::  STRONA NIE TYLKO DLA DZIENNIKARZY  ::

 
   

 

POLSAT   sondy sms forum czat

 

 
DZIENNIKARZE I WŁADZA | SKANDALE MEDIALNE | WYWIAD TYGODNIA |

TEMAT MIESIĄCA

DŹWIĘKI
FOTO
NEWS
PORADY
TEKSTY
STUDIA
PROFESJA
LITERATURA
SZUKAJ
LINKI
QMPLE
AUTOR
KSIĘGA GOŚCI

Telewizja Polsat musi się zmienić, inaczej może nie przetrwać. Potrzebuje nowego wizerunku, lepszej publiczności oraz inwestora z pieniędzmi. Wizerunkiem telewizji Zygmunta Solorza ma się zająć Tomasz Lis, poszukiwania inwestora trwają od lat i doprowadziły do afery Rywina. A co z publicznością?

W gabinecie Zygmunta Solorza, w nowym wieżowcu Polsatu, wisi papierowa tablica, na której uczestnicy narad rozrysowują biznesowe pomysły. Zwisający arkusz, pozostałość po niedawnej konferencji, pokrywa gęsta sieć strzałek odtwarzających jakąś strukturę. Z dopisków można się domyślić, że nie jest to struktura Polsatu, ale Elektrimu. Cała uwaga prezesa Solorza jest dziś skoncentrowana na upadającej spółce giełdowej. To jego najnowsza inwestycja. Sporo zaryzykował, ale jeśli mu się uda uratować Elektrim, zarobi duże pieniądze. A Solorz umie zarabiać. I lubi.

Telewizja Polsat jest tego najlepszym przykładem. Pytany, dlaczego na początku lat 90. zdecydował się stworzyć pierwszą komercyjną telewizję, odpowiada krótko: – Z powodów czysto biznesowych. Częstotliwości telewizyjne to dobro rzadkie, wiedziałem, że nie będę miał wielu konkurentów.

W tworzeniu Polsatu jedną z głównych ról grał Wiesław Walendziak, pierwszy dyrektor stacji. Po burzliwej karierze politycznej ostatnio wrócił do telewizyjnego biznesu. Tworzy infrastrukturę, która pozwoli polskim nadawcom (TVP, TVN i Polsatowi) przejść do nadawania cyfrowego.

– To była bardzo profesjonalnie sformatowana stacja – wspomina Walendziak. – Chodziło o to, by jak najszybciej pozyskać masową widownię, dzięki której Polsat mógł zacząć na siebie zarabiać. I to się udało. Polsat stał się najpopularniejszą polską telewizją, dystansując nawet TVP.

Świat według Kiepskich

Sposobem na podbicie serc widzów były amerykańskie filmy klasy B, muzyka disco polo, nieskomplikowane teleturnieje, programy erotyczne. Jarosław Sellin, członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, a niegdyś dziennikarz Polsatu, ubolewa, że Solorz nie miał przekonania do programów publicystycznych i informacyjnych. Być może czuł, iż jego widzowie są bardziej spragnieni przebojów zespołu Bayer Full niż dyskusji na polityczne tematy, a może dlatego, że jego samego polityka nie interesowała.
Do dziś zresztą deklaruje brak zainteresowania polityką, ale to naturalny odruch każdego biznesmena. W rzeczywistości Solorz ze światem polityki prowadzi bardzo subtelną grę. Poprzez jego stację w ciągu minionej dekady przewinęła się spora grupa osób związanych ze światem polityki: był Wiesław Walendziak. Jarosław Sellin, były rzecznik rządu, a obecnie członek KRRiTV, którego potem w roli szefa programów informacyjnych zastąpił Dariusz Szymczycha, dziś minister w Kancelarii Prezydenta. Prezydencki minister Andrzej Majkowski szefował niegdyś wydawnictwu „Kuriera Polskiego” (Solorz był właścicielem tego dziennika). Spikerką Polsatu była Ewa Wachowicz, potem rzeczniczka premiera Pawlaka, programami religijnymi zajmował się Ryszard Czarnecki, wówczas szef ZChN, a dziś podpora Samoobrony. Od lat własny program w Polsacie ma Marek Markiewicz, który jako przewodniczący KRRiTV podpisał koncesję dla Polsatu (za co zresztą został zdymisjonowany przez prezydenta Wałęsę) .Sam Solorz zapewnia, że nie interesują go poglądy polityczne, ale kompetencje. Ta mnogość pracowników z partyjnymi legitymacjami sprawiała jednak, że mówi się o istnieniu nowego PPS, czyli Polskiej Partii Solorza, ugrupowania polityków, z którymi łączą właściciela telewizji bliskie stosunki. To z pewnością pomaga w prowadzeniu biznesu.

