|
Telewizja Polsat musi się zmienić, inaczej może nie przetrwać. Potrzebuje
nowego wizerunku, lepszej publiczności oraz inwestora z pieniędzmi.
Wizerunkiem telewizji Zygmunta Solorza ma się zająć Tomasz Lis,
poszukiwania inwestora trwają od lat i doprowadziły do afery Rywina. A co
z publicznością?
W gabinecie Zygmunta Solorza, w nowym wieżowcu Polsatu, wisi papierowa
tablica, na której uczestnicy narad rozrysowują biznesowe pomysły.
Zwisający arkusz, pozostałość po niedawnej konferencji, pokrywa gęsta sieć
strzałek odtwarzających jakąś strukturę. Z dopisków można się domyślić, że
nie jest to struktura Polsatu, ale Elektrimu. Cała uwaga prezesa Solorza
jest dziś skoncentrowana na upadającej spółce giełdowej. To jego najnowsza
inwestycja. Sporo zaryzykował, ale jeśli mu się uda uratować Elektrim,
zarobi duże pieniądze. A Solorz umie zarabiać. I lubi.
Telewizja Polsat jest tego najlepszym przykładem. Pytany, dlaczego na
początku lat 90. zdecydował się stworzyć pierwszą komercyjną telewizję,
odpowiada krótko: – Z powodów czysto biznesowych. Częstotliwości
telewizyjne to dobro rzadkie, wiedziałem, że nie będę miał wielu
konkurentów.
W tworzeniu Polsatu jedną z głównych ról grał Wiesław Walendziak, pierwszy
dyrektor stacji. Po burzliwej karierze politycznej ostatnio wrócił do
telewizyjnego biznesu. Tworzy infrastrukturę, która pozwoli polskim
nadawcom (TVP, TVN i Polsatowi) przejść do nadawania cyfrowego.
– To była bardzo profesjonalnie sformatowana stacja – wspomina Walendziak.
– Chodziło o to, by jak najszybciej pozyskać masową widownię, dzięki
której Polsat mógł zacząć na siebie zarabiać. I to się udało. Polsat stał
się najpopularniejszą polską telewizją, dystansując nawet TVP.
Świat według Kiepskich
Sposobem na podbicie serc widzów były amerykańskie filmy klasy B, muzyka
disco polo, nieskomplikowane teleturnieje, programy erotyczne. Jarosław
Sellin, członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, a niegdyś
dziennikarz Polsatu, ubolewa, że Solorz nie miał przekonania do programów
publicystycznych i informacyjnych. Być może czuł, iż jego widzowie są
bardziej spragnieni przebojów zespołu Bayer Full niż dyskusji na
polityczne tematy, a może dlatego, że jego samego polityka nie
interesowała.
Do dziś zresztą deklaruje brak zainteresowania polityką, ale to naturalny
odruch każdego biznesmena. W rzeczywistości Solorz ze światem polityki
prowadzi bardzo subtelną grę. Poprzez jego stację w ciągu minionej dekady
przewinęła się spora grupa osób związanych ze światem polityki: był
Wiesław Walendziak. Jarosław Sellin, były rzecznik rządu, a obecnie
członek KRRiTV, którego potem w roli szefa programów informacyjnych
zastąpił Dariusz Szymczycha, dziś minister w Kancelarii Prezydenta.
Prezydencki minister Andrzej Majkowski szefował niegdyś wydawnictwu
„Kuriera Polskiego” (Solorz był właścicielem tego dziennika). Spikerką
Polsatu była Ewa Wachowicz, potem rzeczniczka premiera Pawlaka, programami
religijnymi zajmował się Ryszard Czarnecki, wówczas szef ZChN, a dziś
podpora Samoobrony. Od lat własny program w Polsacie ma Marek Markiewicz,
który jako przewodniczący KRRiTV podpisał koncesję dla Polsatu (za co
zresztą został zdymisjonowany przez prezydenta Wałęsę) .Sam Solorz
zapewnia, że nie interesują go poglądy polityczne, ale kompetencje. Ta
mnogość pracowników z partyjnymi legitymacjami sprawiała jednak, że mówi
się o istnieniu nowego PPS, czyli Polskiej Partii Solorza, ugrupowania
polityków, z którymi łączą właściciela telewizji bliskie stosunki. To z
pewnością pomaga w prowadzeniu biznesu.
