SŁABOŚĆ CZWARTEJ WŁADZY  
 

 

Rodzimym politykom, zwłaszcza lokalnym, wciąż trudno pogodzić się z faktem, że w kraju demokratycznym media są od nich niezależne i pełnią tu rolę czwartej władzy. Próby nacisku lub przekupstwa to broń obosieczna - gazeta, która utraciła wiarygodność, nigdy nie będzie skutecznym sprzymierzeńcem.

Według prof. Walerego Pisarka z Ośrodka Badań Prasoznawczych Uniwersytetu Jagiellońskiego czytelnicy, wybierając swój dziennik regionalny, kierują się jego dziennikarską jakością, ale także stosunkiem tytułu do polityków. - Im gazeta mądrzejsza, tym mniej się boi - dodaje dr Zbigniew Bajka z tego samego ośrodka.

Partia się wstydzi

Wyniki badań czytelnictwa są jednoznaczne: w niemal wszystkich województwach zwyciężają dzienniki lokalne, pozostawiając prasę centralną daleko w tyle. Tylko w dwóch - mazowieckim i dolnośląskim - pierwsza w rankingu pozostaje "Gazeta Wyborcza".

Tam, gdzie dziennikarze przeszli chrzest bojowy, czyli mają na koncie na przykład publikacje o korupcji miejscowych elit politycznych, o swoich relacjach z politykami mówią otwarcie i bez kompleksów. - Szanują nas za niezależność - twierdzi Mirosław Olszewski, dziennikarz "Nowej Trybuny Opolskiej". - W tym roku seria publikacji w "NTO" doprowadziła do przyspieszenia śledztwa, które przez dwa lata wlokło się w prokuraturze - dodaje sekretarz redakcji Ryszard Rudnik. Dochodzenie dotyczyło wyprowadzania pieniędzy z funduszy przeznaczonych na budowę osiedla Dobre Domy, opisani przez gazetę prominentni politycy opolskiego Sojuszu Lewicy Demokratycznej siedzą dziś w areszcie. A poseł SLD Jerzy Szteliga ubolewa w wywiadzie dla "NTO", że nie udało mu się jeszcze rozwiązać opolskiej organizacji SLD i że partia "wstydzi się za złodziei z Opola".

- Po tym, co napisaliśmy, zmieniło się podejście polityków. Zniknęła gdzieś ich arogancja, stali się bardziej czujni, a jednocześnie przestali kryć swoich - stwierdza z zadowoleniem Ryszard Rudnik.

Co więcej, po artykułach ujawniających lokalne afery wzrosło zaufanie czytelników do gazety. - Po pierwszej publikacji pojawiła się lawina informatorów - mówi Rudnik.


Kujawy i Pomorze: Gazeta bez smyczy
Absolutnym "numero uno" w tym regionie jest "Gazeta Pomorska", największy lokalny dziennik w Polsce.

- Może to zabrzmi jak gładki frazes, ale "Gazeta Pomorska" nie jest uwikłana w żadne nieoficjalne kontakty z politykami szczebla lokalnego czy centralnego - mówi Jacek Deptuła, szef działu społecznego. - Moim zdaniem to podstawa bezstronności gazety i ogromny kapitał jej dziennikarzy. Najlepszym bowiem sposobem na założenie prasie smyczy są koleżeńskie układy polityków z właścicielami, szefami gazet lub dziennikarzami. Nasi nie spotykają się z próbami nieformalnych nacisków (a takie są najgorsze) ani z lewej, ani z prawej strony. Nigdy o czymś podobnym nie słyszałem. Odnoszę nawet wrażenie, że politycy często nie bardzo wiedzą, jak z nami rozmawiać, bo nie są pewni, czy "jesteśmy za, a może nawet przeciw".

Wiele lat pracuję w prasie regionalnej i nie mogę się nadziwić, dlaczego politycy szczebla centralnego tak niemądrze unikają kontaktów z mediami lokalnymi. Dla telewizji, gazet ogólnopolskich niemal zawsze mają czas. Regionalnym dziennikarzom każą czekać - parę dni albo w nieskończoność. Wyjątkiem są ci pochodzący z regionu, w którym ukazuje się gazeta. Wiadomo, zawsze są jakieś wybory. Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych politycy różnych partii - od SLD po LPR - wytoczyli nam cztery procesy, a podczas wyborów samorządowych trzy. Wszystkie wygraliśmy.