Awantura o kasę

Niechęć do rozbudowywania programów informacyjnych i publicystycznych, która dziś odbija się na prestiżu Polsatu, była też podyktowana oszczędnością. Tego typu produkcja telewizyjna wymaga dużych wydatków, a Solorz wydatków nie lubi. Od początku wykłócał się o każdą złotówkę. Kiedy słyszał, że potrzebne są dwie kamery, pytał: „A nie wystarczy jedna?”, kiedy ktoś go przekonywał, że o wygląd prezenterów powinien zatroszczyć się fachowy stylista, dziwił się: „A co, sami nie potrafią się ubrać?”.

– Tak jest do dzisiaj – twierdzi jeden z dziennikarzy Polsatu. – Solorz potrafi zadzwonić ze swojej willi na Lazurowym Wybrzeżu i dyskutować na temat stu złotych w kosztorysie programu. Kiedy mówię kolegom z telewizji publicznej, jakie są budżety naszych programów, pokładają się ze śmiechu. Niestety, te oszczędności widać na ekranie.
Taka polityka sprawiła, że Polsat zyskał wizerunek telewizji siermiężnej, co nie przeszkadzało mu jednak w podboju telewidzów. W pierwszej połowie lat 90. Polsat stał się liderem na rynku telewizyjnym. Zakochała się w nim szczególnie polska prowincja. Program był lekki, łatwy i przyjemny. Robiony dokładnie według instrukcji właściciela, który, jak wspominają jego współpracownicy, ingerował w najdrobniejsze szczegóły. Nie tylko co ma być nadawane, ale także o której godzinie i w jakiej kolejności. Na początku próbowali z nim walczyć, przekonywać. Byli wprawdzie młodzi, ale mieli skończone studia i za sobą, najczęściej krótki, epizod pracy w TVP. Uważali, że na telewizji znają się o niebo lepiej od swego chlebodawcy – chłopaka z Radomia po technikum mechanicznym.

Dziś przyznają, że się mylili. Okazało się, że Solorz lepiej rozumiał masowego widza. Być może kierował się własnym gustem, a może, jak uważają niektórzy, potrafił przenieść do swojej stacji pomysły z komercyjnych stacji niemieckich, które oglądał mieszkając w RFN. Był przy tym niezwykle konsekwentny. Każdego dnia rano sprawdzał wyniki oglądalności i jeśli jakaś pozycja nie gromadziła przed ekranami zaplanowanej widowni, wylatywała z ramówki.

Niezła sztuka

Licznej widowni oczekiwali reklamodawcy, a bez reklam telewizja komercyjna nie może istnieć. Polsat dostarczał im tej widowni. W 1997 r. telewizja Solorza wyprzedziła pod względem oglądalności TVP1 osiągając astronomiczny wskaźnik 31 proc. Polsat zainkasował za to ponad miliard złotych wpływów reklamowych, niewiele mniej niż TVP1 i TVP2 razem wzięte. Tak szybkiego sukcesu sam jego twórca chyba się nie spodziewał. W Niemczech komercyjnej stacji RTL dogonienie telewizji publicznej zajęło dziesięć lat.

Do kasy stacji pieniądze popłynęły tak szerokim strumieniem, że Solorz zaczął mieć problem, co z nimi zrobić. Nie zdecydował się na utworzenie grupy medialnej. Inwestował wprawdzie w Polsat, m.in. budując nową siedzibę, tworząc własną platformę cyfrową, a także próbując ekspansji na telewizyjne rynki krajów nadbałtyckich (zakończoną fiaskiem), ale coraz bardziej pochłaniała go nowa pasja: rynek finansowy. Dlatego kupił Invest Bank, Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie Polisa-Życie, stworzył Powszechne Towarzystwo Emerytalne Polsat. Postanowił żyć w dwóch osobach – magnata medialnego i finansisty.

Eldorado należy już do odległej przeszłości. Polsat utracił dużą część rynku podbitego z taką łatwością w latach 90. Telewizja publiczna szybko się zorientowała, że gra idzie o duże pieniądze i też o nie zagrała. Okazało się, że polskimi telenowelami może pokonać polsatowskie przeboje filmowe, zwłaszcza że z groszem specjalnie nie musi się liczyć.