Awantura o kasę
Niechęć do rozbudowywania programów informacyjnych i publicystycznych,
która dziś odbija się na prestiżu Polsatu, była też podyktowana
oszczędnością. Tego typu produkcja telewizyjna wymaga dużych wydatków, a
Solorz wydatków nie lubi. Od początku wykłócał się o każdą złotówkę. Kiedy
słyszał, że potrzebne są dwie kamery, pytał: „A nie wystarczy jedna?”,
kiedy ktoś go przekonywał, że o wygląd prezenterów powinien zatroszczyć
się fachowy stylista, dziwił się: „A co, sami nie potrafią się ubrać?”.
– Tak jest do dzisiaj – twierdzi jeden z dziennikarzy Polsatu. – Solorz
potrafi zadzwonić ze swojej willi na Lazurowym Wybrzeżu i dyskutować na
temat stu złotych w kosztorysie programu. Kiedy mówię kolegom z telewizji
publicznej, jakie są budżety naszych programów, pokładają się ze śmiechu.
Niestety, te oszczędności widać na ekranie.
Taka polityka sprawiła, że Polsat zyskał wizerunek telewizji siermiężnej,
co nie przeszkadzało mu jednak w podboju telewidzów. W pierwszej połowie
lat 90. Polsat stał się liderem na rynku telewizyjnym. Zakochała się w nim
szczególnie polska prowincja. Program był lekki, łatwy i przyjemny.
Robiony dokładnie według instrukcji właściciela, który, jak wspominają
jego współpracownicy, ingerował w najdrobniejsze szczegóły. Nie tylko co
ma być nadawane, ale także o której godzinie i w jakiej kolejności. Na
początku próbowali z nim walczyć, przekonywać. Byli wprawdzie młodzi, ale
mieli skończone studia i za sobą, najczęściej krótki, epizod pracy w TVP.
Uważali, że na telewizji znają się o niebo lepiej od swego chlebodawcy –
chłopaka z Radomia po technikum mechanicznym.
Dziś przyznają, że się mylili. Okazało się, że Solorz lepiej rozumiał
masowego widza. Być może kierował się własnym gustem, a może, jak uważają
niektórzy, potrafił przenieść do swojej stacji pomysły z komercyjnych
stacji niemieckich, które oglądał mieszkając w RFN. Był przy tym niezwykle
konsekwentny. Każdego dnia rano sprawdzał wyniki oglądalności i jeśli
jakaś pozycja nie gromadziła przed ekranami zaplanowanej widowni,
wylatywała z ramówki.
Niezła sztuka
Licznej widowni oczekiwali reklamodawcy, a bez reklam telewizja komercyjna
nie może istnieć. Polsat dostarczał im tej widowni. W 1997 r. telewizja
Solorza wyprzedziła pod względem oglądalności TVP1 osiągając astronomiczny
wskaźnik 31 proc. Polsat zainkasował za to ponad miliard złotych wpływów
reklamowych, niewiele mniej niż TVP1 i TVP2 razem wzięte. Tak szybkiego
sukcesu sam jego twórca chyba się nie spodziewał. W Niemczech komercyjnej
stacji RTL dogonienie telewizji publicznej zajęło dziesięć lat.
Do kasy stacji pieniądze popłynęły tak szerokim strumieniem, że Solorz
zaczął mieć problem, co z nimi zrobić. Nie zdecydował się na utworzenie
grupy medialnej. Inwestował wprawdzie w Polsat, m.in. budując nową
siedzibę, tworząc własną platformę cyfrową, a także próbując ekspansji na
telewizyjne rynki krajów nadbałtyckich (zakończoną fiaskiem), ale coraz
bardziej pochłaniała go nowa pasja: rynek finansowy. Dlatego kupił Invest
Bank, Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie Polisa-Życie, stworzył Powszechne
Towarzystwo Emerytalne Polsat. Postanowił żyć w dwóch osobach – magnata
medialnego i finansisty.
Eldorado należy już do odległej przeszłości. Polsat utracił dużą część
rynku podbitego z taką łatwością w latach 90. Telewizja publiczna szybko
się zorientowała, że gra idzie o duże pieniądze i też o nie zagrała.
Okazało się, że polskimi telenowelami może pokonać polsatowskie przeboje
filmowe, zwłaszcza że z groszem specjalnie nie musi się liczyć.
Wreszcie do gry wszedł konkurent, którego Solorz nie docenił: TVN. Stacja
Mariusza Waltera i Jana Wejcherta, która zadebiutowała w 1997 r., była
teoretycznie telewizją regionalną, ale ambicje miała ogólnopolskie.
