|
PRZYSTANEK BREDNIA |
|
2 DNI Z MUZYKĄ Dzień Pierwszy Kiedy dotarliśmy w pobliże żarskiego lotniska było już późno, nawet bardzo. Co prawda Polskie Koleje Państwowe podstawiły ponad 40 pociągów piętrowych, by dowieźć miłośników muzyki rockowej jak najbliżej Przystanku Woodstock, jednak szybko okazało się, że było ich przynajmniej o drugie tyle za mało. Nie wszyscy dojechali cało… Mimo tego, tłum na terenie koncertowym wciąż się powiększał. Pozostał nam tylko wybór lokalizacji do zarzucenia kotwicy i oczekiwanie na pierwszy dzień na pozór wspaniałej imprezy. Na konferencji prasowej z Jurkiem Owsiakiem dowiedzieliśmy się, że są w naszym kraju takie media, których pan Owsiak nie trawi, jak również że dobór większości młodych kapel jest podyktowany gustem jednego człowieka. Przede wszystkim jednak dowiedzieliśmy się, że nie wolno fotografować nam interwencji ochrony. I tym sposobem okazało się tak naprawdę, dlaczego w opinii publicznej Przystanek Woodstock jest najbezpieczniejszą imprezą w kraju. Na krótko przed oficjalnym rozpoczęciem zlustrowaliśmy liczbę ludności oraz cenę piwa jak i artykułów konsumpcyjnych. Trzeba przyznać, ze było naprawdę tanio. Piwo w cenie 2,5 zł to nie lada gratka dla woodstokowiczów.. O godzinie 16 rozpoczęcie. Zaraz potem scena zapełniła się od instrumentów muzyków. Kolejno zagrały pomniejsze zespoły: Carrantuohill, Haratacze , Dogbite, Blade Loki, Kangaroz, Leszek Cichoński, Al Sirat, Blitz. Na scenie pojawiło się również Cree, formacja Sebastiana Riedla, syna Ryśka. Dali naprawdę dobry koncert ze sporą dawką najczystszej wody bluesa. I należy się cieszyć, że w tym kraju jest przynajmniej jedna taka kapela, która chce i potrafi zagrać w ten sposób. O 20:45 zagrał Hunter, po którego występie na scenę wkroczyła interesująca postać - Pan Witek, Gość z Atlantydy. Publiczność bawiła się wciąż świetnie. No, przynajmniej ta część publiczności, która w tym czasie nie plądrowała zawartości cudzych namiotów. Prawdziwa euforia zapanowała podczas koncertu Die Toten Hosen, który zagrał swoje największe i najbardziej znane przeboje. Zespół przed podjęciem decyzji o przyjeździe na Przystanek Woodstock zapoznał się z filmami i relacjami na ten temat. I mimo, że na początku chcieli przywieźć swój sprzęt, ostatecznie poprosili tylko o…17 ręczników. Jak widać, warunki do grania okazały się wystarczające. Moim zdaniem na koncercie zagrali trochę za szybko. Brzmiało to tak, jakby chcieli odwalić swoje i wyjechać, ale raczej chodziło o utrzymanie tempa koncertu. Tak czy siak zagrali rewelacyjnie, żegnając się z polską publicznością w iście europejskim stylu. Po chwili na scenę wkroczył Hey. Chyba nikt im wcześniej nie powiedział, że imprezy typu Przystanek Woodstock nie są stworzone po to, aby grupa promowała swój najnowszy album. Dlatego usłyszeliśmy szereg piosenek z ostatniej płyty Hey’a i tylko kilka starych, dobrze znanych przebojów, przy których publiczność chciała się bawić. Dopiero na bis zagrali „Teksańskiego” czy „Zazdrość”, choć mogło być tego typu kompozycji o wiele więcej. Ja jednak wypatrywałem już zespołu T.Love, szczególnie że godzina była późna. I doczekałem się. Panowie zagrali całkiem nieźle, zważając na dobór kompozycji, a także ich wykonanie. Zostały zachowane właściwe proporcje pomiędzy nowymi i starymi utworami, było przebojowo i publiczność została usatysfakcjonowana. Oczywiście wyszli na bisy, które przyniosły między innymi „Wychowanie” i „Kinga”. Pierwszy dzień Przystanku zakończyła grupa Shelter, która zagrała wcześniej na scenie Wioski Krishnowców. Wymęczona, acz szczęśliwa publiczność, powoli rozeszła się do namiotów, by męczyć się tam wzajemnie dalej. Niektórzy ze zdziwieniem stwierdzili, że stali się ubożsi o ciuchy, komórki, czy różnego rodzaju sprzęt. Ciekawe, gdzie był wtedy tzw. Pokojowy Patrol, o którym jeszcze w tej relacji będzie okazja przeczytać.
