--==Szkoła bydląt==--

Nauczenie psa, żeby dawał łapę zajmuje średnio godzinę, żeby nie szczał na dywan - trzy do czterech dni. Papuga gada na żądanie po kilku miesiącach nauki, szczur za przysmak znajduje drogę w labiryncie po paru dniach. Tresura dzieci w szkole, której cel jest dokładnie taki sam - zajmuje 12 lat.

12 lat to jest wyrok, jaki można dostać za zabójstwo albo za fałszowanie pieniędzy. Co roku na taki wyrok, i to bez możliwości apelacji, skazuje się prawie pół miliona dzieci.  Szkoła w Polsce zajmuje się produkowaniem kolejnych szeregów potulnych bezrobotnych idiotów.

 

Szkoła jest wyłącznie dla nauczycieli

Oni zresztą też są produktem szkoły, z tą tylko różnicą, że dodatkowo przeszli studia, czyli intensywne pięcioletnie kursy skutecznego oduczania tolerancji, odrzucania nieszablonowych zachowań i wzmacniania poczucia miłości własnej, połączonej z chorobliwą nadwrażliwością na punkcie własnego autorytetu, który występuje nader rzadko.
Nauczyciele to nieszczęsne istoty skierowane do szkoły po to, by ćwiczyć się w jak najczęstszym wypowiadaniu słowa "nie". Składają się głównie z przerażenia, by nikt nie poznał, że tak naprawdę nie mają pojęcia o wychowaniu i nauczaniu swoich przedmiotów, bo nie mieli się, gdzie tego nauczyć. Nie na przecież, przepraszamy za wyrażenie, wyższych uczelniach pedagogicznych. Gdzie uczą z przestarzałych podręczników, a nauka polega głównie na wkuwaniu kretyńskich regułek i definicji, które potem nijak się mają do prawdziwej szkoły i uczniowskich problemów.
Jedynym marzeniem nauczycieli jest to, by uczniowie stanowili stado potulnych, posłusznych bydląt, nie wychodzących, broń Boże, poza ramy szablonu ustalonego, dodajmy, przez samych nauczycieli, bez jakichkolwiek konsultacji z uczniami. Każda próba wprowadzenia w szkole stosunków prawdziwie partnerskich jest duszona w zarodku przez grono pedagogiczne.
Tylko dusząc, objawiają oni zadziwiającą solidarność, której na co dzień nie uświadczysz. Jeżeli nawet trafiają się nauczyciele entuzjaści, którzy chcieliby zrobić coś nowatorskiego, to długo nie pociągną, bo zostaną natychmiast sprowadzeni do parteru przez kolegów doskonale wiedzących, że lepszy i lubiany przez uczniów nauczyciel obnaży mizerię umysłową i zawodową reszty belfrów. I nie może być inaczej, skoro kadry nauczycielskie to rezultat selekcji negatywnej. Ponieważ jest tak, że....


Na uczelnie pedagogiczne idą ci, którzy nie dostali się na inne kierunki studiów

 

Uczeń to numer z dziennika.

Można go bezkarnie obrazić, wyśmiać, naubliżać mu. Powiedzieć, że jest zerem jak jego rodzice, że śmierdzi, że ubiera się w lumpeksie. W najgorszym razie uderzyć. Czym się da - ręką, dziennikiem, linijką.
Doskonałą bronią w tej wiecznej wojnie są regulaminy szkolne. Precyzyjnie określające, jak ma się uczeń ubierać, jak wyglądać, co robić, a czego nie. W dokumentach tych dba się o to, by uczeń miał obowiązki. Prawa też się w nich zapisuje, ale nikt ich nie przestrzega.
Uczeń postrzegany jest jako przeciwnik, a w najlepszym razie jako tępy debil. Z założenia nie może mieć racji. Wyróżnia się na tle swoich kolegów? Zadaje zbyt wiele pytań? Nastawi się klasę, żeby cwaniaczka wzięła pod buty. Działa bez pudła.

Samorządy uczniowskie to przykład zakłamania i obłudy.

A tej uczeń uczy się szybciej, niż się komuś wydaje. Przejawy samodzielności samorządów są likwidowane. Najlepiej jeśli w samorządzie znajdą się kujony znienawidzone przez całą szkołę, ale dzięki temu ćwiczyć ich można w donosicielstwie i podlizywaniu się silniejszemu, czyli nauczycielowi. Szkoła życia dla wszystkich stron procesu nauczania.
W szkole ogłasza się alarm najwyższego stopnia, gdy uczniowie dochodzą swoich praw. Gdy okazuje się, że chcą coś zrobić, co wykracza poza ramy zwykłych zachowań bezmózgiej masy uczniaków. Kiedy objawiają świadomość własnej godności, wyrażają własne, niezależne sądy. Wtedy rzucają się na nich połączone siły nauczycieli i urzędników szkolnych, wsparte władzami miasta albo gminy. Rezultat łatwy do przewidzenia - machina urzędnicza zawsze zwycięża.

Bo uczeń ma nie myśleć.
I nie podskakiwać.

On ma wkuwać do niczego nieprzydatne mu regułki, uczyć się na pamięć dat kolejnych bohatersko i idiotycznie przegranych bitew i powstań. Ryć w pamięci do niczego mu niepotrzebne różnice między kwiatkami męskimi a żeńskimi.
Dopóki uczniowie będą godzić się potulnie na taką właśnie rolę bezmyślnych niewolników, dopóty z założenia będą uznawać nauczyciela za niepodważalny autorytet i nie spróbują buntu, który wywali to wszystko w powietrze, dopóty z naszych szkół wychodzić będą kolejne pokolenia potulnego bydła, łatwego do sterowania i pokornie przyjmującego za dobrą monetę każdy idiotyzm wygłaszany przez cwaniaków, którzy sami siebie mianują autorytetami.