Jak radni złamali konstytucję Rada miasta i gminy w Miastku (woj. pomorskie) uchwaliła statut, zgodnie z którym dziennikarzom wolno nagrywać obrady jedynie wówczas, gdy otrzymają na to zgodę od radnych. Stosowny wniosek muszą złożyć godzinę przed sesją. Pomorski Urząd Marszałkowski w Gdańsku, który opiniował statut, przyznał się do przeoczenia i nakazał niezwłoczną zmianę przepisu.

- Chodziło o kamerowanie - zapewnia Ryszard Mieczkowski, przewodniczący Rady Miasta. - Mamy ciasną salę, dlatego chcieliśmy, żeby kamerzyści nie przeszkadzali nam w obradach.

Dowiedzieliśmy się, że powód był jednak inny. Niejaki Radosław Wójtowicz, były policjant i właściciel miejscowej telewizji kablowej oraz "Tygodnika Krainy Miasteckiej", niegdyś zwolennik obecnego burmistrza, jakiś czas po wyborach zmienił zdanie na temat władzy. W telewizyjnych relacjach z rady przedstawiał złośliwie radnych - niewyspanych, kiwających się nad stołami. Ci postanowili utrudnić mu życie, a przy okazji złamali konstytucję oraz prawo prasowe.



Podobne obserwacje mają dziennikarze kieleckiego dziennika "Słowo Ludu". - Często ludzie traktują nas jak ostatnią ostoję sprawiedliwości - opowiada Iwona Boratyn, dziennikarka tego tytułu. - Od kiedy pokazujemy nieprawidłowości i piszemy o aferach, zaufanie do nas znacznie wzrosło.

Prasa lokalna wciąż jednak nie czuje się tak silna jak dzienniki ogólnopolskie. - Politycy bardziej boją się chyba mediów centralnych, nas traktują niekiedy z przymrużeniem oka - uważa Iwona Boratyn. Aczkolwiek bardziej dotyczy to "centralnych" polityków. - Samorządowcy lubią media, chcą się pokazywać, zależy im na dobrych kontaktach - ocenia dziennikarka "SL". - Nie są przy tym ani napastliwi, ani agresywni - mówi.

Większy lęk nieuczciwych polityków przed prasą centralną jest uzasadniony. - Dziennikarz korespondent centralnego dziennika jest niezależny od polityka w regionie - mówi dr Zbigniew Bajka. - Dlatego często temat pojawia się najpierw w prasie centralnej, a ten wyłom w murze otwiera drogę lokalnym gazetom.

Tak było w przypadku afery starachowickiej. "Rzeczpospolita" pierwsza napisała o przecieku z MSWiA i telefonie posła SLD Andrzeja Jagiełły do starosty w Starachowicach. Wówczas temat podchwyciły miejscowe media. Podobnie było w przypadku jednego z głośniejszych tekstów ostatnich lat - "Łowcy skór". Nad sprawą pracowali wspólnie dziennikarze lokalnego radia w Łodzi oraz "Gazety Wyborczej". - Takie działania podejmuje się świadomie - twierdzi Zbigniew Bajka. - Niekiedy media regionalne potrzebują wsparcia.

Skasowałem cię z pamięci

Rozumny polityk nie lekceważy jednak prasy lokalnej. Wielu wręcz zależy, by przy okazji wizyty w terenie zaistnieć na jej łamach. Lidia Zawistowska, dziennikarka "Słowa Ludu", zajmuje się kontaktami z politykami z pierwszych stron gazet i dotychczas nie nie miała z nimi większych problemów. Z jednym wyjątkiem. Raz w środku nocy obudził ją telefon. "Wyrzucam panią z pamięci!" - usłyszała w słuchawce. Głos należał do Zbigniewa Nowaka, usuniętego wcześniej z klubu Samoobrony. Parlamentarzysta obraził się, bo Zawistowska zacytowała na łamach swojej gazety jego wypowiedź dla innego tytułu, zdaniem posła - nieprawdziwą.