Wreszcie do gry wszedł konkurent, którego Solorz nie docenił: TVN. Stacja Mariusza Waltera i Jana Wejcherta, która zadebiutowała w 1997 r., była teoretycznie telewizją regionalną, ale ambicje miała ogólnopolskie. Przyjęła przy tym zaskakujący styl działania. Powinna pracowicie zarabiać pieniądze, tymczasem zabrała się za ich wydawanie. Zamiast tak jak Polsat emitować filmy, które przyciągają widzów, a są niedrogie, TVN produkował własne programy, rozbudował publicystykę, a serwisami informacyjnymi usiłował rywalizować z telewizją publiczną. Szefowie Polsatu komentowali to ironicznie i przewidywali, że TVN zdobędzie trzy, góra pięć procent widowni, a po cichu myśleli, że splajtuje. Fatalnie się pomylili.

TVN musiał z czasem spuścić z tonu, ale widzowie zobaczyli, że telewizja komercyjna nie musi być siermiężna jak Polsat. Nowa oferta przypadła do gustu szczególnie publiczności wielkomiejskiej. Był to po trosze skutek uboczny ograniczeń technicznych. TVN mógł się skoncentrować na mieszkańcach miast, bo tam przede wszystkim istniały techniczne warunki odbioru programu.

Dziś TVN narzuca standardy i to właśnie on, a nie Polsat, jest ulubieńcem domów mediowych, gdzie zapadają decyzje o kupowaniu czasu reklamowego. Polsatowi ciąży to, co jeszcze niedawno było jego siłą: masowa, wierna widownia ze wsi i małych miasteczek. Z punktu widzenia reklamodawców jest mało atrakcyjna. Kiedyś liczyła się masa, dziś trzeba umieć docierać do najbardziej obiecujących grup – wielkomiejskich, zamożniejszych, bardziej wyedukowanych.

– Polsat zmienia się na korzyść, choć wciąż jeszcze ciąży na nim wizerunek telewizji kiepskiej jakości dla mało wymagającej widowni. Pokonanie efektów wieloletniej polityki oszczędności – ubogiej i nieefektownej scenografii, nieatrakcyjnych programów i powielania pomysłów konkurencji, wymagać będzie czasu i wysiłku – twierdzi Jakub Benke, prezes Domu Mediowego Starcom.

czasu jest coraz mniej, bo Polsat traci widzów. W ubiegłym roku oglądalność spadła o 1,8 proc., nikt tyle nie stracił. Na pociechę Polsatowi udało się wypracować ponad 150 mln zł zysku, bo przez trzy poprzednie lata notował straty. Szczęśliwie na rynku reklamy TV wróciła koniunktura, ale o czasach triumfu nad TVP można na razie zapomnieć. Wynik 16,5 proc. oglądalności daje Polsatowi trzecie miejsce, za TVP1 i TVP2, a tymczasem TVN – telewizja nominalnie regionalna, docierająca do niespełna 70 proc. gospodarstw domowych – zwiększa swoją widownię i depcze mu po piętach. Pod względem wpływów reklamowych obie stacje praktycznie się zrównały – w ubiegłym roku według danych spółki AGB Polsat zainkasował 1,64 mld zł, a TVN 1,6 mld zł. To oznacza, że w walce o najwartościowszego widza Solorz został przez TVN pokonany.

Polsat usiłuje się ratować. Pośpiesznie zmienia swą ofertę. Ma coraz więcej programów adresowanych do ambitniejszej publiczności. Amerykańskie filmy klasy B zastąpił megahitami; jako pierwszy pokazał np. „Titanica”. Rozbudowuje programy informacyjne, współpracując z amerykańską stacją CNN. To w polsatowskim programie publicystycznym Krzysztofa Skowrońskiego „Czarny pies czy biały kot? ” miał miejsce słynny pojedynek między Andrzejem Lepperem i Donaldem Tuskiem. Młodych widzów skutecznie przyciąga do Baru – programu typu reality show. Programy z muzyką discopolową zastąpił muzycznym festiwalem TOPtrendy i programami Mop Mana, czyli Roberta Leszczyńskiego. Serca kobiet zdobywa własnymi telenowelami „Samo życie” czy „Pensjonat pod różą”.

– Staramy się pozyskiwać nowych widzów, z dużych miast, wykształconych i dobrze zarabiających, ale jednocześnie dbamy, by nie utracić dotychczasowych – zapewnia Aleksander Myszka, prezes zarządu Telewizji Polsat.