 

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ TO:

 

Rzecznik Praw Ucznia

To piękna nazwa. Wskazująca na istnienie niezależnej instytucji, nastawionej na obronę uczniowskich praw, z szerokimi prerogatywami wobec całej szkolnej machiny. To nieprawda. Rzecznik praw ucznia to człowiek na etacie wizytatora przy każdym z kuratoriów wojewódzkich.
Płaci mu zatem kuratorium, czyli strona w ewentualnym konflikcie szkoła-uczeń.
Ciekawe, czyją stronę weźmie taki rzecznik: uczniaka czy swojego zwierzchnika?
Mieliśmy okazję zawrzeć znajomość z rzecznikiem mazowieckim.
Nazywa się Magdalena Wantoła. Podlega kuratorowi, co daje gwarancje, że w konflikcie uczeń-władze szkolne stawać będzie chętniej po stronie szefa.
Ta przezroczysta pani w wypowiedzi dla gazet twierdzi, że najczęstszym problemem uczniów było zmuszanie do zmiany szkoły oraz poniżanie ich i niewydawanie świadectwa bez wpłacenia składki na komitet rodzicielski.
Na nasze pytanie, co robi z poszczególnymi skargami, odpowiedziała, że pisze raz na jakiś czas opinie do kuratorium i sygnalizuje zjawiska. Z tygodnikiem "NIE" nie chciała gadać, bo to niedopuszczalne, żeby prasa wywlekała poszczególne sprawy.
Opinia ta jest dowodem, że p. Wantoła stanowi szkodliwą atrapę, imitację rzecznika służącego samouspokojeniu sumienia systemu znęcania się nad młodzieżą. Prawdziwy rzecznik praw ucznia zajmowałby się głównie krzyczeniem w telewizorze
o uczniowskich krzywdach, zaskarżaniem nauczycieli i władz szkolnych.

 

Co drugi uczeń narażony jest na wymyślanie i obrażanie, co dziesiąty był narażony na fizyczne kare ze strony nauczyciela - to wynika z badań prof. Katarzyny Ostrowskiej przedstawione na międzynarodowym kongresie "O godności dziecka".

• W Szczecinie w jednym z liceów zawodowych wprowadzono cennik za spóźnienie, nieusprawiedliwioną nieobecność, nieoddanie kurtki do szatni. Gdy cała klasa poszła normalnie na wagary, wyrzucono ją ze szkoły. Dokumenty szkolne wydano dopiero po uregulowaniu należności*.
• W Zgierzu za opublikowanie w miejscowej młodzieżowej gazetce redagowanej przez uczniów ze zgierskich podstawówek ankiety oceniającej nauczycieli Zarząd Miasta cofnął dotację na wydawanie gazety. Zarzut? Nie zapytano o zgodę nauczycieli i oceniano ich z nazwiska.
• W Warszawie w zespole szkół zawodowych na prośbę uczniów dyrektor postanowił znieść obowiązek
noszenia kapci. Po burzliwej debacie rada pedagogiczna nie wyraziła na to zgody, ponieważ uczniowie nie mogą chodzić w butach jak nauczyciele. Czyli że zrównanie butów zacierałoby ślady poddaństwa.
• W warszawskim liceum został usunięty tzw. mąż zaufania uczniów za to, że śmiał żądać wpuszczenia do szkoły, mimo że zapomniał kapci. Powoływał się
na prawo do nauki. Dyrektorka wyrzuciła go ze szkoły, bo "wykorzystuje prawo do swoich osobistych celów, czym nadużywa zaufania kolegów".

• W Przemyślu w szkolnej gazetce "Bagno" ukazał się artykuł o satanizmie mówiący, że prawdziwy satanizm nikomu nie szkodzi. Kuratorium zamknęło gazetkę.
Istnieje wolność poglądów, pod warunkiem że belferstwo je akceptuje.
• W Poznaniu nauczyciel dawał uczniom do wyboru - zła ocena czy kara fizyczna. Karę wymierzał wyznaczony przez nauczyciela kolega uczennic.
• Pani M.G. - nazwisko i adres lub osoba do dostarczenia żywcem jako świadek Ministerstwu Edukacji Narodowej. Dla początkującej w szkole córki wypożyczyła ona w wielkiej warszawskiej bibliotece publicznej książkę "O krasnoludkach i sierotce Marysi" Marii Konopnickiej. Została ona wydana i skatalogowana przed wojną, ale rozcięta była tylko w 20 proc. objętości. Uzasadnienie to hipoteza, że przez blisko 5 pokoleń szkolnych żadne dziecko nie przeczytało dziełka wierszokletki od "Roty", a pomimo to tkwi ono niezłomnie wśród lektur obowiązkowych.
* przykłady zaczerpnięte z prasy

 

TEKST POCHODZI Z TYGODNIKA "NIE"

I CO WY NA TO ?

KOMENTARZE

zgadzam się w zupełności z przykładami podanymi w artykule i popieram jego wymowę. Funkcjonujące w ten sposób szkoły nigdy nie wychowają współczesnych obywateli a jedynie zastraszonych imbecyli nie znających swoich praw i nie potrafiących poruszać się w dzisiejszej rzeczywistości. Ale chyba o to chodzi?

 NAUCZYCIELKA