Dzień Drugi Po ciężkiej nocy w równie ciężkim namiocie koło południa zaczęliśmy poszukiwania czegoś, co mogłoby pozwolić nam zobrazować klimat panujący na tegorocznym Przystanku. W tym celu udaliśmy się więc do całkiem sprawnie działającej kafejki internetowej i, znajdującego się obok, bankomatu. Biuro organizacyjne nie dysponowało (co ciekawe) rozpiskami tego, co w kolejne dni będzie się działo na woodstockowej scenie… Tego dnia było bardzo, bardzo gorąco. Tak gorąco, że na terenie Przystanku pojawiły się wozy strażackie z armatkami wodnymi, bynajmniej nie w celu rozgonienia tłumu. Wręcz przeciwnie. Dokładnie i precyzyjnie celowali w młodzież, która spragniona mokrych wrażeń w to upalne popołudnie czuła się po takiej wodnej sesji niemalże wniebowzięta. Powoli jednak zbliżała się godzina rozpoczęcia kolejnych koncertów. Prawie punktualnie, czyli kilka minut po godzinie 16-tej, na scenę wkroczyła formacja Banaszak & The Best, która dała wyśmienity koncert. Szkoda tylko, że stosunkowo mało osób jak na tak wielką liczbowo publiczność, ich słuchało. Następny w kolejności Buzu Squat to zespół znany już w wielu kręgach. Dlatego nietaktem byłyby potknięcia artystyczne. Słuchaliśmy ich uważnie i okazało się, że panowie byli naprawdę doskonale przygotowani, za co należą im się brawa. Po kilkudziesięciu minutach na scenie pojawiły się kolejno zespoły Dzioło, Kuśka Brothers, THC-X, Nikt, De Press oraz Pidżama Porno, która okazała się jedną z głównych gwiazd tego festiwalu. Dali 3 bisy, a publiczność wciąż się ich domagała. Z przewidzianego na 40 minut koncertu, zrobił się ponad godzinny show. Za sceną Grabaż rozdał mnóstwo autografów i pozował do zdjęć, również z naszą gwiazdą – Shirley. Byliśmy blisko rozmowy w 4 oczy z wokalistą, ale utrudniła nam go wysoce arogancka, by nie powiedzieć chamska i gruba baba (bo nawet nie kobieta) w koszulce Pokojowego Patrolu, która utrudniała jak mogła zadanie jakiegokolwiek pytania bohaterowi tego małego zamieszania przed i za sceną. Nie wiem, czy była to manager, czy nie. Jeśli tak, to widocznie wstydziła się do tego przyznać. Sam pokojowy patrol robił wszystko, by utrudnić pracę dziennikarzom. Od z nieba wziętych zakazów wejścia fotoreporterom na scenę do zadawania 100 razy tych samych pytań ludziom z plakietkami „prasa”. Nie zauważyliśmy, by reagowali w naprawdę wymagających reakcji momentach. Cóż, widocznie mieli ważniejsze sprawy na głowie. Tuż przed 22-gą scena rozbujała się na dobre, a to za sprawą Maleo i Michaela Blacka, który przybył na Woodstock wprost z Jamajki. Ten czarnoskóry artysta o intrygującym głosie spowodował, że jeszcze daleko w mieście Żary nucono wraz z nim utwór Boba Marleya „No woman no cry”… no ale przecież taki koncert nie może trwać wiecznie. Po lekkim reggae pojawiło się ciężkie Sweet Noise, które podobało się bardzo. I nie tylko dlatego, że zagrali na najwyższym poziomie. Po prostu ta formacja ma swoich wiernych fanów, których wciąż przybywa. Dali doskonały koncert i jestem pewien, że zrobią to jeszcze w tym miejscu nie raz. Prawdziwy finał i wydarzenie ponad mentalne nastąpiło jednak około północy. Na zakończenie całej imprezy na scenę wkroczyła