Wielkopolska: W białych rękawiczkach
Tu raczej nie zdarzają się otwarte konflikty między politykami a mediami. Jeśli w ogóle do nich dochodzi, to tylko w małych ośrodkach, gdzie gazety bywają uzależnione od lokalnej "grupy trzymającej władzę". Poznań i najbliższe okolice to arena gry w białych rękawiczkach.

Od niedawna jeden wydawca skupia w swoim ręku aż trzy z czterech ukazujących się tu dzienników: "Głos Wielkopolski", "Gazetę Poznańską" i "Express Poznański" (ostatni tytuł to obecnie jedynie wkładka do "Gazety Poznańskiej"). Polityka nie jest na ich łamach głównym tematem, prym wiodą sprawy lokalne. Politycy mają tu zakodowany szacunek dla mediów, lecz nie przeceniają ich wpływu.

Wśród poznańskich dziennikarzy powszechnym uznaniem cieszy się Marcin Libicki z PiS. Można się z nim nie zgadzać, ale szanuje się go za: doskonałe materiały informacyjne, cykliczne konferencje prasowe (poświęcone lokalnym problemom, a nie zaspokajaniu miłości własnej posła) i możliwość kontaktu z nim dosłownie o każdej porze. Gdy umówi się na rozmowę, jest przed czasem. Jeśli obieca, że oddzwoni za 15 minut, telefon odzywa się po 15 minutach, a nie dwóch godzinach lub dwóch dniach. Jak sam twierdzi, kilku wielkopolskich działaczy, którzy kontaktowali się z dziennikarzami jedynie za pośrednictwem telefonów domowych, odbieranych (lub nie) przez członków rodziny, zniknęło już z polityki.


Również Elżbieta Mierzyńska z "Gazety Olsztyńskiej" chwali postępy polityków warszawskich. - Kiedyś gdy ktoś z centrali udzielał wywiadu lokalnej prasie, nudził się, dzwonił kluczami. Teraz już tak się nie zachowują.

Dziennikarzy nie wyrzucają z pamięci ci politycy, którzy zdają sobie sprawę z siły mediów. Krakowski poseł Platformy Obywatelskiej Bogdan Klich, kiedy rozgorzała dyskusja o tanich liniach lotniczych w tym mieście, miał przez tydzień swój festiwal w lokalnych mediach. Interpelował, chciał się spotykać z premierem, odpowiednimi ministrami, a o wszystkim opowiadał dziennikarzom, którzy mieli gorący temat, bardzo interesujący mieszkańców. - Media tym żyły, a on umiał się pod to podpiąć - komentuje dr Bajka. - Sztuką jest, jeśli polityk umie zrobić tak, że to dziennikarze przychodzą do niego, a nie na odwót.

Dygnitarz zaczyna unikać kontaktu z mediami, gdy staje się bohaterem serii niepochlebnych publikacji. Milczeniem odgrodził się poseł Andrzej Jagiełło, gdy "Rzeczpospolita" ujawniła treść jego rozmowy telefonicznej ze starostą w Starachowicach, w której uprzedził go o planowanym aresztowaniu. - Próbowaliśmy na wszelkie sposoby dotrzeć do posła Jagiełły. Nie sposób jednak było przełamać tego muru arogancji - wspomina zastępca redaktora naczelnego "SL" Dariusz Materek.

Subtelne sugestie

Podobne doświadczenia ma Wanda Jaroszczuk, szefowa oddziału "Dziennika Wschodniego" w Chełmie. - Poprzednia ekipa z prezydentem na czele obrażała się na prasę. Po nieprzychylnym materiale traktowali nas ozięble.