Idol

Dlaczego Polsat ma taki problem ze swym wizerunkiem? Być może jest to skutek broni, jakiej w konkurencyjnej walce użył Mariusz Walter. Są nią gwiazdy. Solorz nie zdawał sobie sprawy z ich siły rażenia. TVN wystartował z plejadą telewizyjnych sław, które przyciągnęły uwagę publiczności, m.in. z Tomaszem Lisem, Moniką Olejnik, Małgorzatą Domagalik, Krzysztofem Ibiszem, Edytą Wojtczak. Żadna z tych osób już w TVN nie pracuje, ale stacja potrafiła uruchomić własny system kreowania gwiazd. Umiejętna gospodarka gwiazdorskim kapitałem, ich promocja w mediach przyciągają do stacji widzów i tworzą wokół TVN wielkoświatową aurę.

– Solorz przyjął strategię telewizji bez gwiazd – opowiada jeden z pracowników stacji. – Bał się uzależnienia od ich popularności, no i tego, że będą miały rosnące wymagania finansowe. Jak to gwiazdy.

Etykieta telewizji bez gwiazd mocno przylgnęła do Polsatu. Dlatego nawet jeśli tam trafiają, natychmiast tracą sporo swego blasku. Tak jak stracił go Krzysztof Ibisz, który przeszedł z TVN, stając się w programach Polsatu postacią wszechobecną aż do znudzenia. Nie przyniósł też rezultatu pomysł wylansowania na gwiazdę dziennikarki polsatowskich Informacji Doroty Gawryluk. Billboardy z jej wizerunkiem, mające zachęcać do oglądania najważniejszego programu informacyjnego stacji, nie przysporzyły Polsatowi wielu nowych widzów.

Być może złą passę przełamie Tomasz Lis, który po dramatycznym rozwodzie z TVN przyjął ofertę właściciela Polsatu. Będzie członkiem zarządu do spraw programowych. To stanowisko utworzono specjalnie dla niego. Polsat nie zażądał od Lisa zadeklarowania, czy zamierza kandydować w najbliższych wyborach prezydenckich. Dla stacji emocje – będzie kandydował czy nie? – mogą stanowić element kampanii promocyjnej. On sam zapewnia, że ani mu w głowie udział w polityce.

– Chcę się skoncentrować na czekającym mnie wyzwaniu. Zadanie jest niezwykle trudne – zapewnia.

Z polityki jednak całkiem nie zrezygnuje. Będzie mieć w Polsacie własny program publicystyczny o tematyce politycznej. Widać, że miotają nim emocje. Czuje się trochę jak uczestnik programu „Dwa światy”, który ma przejść z jednego domu do drugiego. Od września trafi do świata, który rządzi się zupełnie innymi regułami niż te, które znał dotychczas. Od niedawna zaczął intensywniej oglądać telewizję, w tym także Polsat. Ma sporo zastrzeżeń, wiele chciałby zmienić. Zwłaszcza w programach informacyjnych, bo na tym zna się najlepiej. W końcu o wizerunku stacji decydują przede wszystkim programy informacyjne. – No bo czym byłby TVN bez „Faktów”? – pyta retorycznie. Na razie bawią go emocje, jakie wywołał decydując się na przyjęcie oferty Solorza.

– W „Tele Świecie” napisali, że będę z domu do biura latał śmigłowcem. Tak mam podobno zapisane w kontrakcie – śmieje się.

Lis będzie, formalnie rzecz biorąc, trzecią osobą w kierownictwie Polsatu odpowiedzialną za program, obok redaktora naczelnego Bogusława Chraboty i Piotra Fajksa, dyrektora do spraw programowych. To w stacji budzi spore napięcia, bo Lis ma opinię człowieka stanowczego i bezkompromisowego. Tymczasem właściciel liczy, że Lis nie tylko poprawi jakość programu, ale przede wszystkim medialnie go sprzeda. Zapewni odpowiednią promocję, by przekonali się do niego ci widzowie, za którymi Solorz tęskni.

Rosyjska ruletka

Solorz zdaje sobie jednak sprawę, że dotychczasowymi metodami finansowymi wiele nie da się zrobić. Stacja, żeby się rozwijać, musi inwestować. Własne oszczędnościowe pomysły nie sprawdziły się, o czym Polsat najboleśniej przekonał się, gdy postanowił walczyć z hitem TVN – „Big Brotherem” – za pomocą samodzielnie wymyślonych „Dwóch światów”. To była jedna z jego większych katastrof. Do dziś Polsat liże rany.