Przyjęła przy tym zaskakujący styl działania. Powinna pracowicie zarabiać
pieniądze, tymczasem zabrała się za ich wydawanie. Zamiast tak jak Polsat
emitować filmy, które przyciągają widzów, a są niedrogie, TVN produkował
własne programy, rozbudował publicystykę, a serwisami informacyjnymi
usiłował rywalizować z telewizją publiczną. Szefowie Polsatu komentowali
to ironicznie i przewidywali, że TVN zdobędzie trzy, góra pięć procent
widowni, a po cichu myśleli, że splajtuje. Fatalnie się pomylili.
TVN musiał z czasem spuścić z tonu, ale widzowie zobaczyli, że telewizja
komercyjna nie musi być siermiężna jak Polsat. Nowa oferta przypadła do
gustu szczególnie publiczności wielkomiejskiej. Był to po trosze skutek
uboczny ograniczeń technicznych. TVN mógł się skoncentrować na
mieszkańcach miast, bo tam przede wszystkim istniały techniczne warunki
odbioru programu.
Dziś TVN narzuca standardy i to właśnie on, a nie Polsat, jest ulubieńcem
domów mediowych, gdzie zapadają decyzje o kupowaniu czasu reklamowego.
Polsatowi ciąży to, co jeszcze niedawno było jego siłą: masowa, wierna
widownia ze wsi i małych miasteczek. Z punktu widzenia reklamodawców jest
mało atrakcyjna. Kiedyś liczyła się masa, dziś trzeba umieć docierać do
najbardziej obiecujących grup – wielkomiejskich, zamożniejszych, bardziej
wyedukowanych.
– Polsat zmienia się na korzyść, choć wciąż jeszcze ciąży na nim wizerunek
telewizji kiepskiej jakości dla mało wymagającej widowni. Pokonanie
efektów wieloletniej polityki oszczędności – ubogiej i nieefektownej
scenografii, nieatrakcyjnych programów i powielania pomysłów konkurencji,
wymagać będzie czasu i wysiłku – twierdzi Jakub Benke, prezes Domu
Mediowego Starcom.
czasu jest coraz mniej, bo Polsat traci widzów. W ubiegłym roku
oglądalność spadła o 1,8 proc., nikt tyle nie stracił. Na pociechę
Polsatowi udało się wypracować ponad 150 mln zł zysku, bo przez trzy
poprzednie lata notował straty. Szczęśliwie na rynku reklamy TV wróciła
koniunktura, ale o czasach triumfu nad TVP można na razie zapomnieć. Wynik
16,5 proc. oglądalności daje Polsatowi trzecie miejsce, za TVP1 i TVP2, a
tymczasem TVN – telewizja nominalnie regionalna, docierająca do niespełna
70 proc. gospodarstw domowych – zwiększa swoją widownię i depcze mu po
piętach. Pod względem wpływów reklamowych obie stacje praktycznie się
zrównały – w ubiegłym roku według danych spółki AGB Polsat zainkasował
1,64 mld zł, a TVN 1,6 mld zł. To oznacza, że w walce o najwartościowszego
widza Solorz został przez TVN pokonany.
Polsat usiłuje się ratować. Pośpiesznie zmienia swą ofertę. Ma coraz
więcej programów adresowanych do ambitniejszej publiczności. Amerykańskie
filmy klasy B zastąpił megahitami; jako pierwszy pokazał np. „Titanica”.
Rozbudowuje programy informacyjne, współpracując z amerykańską stacją CNN.
To w polsatowskim programie publicystycznym Krzysztofa Skowrońskiego
„Czarny pies czy biały kot? ” miał miejsce słynny pojedynek między
Andrzejem Lepperem i Donaldem Tuskiem. Młodych widzów skutecznie przyciąga
do Baru – programu typu reality show. Programy z muzyką discopolową
zastąpił muzycznym festiwalem TOPtrendy i programami Mop Mana, czyli
Roberta Leszczyńskiego. Serca kobiet zdobywa własnymi telenowelami „Samo
życie” czy „Pensjonat pod różą”.
– Staramy się pozyskiwać nowych widzów, z dużych miast, wykształconych i
dobrze zarabiających, ale jednocześnie dbamy, by nie utracić
dotychczasowych – zapewnia Aleksander Myszka, prezes zarządu Telewizji
Polsat.