Nie obraził się za to obecny prezydent Chełma Krzysztof Grabczuk, choć Jaroszczuk napisała, że złożył poręczenie za osobę podejrzaną o popełnienie przestępstwa. - Mimo że wytykamy błędy, zachowują się przyzwoicie - mówi z uznaniem dziennikarka. Co nie znaczy, że nie próbują wpłynąć na treść publikacji. - Chełm to niewielkie miasto. Wiele osób jest powiązanych rodzinnie i towarzysko, także samorządowcy i dziennikarze - wyjaśnia Wanda Jaroszczuk. Próby wywierania wpływu na prasę są subtelne, polegają na sugerowaniu tematu za pośrednictwem osób trzecich, zwykle wspólnych znajomych, lub bezpośrednio, przy okazji spotkań na neutralnym gruncie.

- Politycy opozycji czasem próbują podrzucić informację o kimś z rządzącego obozu, ale nie robią tego wprost - opowiada Wojciech Szymański, dziennikarz wrocławskiego "Słowa Polskiego". - Wiedzą, że bezpośrednie wskazanie tematu budziłoby podejrzenia. Zawsze jednak bardzo starannie sprawdzamy tego rodzaju newsy - zapewnia.

- Podrzucają tematy jedni na drugich - przyznaje Zbigniew Nikitorowicz z białostockiego "Kuriera Porannego". - Lewica na prawicę, prawica na lewicę. A nawet na niewygodnych konkurentów we własnych szeregach.

Takich tematów nie dostaje jednak często - najwyżej raz lub dwa w roku.

Elżbieta Mierzyńska, dziennikarka "Gazety Olsztyńskiej", wymienia jeszcze inną metodę naciskania na media. Politycy zatrudniają w swoich biurach prasowych byłych dziennikarzy, by mieć dobry kontakt z ich kolegami. Pracownicy biur sugerują kolegom napisanie tekstu z tezą - najczęściej chodzi o dołożenie konkurencji, obrzydzenie danego polityka. - Dziś centrum prasowe polityka nie zajmuje się informowaniem, raczej tworzeniem wizerunku - mówi Mierzyńska. Jej zdaniem lokalni działacze polityczni starają się okiełznać dziennikarzy, utrudniając im dostęp do informacji. A w terenie tematy leżą na ulicy, tu każdy polityk ma swoje biznesowe zaplecze.

- W naszym kraju zajmowanie się polityką pozwala zarobić, bo władza daje dostęp do publicznych pieniędzy - zauważa sarkastycznie publicysta Stefan Bratkowski. - Politycy nie żyją z własnej pracy, tylko z demokracji.

Z kolei Zbigniew Bajka przypomina, że urzędy państwowe często są niezłymi reklamodawcami, wykupując co tydzień w dziennikach informacyjne kolumny. Im tytuł jest słabszy, tym bardziej zależny od biznesu. Jego wydawca zrobi wiele, aby zdobyć reklamy, a w zamian oddać łamy każdemu, kto zapłaci.


Pomorskie: Grzeczni i krwiożerczy
Gdański "Dziennik Bałtycki" startował do demokracji z fatalną łatką "zupełnej gadzinówy", którą przypiął gazecie w słynnej książce "Konspira" Bogdan Borusewicz. Nie przeszkodziło mu to jednak - jako przewodniczącemu Regionu Gdańsk NSZZ Solidarność - przejąć w 1990 r. połowę udziałów w tym tytule. Nastąpiły szybkie ruchy kadrowe, gazetę opanowali ludzie z podziemia. Bardzo ostro skręciła w prawo, tytuł zmieniał właścicieli jak rękawiczki, nie zmieniał jednak opcji. Aż doszło do słynnego tekstu "Wakacje z agentem". Zagotowało się, zmieniło się kierownictwo. Niemiecki właściciel "Dzienbała" (jak o nim mówią pracownicy) przeprosił Aleksandra Kwaśniewskiego i sprawił, że trzej kolejni redaktorzy naczelni nie wykazywali już ambicji politycznych. A zespół skoncentrował się na takich publikacjach i akcjach, które można przeprowadzić ponad podziałami.

