniej wyglądało od naszych „slumsów”. Przynajmniej dla telewizji.

My, w każdym razie jesteśmy zadowoleni. Olbrzymi telebim, cień z „domków” i dwa metry kwadratowe na osobę to na Tor Vergata luksus.

Dzień spędzamy opalając się i unikając słońca na przemian. Na scenie, przy ołtarzu prawie bez przerwy coś się dzieje. Występy zespołów muzycznych, chórów, specjalni goście, wywiady, przemówienia. Wszystko to oglądamy na telebimie. Głośniki też są. Niestety, o tłumaczeniu nikt nie pomyślał. Nawet na angielski, w którym zdanie można usłyszeć raz na dwie godziny. Przecież dwa miliony osób na Tor Vergata to nie tylko 600 tys. Włochów! Po jakimś czasie na dźwięki wydobywające się z głośników nie zwracamy (jak większość) już uwagi. Włoski nam się przejadł. Entuzjazm wzbudza jedynie zagrany kilka razy hymn XV ŚDM. Ciekawe, czy dostanie się na listy przebojów...?

Wieczór. Ojciec Święty przylatuje na miejsce spotkania. Początkowo krąży po uliczkach placu. Okrzykom, witających go pielgrzymów nie ma końca. Cała uroczystość ma niezwykle podniosły i jednocześnie radosny charakter. Jan Paweł II nawiązuje świetny dialog z młodzieżą, jak zwykle zresztą. Ozdobione wieloma występami, czy wzruszającymi świadectwami czuwanie przedłuża się.

I chociaż trudno zrozumieć cokolwiek z tego co się dzieje (nawet posiadając radio i słuchając polskiej wersji) czuć tą niepowtarzalna atmosferę. Tą charakterystyczna dla Święta Młodych, dla Tor Vergata. W końcu... stworzoną przez dwa miliony pielgrzymów zgromadzonych na jednym placu, czekających na Jana Pawła II i radujących się swoim towarzystwem. Wspólnotą, jedyną w swoim rodzaju.

Przed dwunastą jeszcze cudowne fajerwerki. Palą się setki tysięcy (jeśli nie dwa miliony) świec z pakietu pielgrzyma. Słowa „Emmanuela” płyną z głośników. Dwa miliony ludzi z rękami w górze faluje w rytm piosenki. Tutaj trzeba być. Trzeba to przeżyć. Właśnie po to przyjechali Ci ludzie. Znosili trudy pielgrzymki, upał i tłok na Tor Vergata. Także my. Podróż do Novary, budzenie megafonami, spartańskie warunki w Velletri, „pasta” na obiad, wyjazd o trzeciej w nocy i marsz z bagażami na plac gdzie teraz się znajdujemy- to wszystko nic. Więcej. Warto, naprawdę warto, aby tylko tu być. Widzieć to wszystko i przeżywać.

Niektórzy już śpią. Później (w Sosnowcu) pytają czy sztuczne ognie z sobotniej nocy były lepsze od tych "novarskich". Ci którzy spać nie mogą, darują naszemu padre „dobrą” radę o tym iż śpiwory podczas włoskich nocy są niepotrzebne. Jedna noc w tą, czy w tą... Co za różnica. Księdzu Stanisławowi i tak „Sto lat...” odśpiewamy.

 

20 VIII 2000 – Bez prysznica nie jedziemy!

            Wstajemy wcześnie rano (chyba że ktoś nie spał). W uszach brzmi nam „Emmanuel”. Nie, to nie pozostałości z dnia poprzedniego. Włosi postanowili zadowolić nas od rana. Ale tu błąd. Co za dużo to nie zdrowo. Po szóstej (ktoś to liczył...?) wersji hymnu wszyscy mają dość „Emmanuela”. Przynajmniej na najbliższe parę dni. Włosi to potrafią przesadzić. A jeszcze wczoraj mógł być na szczytach list przebojów...

            Po placu krąży papamobile z Ojcem Świętym na pokładzie. Trwa to dość długo, aż wszyscy się dobudzą. Zaraz potem rozpoczyna się niedzielne nabożeństwo. To dziś Jan Paweł II da młodym mandat do dalszego przekazywania orędzia z Tor Vergata.

            Na naszych przepustkach nieubłaganie widnieje godzina opuszczenia placu. O 12.00 – 13.00 trzeba przekroczyć tzw. bramki wyjściowe. Zbieramy się. Próby mycia się spełzają na niczym. Dojście do wody przecina droga. Chwilowo zablokowana.

            Msza jeszcze trwa, a my gotowi do drogi. Bagaże złożone, „domek” rozebrany. Kolejny kilkuosobowy oddział pielgrzymów rusza walczyć o wyjście. Mamy wrażenie, jakby wychodzili na raz wszyscy. Przecież godziny na wejściówkach miały zrobić swoje. Ale cóż... dwa miliony ludzi musi jakoś opuścić teren tego dziwnie – niezabudowanego  - miasteczka uniwersyteckiego. W upale i ścisku, udaje nam się to po jakichś dwóch godzinach. Wszędzie rozstawione mineralne i wolontariusze polewający nas wodą ułatwiają sprawę.

Drobny problem. Wychodzimy nie tym wyjściem co trzeba. Ale przecież: „wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”, a Velletri nie jest znowu tak od niego odległe... Robimy małe kółko. Metrem na Termini, centrum Romy. Stamtąd standardowe pięćdziesiąt kilometrów do „naszego” miasteczka.

            Na miejscu dowiadujemy się iż gdyby nie padre, nasze bagaże i autokary wyrzuciliby już z terenu szkoły. Taki zresztą zamiar miała policja. Jednak gdy ks. Stanisław na coś się uprze to koniec. Po przyjeździe mamy jeszcze czas na spokojny prysznic (co tam zimna woda) i smaczną pizzę w prowadzonej przez Polkę(!) restauracji. Wyjeżdżamy dopiero o 20.00. Włosi mają od nas spokój do następnego Dnia Młodzieży w Italii. My od nich również. Chociaż szkoda opuszczać Rzym. Zdecydowanie zasługuje na miano wiecznego miasta.

 

21 VIII 2000 – Kąpiel w drodze... jak wszystko na pielgrzymce.

            W drodze kierowcy serwują nam ośmiogodzinny, przepisowy postój. Tym razem w nadmorskim miasteczku, pod Rawenną. Można się wykąpać, przespać na plaży w nie-autokarowych warunkach, lub pozwiedzać miejscowość. To już ostatni kontakt z włoskim morzem na tej pielgrzymce. Warto go zapamiętać.

 

22 VIII 2000 – Znów się wyróżniamy.

            Zarówno dziś, jak i wczoraj msza przed autokarem. Nastroje średnie. Niby radość po przekroczeniu polskiej granicy. Jednocześnie smutek- Rzym został daleko w tyle. Jacyś angielscy turyści przyglądają się nabożeństwu. Zaraz wsiadamy do autokaru i jedziemy dalej.

            Według oficjalnej wiadomości podanej na niedzielnej mszy w sosnowieckiej katedrze do domu mamy dojechać między dziewiętnastą, a dwudziestą pierwszą. Niezbyt nam się udaje. Jesteśmy już około dwunastej w południe.

Jeszcze tylko gorące podziękowania i pożegnania z padre (powiedzmy: księdzem- w końcu to już Polska!) i uczestnikami wyjazdu. Teraz można wyciągać komórki i dzwonić po transport.

            Następne Światowe Dni Młodzieży za dwa lata w Toronto. Czekamy na inwencję padre Stanisława...

 

                                                                                                            Dawid Władyka