Idol
Dlaczego Polsat ma taki problem ze swym wizerunkiem? Być może jest to
skutek broni, jakiej w konkurencyjnej walce użył Mariusz Walter. Są nią
gwiazdy. Solorz nie zdawał sobie sprawy z ich siły rażenia. TVN
wystartował z plejadą telewizyjnych sław, które przyciągnęły uwagę
publiczności, m.in. z Tomaszem Lisem, Moniką Olejnik, Małgorzatą Domagalik,
Krzysztofem Ibiszem, Edytą Wojtczak. Żadna z tych osób już w TVN nie
pracuje, ale stacja potrafiła uruchomić własny system kreowania gwiazd.
Umiejętna gospodarka gwiazdorskim kapitałem, ich promocja w mediach
przyciągają do stacji widzów i tworzą wokół TVN wielkoświatową aurę.
– Solorz przyjął strategię telewizji bez gwiazd – opowiada jeden z
pracowników stacji. – Bał się uzależnienia od ich popularności, no i tego,
że będą miały rosnące wymagania finansowe. Jak to gwiazdy.
Etykieta telewizji bez gwiazd mocno przylgnęła do Polsatu. Dlatego nawet
jeśli tam trafiają, natychmiast tracą sporo swego blasku. Tak jak stracił
go Krzysztof Ibisz, który przeszedł z TVN, stając się w programach Polsatu
postacią wszechobecną aż do znudzenia. Nie przyniósł też rezultatu pomysł
wylansowania na gwiazdę dziennikarki polsatowskich Informacji Doroty
Gawryluk. Billboardy z jej wizerunkiem, mające zachęcać do oglądania
najważniejszego programu informacyjnego stacji, nie przysporzyły Polsatowi
wielu nowych widzów.
Być może złą passę przełamie Tomasz Lis, który po dramatycznym rozwodzie z
TVN przyjął ofertę właściciela Polsatu. Będzie członkiem zarządu do spraw
programowych. To stanowisko utworzono specjalnie dla niego. Polsat nie
zażądał od Lisa zadeklarowania, czy zamierza kandydować w najbliższych
wyborach prezydenckich. Dla stacji emocje – będzie kandydował czy nie? –
mogą stanowić element kampanii promocyjnej. On sam zapewnia, że ani mu w
głowie udział w polityce.
– Chcę się skoncentrować na czekającym mnie wyzwaniu. Zadanie jest
niezwykle trudne – zapewnia.
Z polityki jednak całkiem nie zrezygnuje. Będzie mieć w Polsacie własny
program publicystyczny o tematyce politycznej. Widać, że miotają nim
emocje. Czuje się trochę jak uczestnik programu „Dwa światy”, który ma
przejść z jednego domu do drugiego. Od września trafi do świata, który
rządzi się zupełnie innymi regułami niż te, które znał dotychczas. Od
niedawna zaczął intensywniej oglądać telewizję, w tym także Polsat. Ma
sporo zastrzeżeń, wiele chciałby zmienić. Zwłaszcza w programach
informacyjnych, bo na tym zna się najlepiej. W końcu o wizerunku stacji
decydują przede wszystkim programy informacyjne. – No bo czym byłby TVN
bez „Faktów”? – pyta retorycznie. Na razie bawią go emocje, jakie wywołał
decydując się na przyjęcie oferty Solorza.
– W „Tele Świecie” napisali, że będę z domu do biura latał śmigłowcem. Tak
mam podobno zapisane w kontrakcie – śmieje się.
Lis będzie, formalnie rzecz biorąc, trzecią osobą w kierownictwie Polsatu
odpowiedzialną za program, obok redaktora naczelnego Bogusława Chraboty i
Piotra Fajksa, dyrektora do spraw programowych. To w stacji budzi spore
napięcia, bo Lis ma opinię człowieka stanowczego i bezkompromisowego.
Tymczasem właściciel liczy, że Lis nie tylko poprawi jakość programu, ale
przede wszystkim medialnie go sprzeda. Zapewni odpowiednią promocję, by
przekonali się do niego ci widzowie, za którymi Solorz tęskni.
Rosyjska ruletka
Solorz zdaje sobie jednak sprawę, że dotychczasowymi metodami finansowymi
wiele nie da się zrobić. Stacja, żeby się rozwijać, musi inwestować.