Natomiast konkurencyjny "Głos Wybrzeża" zatoczył koło od organu KW PZPR do biuletynu SLD. Po krótkim okresie w latach 1989-96, kiedy redakcja usiłowała zachować obiektywizm, główny wpływ na treści ukazujące się w tej gazecie miały komitety partyjne. Obecnie właścicielem tytułu jest aktualny baron SLD w Gdańsku Jerzy Jędykiewicz, a naczelnym redaktorem Marek Formela, kandydat tej partii na prezydenta Gdańska. Nie ma się więc co dziwić, że na łamach "Głosu" najbardziej krytykowanym politykiem jest obecny prezydent stolicy województwa. - Pozornie to bardzo wygodne dla lewicy, bo można poskarżyć się w redakcji na prezydenta lub marszałka i wiadomo, że ludzie Marka rzucą się na nich niczym lwy. Skuteczność tych ataków jest jednak bardzo mała, bo "Głos" nie ma opinii sprawiedliwego tytułu - mówi prominentny do niedawna polityk SLD, obecnie w drugiej linii.


Kto tu wpuścił dziennikarzy?

- U nas od lat chętniej rozmawiają z dziennikarzami politycy prawicy - Grzegorz Skowron dzieli się spostrzeżeniami z krakowskiego podwórka. - Choć i oni zaczynają przejmować od lewicy zasadę, że o niektórych rzeczach z prasą lepiej nie mówić. Coraz częściej wydaje im się, że sprawy nie ma, dopóki nie opiszą jej gazety. Kiedy zaś to się stanie, mają pretensje nie do tych, którzy zawinili, lecz do dziennikarzy.

Również w Łodzi rządy lewicy okazały się mniej przyjazne dla prasy. - Podczas minionej kadencji miastem rządziło trzech prezydentów z SLD. Wszyscy po kolei obrażali się na media, a ich rzecznicy mieli muchy w nosie - wspomina Anna Kulik z "Dziennika Łódzkiego". A teraz? - Kropiwnicki to postać kultowa - twierdzi Kulik. - Owszem, były górki i dołki, ale jeśli tylko prezydent jest w Łodzi, zawsze spotyka się z dziennikarzami na konferencji i chętnie odpowiada na merytoryczne pytania.

Przedstawicielem prawicy, który nie pojął jeszcze, jak postępować z mediami, jest poseł Ligi Polskich Rodzin Stanisław Szyszkowski. - Żąda, by wszystkie jego wypowiedzi cytować słowo w słowo - mówi Lidia Zawistowska ze "Słowa Ludu".

Redaktor Nikitorowicz z Białegostoku zauważa, że trudności w kontaktach z prasą mają politycy młodzi stażem, nowi w branży. - Są toporni, żądają autoryzacji, nie mają zaufania. Po jakimś czasie otrzaskują się, stają się bardziej przystępni i wyluzowani.

Wyluzowani i życzliwi są politycy doświadczeni, ale gdy dziennikarze nie widzą, potrafią być groźni. Urzędnicy łódzkiego magistratu żalili się Annie Kulik, że po jej artykule wyciągającym na światło dzienne niezbyt pochlebne rzeczy byli odpytywani: "kto to Kulikowej powiedział". Na szczęście nikt nie stracił pracy, choć były pogróżki o wyrywaniu nóg z...

Większość dziennikarzy twierdzi zgodnie, że ulubioną szykaną stosowaną przez polityków wyższego szczebla jest odsyłanie do rzeczników prasowych. Ci zaś, jeżeli zostali odpowiednio poinstruowani przez szefów, zgadzają się udzielić informacji, lecz żądają, by pytania przesłać im faksem.

- W taki sposób ukarała mnie kiedyś wojewoda Krystyna Łukaszuk z AWS - opowiada Zbigniew Nikitorowicz. - Podobno znalazłem się na czarnej liście dziennikarzy, którym nie należało nawet przesyłać standardowych informacji prasowych.

W Łodzi dziennikarze poradzili sobie z tym bardzo szybko. Rzecznik obecnego prezydenta miasta, Kajus Augustyniak przez kilka dni domagał się przesyłania faksów. Dziennikarze zasypali nimi urząd. To przywołało rzecznika do porządku.