Ta lekcja nauczyła jednak Solorza, że droga na skróty czasem prowadzi na manowce. Dziś Polsat, tak jak TVN, kupuje sprawdzone formaty telewizyjne. To daje dużo lepsze rezultaty, o czym świadczy powodzenie programu „Bar”. Za niektóre zbiera cięgi KRRiTV, jak za program „Nieustraszeni”. Z Krajową Radą, niestety, stosunki są napięte, zwłaszcza po niedawnej decyzji wymierzającej stacji ponadmilionową karę za zbyt częste przerywanie filmów reklamami. Stacja będzie się od tej kary odwoływać, bo uważa, że KRRiTV błędnie interpretuje przepisy.

Zygmunt Solorz z dumą podkreśla, że jego stacja nie jest zadłużona, a płynność finansową zapewniają jej bieżące dochody. Nie musi tak jak TVN rozwijać się na kredyt. Zapomina jednak, że właśnie umiejętne wykorzystywanie inżynierii finansowej pozwoliło TVN dość szybko dogonić Polsat, a pod wieloma względami nawet go wyprzedzić. Solorz boi się iść drogą, którą wybrał konkurent. Być może jednak będzie musiał.

TV Market

Od kilku lat poszukuje inwestora, który wzmocni ekonomicznie jego stację. Na razie poszukiwania nie przyniosły rezultatu, choć doprowadziły do największej afery politycznej w historii III RP. Korupcyjna oferta Rywina miała na celu stworzenie Agorze warunków do zakupu wystawionego na sprzedaż pakietu Polsatu. Sam Rywin miał w wyniku tej transakcji zostać prezesem stacji. Afera miała ten uboczny skutek, że poznaliśmy wartość Polsatu. Jak twierdził Rywin, „grupa trzymająca władzę” pakiet 49 proc. akcji stacji wyceniła na 350 mln dol. (wycena była potrzebna do ustalenia wielkości łapówki). Oznacza to, że wartość całej stacji szacowana była na ok. 2,8 mld zł. Eksperci „Rzeczpospolitej” ocenili ostatnio stację dużo niżej. Ich wyceny wahały się między 1,32 a 2,2 mld zł.

Agora Polsatu nie kupiła. Nie kupili go również inni potencjalni nabywcy. Nieoficjalnie mówi się, że Polsat zwracał się z ofertami do wielu znanych graczy na światowym rynku mediów, m.in. do Bertelsmanna, News Corp. Ruperta Murdocha, Vivendi, AOL. Spółka potwierdza, że rozmowy prowadziła, ale z kim, tego nie chce zdradzić. Wiadomo, że nie przyniosły one efektów. Dlaczego?

– Dziesięcioletni okres, na jaki Polsat otrzymał koncesję, zbliżał się do końca. Choć przekonywaliśmy, że z jej przedłużeniem nie będziemy mieli problemu, nasi partnerzy pytali: „A co będzie, jeśli Krajowa Rada wam odmówi?”. Na wszelki wypadek woleli nie ryzykować – wyjaśnia prezes rady nadzorczej Polsatu Zygmunt Solorz-Żak.

Analitycy wskazują, że przyczyn wstrzemięźliwości inwestorów było więcej. Ich niepokój budziła niejasna sieć powiązań Polsatu z pozostałymi firmami Zygmunta Solorza oraz jego twarde stanowisko, że władzy w stacji nie odda. Dla medialnych gigantów drugoplanowa rola byłaby nie do zaakceptowania. Mimo to wciąż pojawiają się informacje, że Solorz prowadzi negocjacje z dużymi graczami medialnymi, zwłaszcza że koncesja stacji została już przedłużona. Ostatnio wymienia się niemiecki koncern Axela Springera oraz amerykańskiego magnata medialnego Ruperta Murdocha. O zainteresowaniu Murdocha Polsatem mówi się od lat. Kiedy stacja ubiegała się o swą pierwszą koncesję, brytyjska prasa podejrzewała, że jest on cichym wspólnikiem. Czy Solorz negocjuje sprzedaż Polsatu z zagranicznymi koncernami medialnymi?

– Zdecydowanie temu zaprzeczam – przekonuje Solorz. – Dziś rozważamy wprowadzenie Polsatu na giełdę, emisję obligacji lub pozyskanie inwestora finansowego.