Własne oszczędnościowe pomysły nie sprawdziły się, o czym Polsat
najboleśniej przekonał się, gdy postanowił walczyć z hitem TVN – „Big
Brotherem” – za pomocą samodzielnie wymyślonych „Dwóch światów”. To była
jedna z jego większych katastrof. Do dziś Polsat liże rany.
Ta lekcja nauczyła jednak Solorza, że droga na skróty czasem prowadzi na
manowce. Dziś Polsat, tak jak TVN, kupuje sprawdzone formaty telewizyjne.
To daje dużo lepsze rezultaty, o czym świadczy powodzenie programu „Bar”.
Za niektóre zbiera cięgi KRRiTV, jak za program „Nieustraszeni”. Z Krajową
Radą, niestety, stosunki są napięte, zwłaszcza po niedawnej decyzji
wymierzającej stacji ponadmilionową karę za zbyt częste przerywanie filmów
reklamami. Stacja będzie się od tej kary odwoływać, bo uważa, że KRRiTV
błędnie interpretuje przepisy.
Zygmunt Solorz z dumą podkreśla, że jego stacja nie jest zadłużona, a
płynność finansową zapewniają jej bieżące dochody. Nie musi tak jak TVN
rozwijać się na kredyt. Zapomina jednak, że właśnie umiejętne
wykorzystywanie inżynierii finansowej pozwoliło TVN dość szybko dogonić
Polsat, a pod wieloma względami nawet go wyprzedzić. Solorz boi się iść
drogą, którą wybrał konkurent. Być może jednak będzie musiał.
TV Market
Od kilku lat poszukuje inwestora, który wzmocni ekonomicznie jego stację.
Na razie poszukiwania nie przyniosły rezultatu, choć doprowadziły do
największej afery politycznej w historii III RP. Korupcyjna oferta Rywina
miała na celu stworzenie Agorze warunków do zakupu wystawionego na
sprzedaż pakietu Polsatu. Sam Rywin miał w wyniku tej transakcji zostać
prezesem stacji. Afera miała ten uboczny skutek, że poznaliśmy wartość
Polsatu. Jak twierdził Rywin, „grupa trzymająca władzę” pakiet 49 proc.
akcji stacji wyceniła na 350 mln dol. (wycena była potrzebna do ustalenia
wielkości łapówki). Oznacza to, że wartość całej stacji szacowana była na
ok. 2,8 mld zł. Eksperci „Rzeczpospolitej” ocenili ostatnio stację dużo
niżej. Ich wyceny wahały się między 1,32 a 2,2 mld zł.
Agora Polsatu nie kupiła. Nie kupili go również inni potencjalni nabywcy.
Nieoficjalnie mówi się, że Polsat zwracał się z ofertami do wielu znanych
graczy na światowym rynku mediów, m.in. do Bertelsmanna, News Corp.
Ruperta Murdocha, Vivendi, AOL. Spółka potwierdza, że rozmowy prowadziła,
ale z kim, tego nie chce zdradzić. Wiadomo, że nie przyniosły one efektów.
Dlaczego?
– Dziesięcioletni okres, na jaki Polsat otrzymał koncesję, zbliżał się do
końca. Choć przekonywaliśmy, że z jej przedłużeniem nie będziemy mieli
problemu, nasi partnerzy pytali: „A co będzie, jeśli Krajowa Rada wam
odmówi?”. Na wszelki wypadek woleli nie ryzykować – wyjaśnia prezes rady
nadzorczej Polsatu Zygmunt Solorz-Żak.
Analitycy wskazują, że przyczyn wstrzemięźliwości inwestorów było więcej.
Ich niepokój budziła niejasna sieć powiązań Polsatu z pozostałymi firmami
Zygmunta Solorza oraz jego twarde stanowisko, że władzy w stacji nie odda.
Dla medialnych gigantów drugoplanowa rola byłaby nie do zaakceptowania.
Mimo to wciąż pojawiają się informacje, że Solorz prowadzi negocjacje z
dużymi graczami medialnymi, zwłaszcza że koncesja stacji została już
przedłużona. Ostatnio wymienia się niemiecki koncern Axela Springera oraz
amerykańskiego magnata medialnego Ruperta Murdocha. O zainteresowaniu
Murdocha Polsatem mówi się od lat. Kiedy stacja ubiegała się o swą
pierwszą koncesję, brytyjska prasa podejrzewała, że jest on cichym
wspólnikiem. Czy Solorz negocjuje sprzedaż Polsatu z zagranicznymi
koncernami medialnymi?