Osoby zatrudnione przez polityków do kontaktów z prasą lubią też pisywać donosy. - Rzecznik bardzo wysoko postawionej osoby w mieście wysłał do redaktora naczelnego skargę, w której na kilku stronach zacytował tylko krytyczne uwagi z moich tekstów i zasugerował, że jedynym moim celem jest szkalowanie jego szefa. Naczelny pokazał mi tę skargę, nie żądając ode mnie żadnych wyjaśnień - wspomina Grzegorz Skowron z "Dziennika Polskiego".

Mało miejsca na niezależność

Zdaniem Stefana Bratkowskiego rola gazety regionalnej zależy przede wszystkim od tego, kto jest jej właścicielem. Tytuły należące do obcego kapitału (Orkla i Polskapresse) prezentują się nie najgorzej. - Własność zagraniczna powoduje, że poza indywidualnymi przypadkami dzienniki regionalne nie angażują się w lokalne walki polityczne - twierdzi Zbigniew Bajka.

Nie znaczy to jednak, że cieszą się niezależnością. W niektórych regionach politycy mogą na razie spać spokojnie, prasa się ich boi. Jeden z naszych rozmówców, redaktor dużego regionalnego dziennika (własność obcego kapitału, niepowiązany z żadną opcją polityczną), nie życzył sobie podania nazwiska jego oraz pewnego polityka. Rok temu ów dygnitarz (były minister, a obecnie poseł) oświadczył publicznie, że wyrzuci dziennikarza z pracy. Do dziś nikomu nie spadł włos z głowy. Ten sam redaktor chciał, byśmy cytowali go z imienia i nazwiska, gdy mówi, iż politycy w jego regionie zaczęli rozumieć, że prasa jest potężną siłą, która może bardzo zaszkodzić.

W październiku 2002 roku wśród kilkunastu dziennikarzy jednego z medialnych koncernów wydających lokalne dzienniki przeprowadzono anonimową ankietę. Pytani o polityczne naciski stwierdzili, że sytuacje takie mają miejsce. Ich zdaniem członkowie kierownictwa redakcji utrzymują zbyt bliskie stosunki z politykami, również tymi na lokalnym szczeblu. Podkreślali, że w ich gazetach zostaje coraz mniej miejsca na niezależność, ponieważ firma jest zorientowana na zysk, a co za tym idzie - obawia się zrazić potencjalnych lub obecnych reklamodawców. W takiej sytuacji wolą nie podawać nazwisk.

- Lepiej praktykować niezależność niż o niej mówić, a oni chcą dalej pracować - nie dziwi się Andrzej Krajewski, dyrektor Centrum Monitoringu i Wolności Prasy. Tu dziennikarze zwracają się o pomoc, gdy sprawa wchodzi w fazę ostrego konfliktu, np. publikacją zajęła się prokuratora. - Ludzie nie przychodzą, gdy poddawani są naciskom - dodaje Krajewski.

Prasa patrzy na ręce

Kiedy Monteskiusz pisał o trójpodziale władz, rola mediów nie dorównywała dzisiejszej. Siłę prasy znają już zarówno przedstawiciele władzy wykonawczej, jak i ustawodawczej. - Politycy zaczynają rozumieć, że my też jesteśmy władzą - mówi Iwona Boratyn ze "Słowa Ludu".

Czwarta władza, jaką w państwach demokratycznych są media, i u nas pełni już rolę kontrolną, lecz politycy nie przyzwyczaili się jeszcze do tego, że uważnie patrzy się im na ręce. W naszych warunkach niezależność prasy regionalnej musi wspierać się siłą prasy centralnej. Gdyby nie dziennikarze, którzy nie martwią się o nerwy lokalnych bossów, polskie życie polityczne mogłoby wyglądać jeszcze gorzej. Najszybciej i najskuteczniej reaguje się jednak, będąc na miejscu. Jak widać na przykładzie Opola, przynosi to niezłe efekty.


Śląskie: Panu Bogu świeczkę, diabłu ogarek
W tutejszej prasie, od lat zdominowanej przez "Dziennik Zachodni" i "Trybunę Śląską", gazety należące do wydawnictwa Polskapresse (kapitał niemiecki), polityki jest sporo. Wśród dziennikarzy zajmujących się tą tematyką prym wiodą Witold Pustułka (pisze dla "DZ") i jego żona Agata (dla "TŚl"). Ten pierwszy to znana postać na politycznych salonach, zwykł utrzymywać tak samo dobre kontakty z prawicą, jak i z lewicą.