Z myślą o debiucie giełdowym Telewizja Polsat została wydzielona z imperium Solorza. Wraz ze spółką RSTV, operatorem naziemnej sieci nadawczej oraz Biurem Reklamy Polsat Media tworzy Grupę Kapitałową Polsat. Dziś praktycznie jedynym jej właścicielem jest Zygmunt Solorz (kilku jego współpracowników ma minimalne udziały). Biznesmen jest przekonany, że taka struktura zapewnia przejrzystość, dzięki której pozyskanie inwestora stanie się łatwiejsze. Nie jest to jednak takie pewne, bo z Polsatem związane są dwie inne stacje telewizyjne: TV4 oraz Telewizja Puls. Solorz nazywa je enigmatycznie stacjami zaprzyjaźnionymi, z którymi po prostu współpracuje. Emituje program, udostępnia własne, wspólnie sprzedaje czas reklamowy.

Na czele obu stacji stoją najbardziej zaufani współpracownicy prezesa Solorza: TV4 kieruje Barbara Trzeciak-Pietkiewicz, zaś TV Puls Krzysztof Turkowski. Spółki, występujące jako główni udziałowcy obu stacji, nazywane są w prasie jako „kojarzone z Zygmuntem Solorzem”.

Eksperci medialni są zdania, że wchodząc do dwóch małych stacji, których znaczenie rynkowe jest dziś raczej niewielkie, Solorz stara się blokować konkurencję, zwłaszcza zagraniczną, która wykorzystując naziemne częstotliwości mogłaby zagrozić Polsatowi. Doświadczenie z TVN nauczyło go ostrożności.

To co było atutem Polsatu w czasie rodzenia się stacji, dziś staje się dla niej coraz większym problemem. Jest nim sam Solorz, reprezentujący typ charyzmatycznego menedżera-samouka, który ma głębokie przekonanie, że sam wszystko wie i zrobi lepiej, a czego sam nie dopilnuje, to nie zostanie dobrze wykonane. Sprawia to, że Polsat zarządzany jest w sposób szczególny. O większości spraw decyduje właściciel, formalnie pełniący funkcję prezesa rady nadzorczej. Pomagają mu w tym najbardziej zaufani ludzie, w firmie zwani „grupą”. To w większości jego współpracownicy jeszcze z dawnych czasów, kiedy we Wrocławiu prowadził firmę handlową Solpol. Należą do nich dwaj adwokaci: Aleksander Myszka, pełniący rolę prezesa stacji, oraz Józef Birka, członek rady nadzorczej odpowiadający za sprawy prawne. W skład grupy wchodzi też dwóch pozostałych członków rady nadzorczej: Piotr Nurowski (jednocześnie prezes Elektrimu) oraz Hieronim Ruta. Do grupy zalicza się także Krzysztof Turkowski, prezes TV Puls, i Andrzej Rusko, pierwszy prezes Polsatu. Grupa ma charakter nieformalny i zapewnia Solorzowi wsparcie we wszystkich jego interesach, mając jednak świadomość, do kogo należy ostateczna decyzja.

W efekcie fizyczna i umysłowa wydolność właściciela staje się naturalną granicą rozwoju stacji, zwłaszcza że jest on zaabsorbowany coraz większą liczbą przedsięwzięć biznesowych. Dlatego trwają spekulacje, czy Solorz nie zdecyduje się na krok radykalny i nie sprzeda całej stacji. Być może uzna, że więcej na tym rynku nie zwojuje, a pojawiają się nowe intrygujące możliwości w obszarze energetyki. Solorz poprzez Elektrim ma kontrolę nad zespołem elektrowni Pątnów-Adamów-Konin. Pojawiły się sygnały, że mógłby podjąć się zadania, które nie powiodło się Janowi Kulczykowi: zakup zakładów energetycznych grupy G-8. Mógłby wtedy stworzyć własny koncern energetyczny. Biznes lepszy niż w Polsacie. Bez telewizji żyć trudno, ale przecież bez prądu nie sposób.

Jako śródtytuły posłużyły nazwy programów Polsatu.

----------------------------------------------

 

Artykuły z poprzednich miesięcy

 

Prostytucja

Młodzieży portret własny

Mizoandria

Sacrum i handel

Alkoholiczki

Ich TRÓJKA

Korupcja w zawodzie

Ludzie Wiadomości

Moralność

POLSAT

Korespondenci Wojenni

Radio dla każdego

Redaktor do wynajęcia

                                         copyright by szpila.net 2005