– Zdecydowanie temu zaprzeczam – przekonuje Solorz. – Dziś rozważamy
wprowadzenie Polsatu na giełdę, emisję obligacji lub pozyskanie inwestora
finansowego.
Z myślą o debiucie giełdowym Telewizja Polsat została wydzielona z
imperium Solorza. Wraz ze spółką RSTV, operatorem naziemnej sieci
nadawczej oraz Biurem Reklamy Polsat Media tworzy Grupę Kapitałową Polsat.
Dziś praktycznie jedynym jej właścicielem jest Zygmunt Solorz (kilku jego
współpracowników ma minimalne udziały). Biznesmen jest przekonany, że taka
struktura zapewnia przejrzystość, dzięki której pozyskanie inwestora
stanie się łatwiejsze. Nie jest to jednak takie pewne, bo z Polsatem
związane są dwie inne stacje telewizyjne: TV4 oraz Telewizja Puls. Solorz
nazywa je enigmatycznie stacjami zaprzyjaźnionymi, z którymi po prostu
współpracuje. Emituje program, udostępnia własne, wspólnie sprzedaje czas
reklamowy.
Na czele obu stacji stoją najbardziej zaufani współpracownicy prezesa
Solorza: TV4 kieruje Barbara Trzeciak-Pietkiewicz, zaś TV Puls Krzysztof
Turkowski. Spółki, występujące jako główni udziałowcy obu stacji, nazywane
są w prasie jako „kojarzone z Zygmuntem Solorzem”.
Eksperci medialni są zdania, że wchodząc do dwóch małych stacji, których
znaczenie rynkowe jest dziś raczej niewielkie, Solorz stara się blokować
konkurencję, zwłaszcza zagraniczną, która wykorzystując naziemne
częstotliwości mogłaby zagrozić Polsatowi. Doświadczenie z TVN nauczyło go
ostrożności.
To co było atutem Polsatu w czasie rodzenia się stacji, dziś staje się dla
niej coraz większym problemem. Jest nim sam Solorz, reprezentujący typ
charyzmatycznego menedżera-samouka, który ma głębokie przekonanie, że sam
wszystko wie i zrobi lepiej, a czego sam nie dopilnuje, to nie zostanie
dobrze wykonane. Sprawia to, że Polsat zarządzany jest w sposób
szczególny. O większości spraw decyduje właściciel, formalnie pełniący
funkcję prezesa rady nadzorczej. Pomagają mu w tym najbardziej zaufani
ludzie, w firmie zwani „grupą”. To w większości jego współpracownicy
jeszcze z dawnych czasów, kiedy we Wrocławiu prowadził firmę handlową
Solpol. Należą do nich dwaj adwokaci: Aleksander Myszka, pełniący rolę
prezesa stacji, oraz Józef Birka, członek rady nadzorczej odpowiadający za
sprawy prawne. W skład grupy wchodzi też dwóch pozostałych członków rady
nadzorczej: Piotr Nurowski (jednocześnie prezes Elektrimu) oraz Hieronim
Ruta. Do grupy zalicza się także Krzysztof Turkowski, prezes TV Puls, i
Andrzej Rusko, pierwszy prezes Polsatu. Grupa ma charakter nieformalny i
zapewnia Solorzowi wsparcie we wszystkich jego interesach, mając jednak
świadomość, do kogo należy ostateczna decyzja.
W efekcie fizyczna i umysłowa wydolność właściciela staje się naturalną
granicą rozwoju stacji, zwłaszcza że jest on zaabsorbowany coraz większą
liczbą przedsięwzięć biznesowych. Dlatego trwają spekulacje, czy Solorz
nie zdecyduje się na krok radykalny i nie sprzeda całej stacji. Być może
uzna, że więcej na tym rynku nie zwojuje, a pojawiają się nowe intrygujące
możliwości w obszarze energetyki. Solorz poprzez Elektrim ma kontrolę nad
zespołem elektrowni Pątnów-Adamów-Konin. Pojawiły się sygnały, że mógłby
podjąć się zadania, które nie powiodło się Janowi Kulczykowi: zakup
zakładów energetycznych grupy G-8. Mógłby wtedy stworzyć własny koncern
energetyczny. Biznes lepszy niż w Polsacie. Bez telewizji żyć trudno, ale
przecież bez prądu nie sposób.
Jako śródtytuły posłużyły nazwy programów Polsatu. |