Kiedy wojewodą śląskim był Marek Kempski (wcześniejszy szef śląskiej Solidarności), zawsze mógł liczyć na przychylność "DZ". Pustułka musiał nawet należeć do jego świty, skoro znalazł się w gronie osób, które wspólnie z wojewodą wybrały się do Wielkiej Brytanii, w tym na mecz piłkarski Polska - Anglia na Wembley. Jednocześnie red. Pustułka pojawiał się w otoczeniu prominentnych działaczy SLD ze Śląska - Andrzeja Szarawarskiego, Zbyszka Zaborowskiego, Kazimierza Zarzyckiego. W środowisku dziennikarskim huczy, że z politykami wypił niejedną wódkę, czego robić nie powinien. - To plotki - ucina sam zainteresowany. Nie ukrywa jednak, że z kilkoma posłami (Agnieszka Pasternak i Czesiu Śleziak z SLD, Jurek Polaczek i Wojtek Szarama z PiS, Edek Maniura z PO - jak mówi o posłach) jest na "ty". To znajomości jeszcze z czasów studenckich. Jak trzeba, ich też potrafi przycisnąć do muru. Miejscowi działacze już kilkanaście razy straszyli go sądem za rzekome zniesławienie, lecz do procesu nigdy nie doszło.

Wśród śląskich polityków, zdaniem dziennikarzy tego regionu, najlepiej przygotowani do rozmów z prasą są Barbara Blida i Wacław Martyniuk (SLD), Andrzej Gałażewski (PO), Andrzej Grzesik (Samoobrona). Dobre kontakty z mediami ma też poseł PO Piotr Mateja. Na łamach jego nazwisko pojawia się jednak dość rzadko, co - jak mówi - wynika z jego mało kontrowersyjnych poglądów. Twierdzi, że dziennikarze są na ogół rzetelni i uczciwi. Wymienia red. W. Pustułkę. Z kolei poseł SLD Kazimierz Zarzycki, który przez długie lata był dziennikarzem i zęby na tym zjadł, sam nieźle oberwał od prasy. Nepotyzm zarzucił mu "Robotnik Śląski" [pisaliśmy o tym w kwietniowym numerze "Polityków" - przyp. red.], a temat podchwyciły wszystkie media na Śląsku. W efekcie Zarzycki przestał się liczyć w grze o fotel śląskiego barona SLD. Poseł podał redakcję do sądu. Niedawno "Nowy Robotnik" (spadkobierca "Robotnika Śląskiego") w ślad za zawartą z Zarzyckim ugodą wyraził ubolewanie.

Dziennikarze żyją tu miejscowymi rozgrywkami. Przedstawiany przez nich obraz wydarzeń politycznych obarczony jest coraz większą zaściankowością, która wyprała łamy z tekstów z Sejmu, Senatu, Kancelarii Premiera i Prezydenta. Wtajemniczeni twierdzą, że powód jest prozaicznie prosty: skąpstwo wydawców, w tym Polskapresse, którzy oszczędzają na wszystkim, więc dziennikarzy do stolicy nie wysyłają. W zamian czytelników karmi się różnego rodzaju rankingami. Satysfakcję z nich mają wyłącznie politycy. Kiedy przy władzy była prawica, jej reprezentantów hołubiono i lokowano na szczytach. Gdy stery zaczęła dzierżyć lewica, w tym kierunku popłynęły hymny pochwalne i najwyższe miejsca w rankingach. Panu Bogu świeczkę, diabłu ogarek.

Na kształt relacji politycy - prasa niemały wpływ mają też pańszczyźniana niemal zależność dziennikarzy od wydawców, naciski ze strony różnych środowisk politycznych i gospodarczych oraz ustawiczna pogoń za sensacją.

Współpraca: Wiesław Kosterski, Katowice; Jacek Lindner, Bydgoszcz, Gdańsk; Witold Machura, Poznań