Orkiestra Filharmonii Wrocławskiej wraz z niespodziewaną-spodziewaną wokalistką Eweliną Flintą, która z towarzyszeniem symfonicznych dźwięków zaśpiewała rockowy hymn pokoleń – kompozycję „Nadzieja” radomskiej grupy IRA. Niektórzy szeptali potem, że wypadła lepiej od oryginału. A ja Wam powiem, że pomyliła się w kilku słowach tekstu :) Ale i tak dziewczyna dała z siebie wszystko, natomiast całość wraz ze światłami, które przygotowywano ponad 3 miesiące wcześniej, zabrzmiała i wyglądała rewelacyjnie. I na pewno warto było tam wtedy być... Koncert i całą imprezę pod nazwą „Przystanek Woodstock” zakończył zespół Raz Dwa Trzy oraz gościnnie – formacja Dzioło. Było i pięknie i wzruszająco, a kompozycję „I tak warto żyć” tłumy śpiewały nawet w momencie, kiedy ostatnie dźwięki gitar odeszły w mrok. Kilka uwag ogólnych, które nasuwają się po przeżyciu tego muzycznego wydarzenia powinno dać pojęcie nieobecnym, jak naprawdę wygląda Woodstock po polsku i że nie jest to to samo, co w telewizji. Przede wszystkim Jurek nie powinien podburzać 300-tysięcznej publiczności przeciwko programom telewizyjnym i na pewno nie powinien rzucać mięsem (w sensie metaforycznym) z festiwalowej sceny. No, ale wtedy wyłączone były przecież kamery TVP2, która w kilku wejściach na żywo pokazywała to, co działo się w Żarach. Na Przystanku za 3 złote można było zjeść pyszniutki obiadek wegetariański dzięki wiosce Krishny, która działała bez zastrzeżeń, dawała coś dla ciała i ducha, chociaż nie było jej widać ani w kamerach, ani na głównej scenie. Dbano też o antykoncepcję. Rozdawano książki, ulotki i inne dobra, które miały zapobiec powrotowi młodzieży z imprezy w stanie błogosławionym. A skoro o błogosławieństwach mowa… Tym razem na terenie festiwalu zamontował się również legalnie przystanek Jezus, którego funkcjonariusze z godnym pozazdroszczenia zapałem nawracali przybyłych na potęgę. Niestety, nie udało nam się dowiedzieć czy odnieśli planowany skutek. Na ich scenie nieźle grano, a przy scenie dobre jedzonko serwowano. Nikt nikomu nie przeszkadzał, obyło się więc bez pyskówek i temu podobnych sytuacji. I bardzo dobrze. Specjalnie dla Was wyjechaliśmy pod chmury dźwigiem przeznaczonym do skoków bungee tylko po to, by wraz z mniej obrotnymi kolegami z prasy cyknąć fotkę z niebotycznych wysokości. Jak widzicie poniżej, w Zewpress.com naprawdę wysoko stawiamy sobie poprzeczkę, sięgając szczytów i działając zawsze na najwyższym poziomie. Na Przystanku Woodstock działała również Poradnia Profilaktyczno – Terapeutyczna, która sugerowała upijanie się wyłącznie muzyką, Górnośląskie Stowarzyszenie FAMILIA dla młodzieży uzależnionej, antyfaszystowskie stowarzyszenie "NIGDY WIĘCEJ", Obywatelski Ruch Ekologiczny, Klub GAJA oraz Punkowa Orkiestra Świątecznej Pomocy. Ci wszyscy ludzie pracowali i bawili się wspólnie z publicznością, dbając o ich serca, dusze i umysły. Być może za rok będzie ich jeszcze więcej? Być może będzie również więcej pryszniców… Do domów wróciliśmy wypełnionymi po brzegi pociągami w miłym towarzystwie Pana Witka z Atlantydy, który okazał się wspaniałym, młodym duchem człowiekiem, podróżnikiem i postacią wysoce charyzmatyczną. Harry |