|
|
Niebezpieczny strach
Patrząc na casus Lisa, dziennikarze mają prawo oczekiwać
wspólnej, otwartej postawy właścicieli prywatnych mediów |
Poczucie krzywdy – to uczucie, które na początku XXI wieku decyduje o
kształcie dziennikarstwa w Polsce.
W sytuacji gdy prawo do wypowiedzi zostaje dziennikarzowi odebrane pod
pozorem niskiej oglądalności lub redukcji kosztów, gdy hasło z XVIII
wieku „Nie ma wolności dla wrogów wolności” zaczyna znowu wchodzić na
sztandary – my rachujemy w kąciku swoje krzywdy. Po ich dodaniu zaś
tak bardzo czujemy chęć odwetu, że natychmiast przystępujemy – a to do
pisowczyków, a to do lisowczyków, a to do...
Byle nie wspólnie.
Sukces wzmacnia krzywdę
Postawa Tomasza Lisa nie ułatwia jego obrony. Gdy na Przystanku
Woodstock krzyczy do tłumu młodzieży "Tu jest Polska!" albo występuje
w reklamówce wyborczej kandydata do Senatu – rodzą się wątpliwości.
Dziennikarz ma oczywiście prawo być obywatelem zatroskanym o kraj,
lecz wyrazem działania jako dziennikarza jest relacjonowanie powodów
zatroskania, a jako obywatela – głosowanie. Robienie wyłomu w murze
zasad zburzy ten mur.
Sam Lis twierdzi, że zawsze był czytelny i nie zamierza porzucać
dziennikarstwa. Wtedy przypomina się jego mizdrzące: "muszę to
przemyśleć" zamiast kategorycznego zapewnienia, że po sondażu "Newsweeka"
nie będzie startować na prezydenta. Zdarzają się też Lisowi ciosy
poniżej pasa, jak wtedy, gdy przedrzeźniał śmiech Joanny Lichockiej w
Tok FM. Ani on, ani prowadzący program Jacek Żakowski nie mogą mieć
dziś żalu, gdy usłyszą od drugiej strony: "pan jest pacanem". Klasa
dziennikarza zobowiązuje. Tym bardziej że Lis sam jest niebywale
wrażliwy na krytykę.
Po co to przypominam? Żeby uświadomić, że nie o obronę Lisa już
dzisiaj chodzi. I nie o niego samego. Jego przeciwnicy utopiliby go
jednak chętnie w łyżce wody – wcale nie za wymienione grzechy, lecz za
niekwestionowany sukces zawodowy i zaufanie odbiorców, na które
pracował przez lata. Ten sukces zwiększa w nich poczucie krzywdy,
zabijając świadomość, że oni będą następni.
Przemilczany przełom
Sprawa odejścia Tomasza Lisa z Polsatu podzieliła nie tylko
dziennikarzy, ale też opinię publiczną. Część chce wierzyć w
pozapolityczne powody, dla których Zygmunt Solorz-Żak pozbył się
najlepszego publicysty w stacji. Dla nich – a zwłaszcza dla
zwolenników teorii o psychologicznym podłożu konfliktu z
Solorzem-Żakiem – niech jakąś wskazówką będzie to, że stacja Walterów,
którzy jak nikt w Polsce doświadczyli charakteru Lisa, od razu dała do
zrozumienia, że chętnie zatrudni go u siebie.
Większość obserwatorów nie ma złudzeń, że odejście niewygodnego dla
Prawa i Sprawiedliwości dziennikarza akurat w trakcie kampanii
wyborczej nie jest przypadkowe.
To było inne odejście niż z TVN-u, teraz Lis nie tylko nie czuje urazy
do byłego szefa, ale jeszcze go broni. Wynikałoby z tego, że
Solorz-Żak wyjawił mu powody swojej decyzji. Polityczne koszty dalszej
pracy Lisa w Polsacie musiały być naprawdę duże. Przekazanie
dokumentów koncesyjnych przez KRRiT służbom państwa, straszenie
Solorza-Żaka, że w jego Elektrimie przekroczono prawo, naciski
polityczne, o których Lis mówi wprost, choć bez konkretów – zrobiły
swoje.
Sprawa Lisa jest przełomem w stosunkach państwo – media. Pokazuje, że
PiS nie zamierza stawiać sobie ograniczeń w naciskach na dziennikarzy.
Zgodnie ze swoją zasadą: wszyscy, którzy nie są z nami, są przeciwko
nam. Fakt, że część dziennikarzy nie chce tego zobaczyć, oznacza tylko
tyle, że ważniejsza od zasady wolnych mediów jest dla nich logika TKM.
Szkoda. Skoro kiedyś byli – jak twierdzą – dyskryminowani w mediach,
to znają tego smak. Ich zgoda, by inni też się teraz tak czuli, będzie
miała jeden skutek: kiedyś znów ich to dopadnie.
Zadowolenie z zemsty dziejowej spowodowało, że casus Lisa nie stał się
sygnałem alarmowym dla świata mediów.
Jak Kuba Bogu
Powiecie: Jaki brak wolności słowa? Czy Lis po swoim odejściu nie
korzystał w pełni z wolności? Czy nie był we wszystkich mediach i na
wszystkich okładkach? Czy odebrano mu prawo wypowiadania się, czy
zamknięto usta? Jeśli ma coś istotnego do powiedzenia, chętnie
posłuchamy.
Nie pocieszajcie się. W Internecie, dokąd trafił program "Co z
Polską?", ogląda Lisa w najlepszym razie dziesięciokrotnie mniej ludzi
niż w Polsacie. Odebrano mu głos w czasie kampanii wyborczej, której
wynik zadecyduje o kształcie polskiej polityki na najbliższe lata.
Gdzie byliśmy my – tak, użyję tego słowa, bo wciąż mam poczucie
wspólnoty – dziennikarze? Gdzie nasze oświadczenia w obronie kolegi,
wołania o swobodę wykonywania zawodu? Przykryte dywanem uraz i
zaszłości. Bo ktoś pamięta, jak go Michnik z radia usunął, a koledzy
nie bronili (ma rację, ale rząd za tym nie stał), a ktoś inny
wypomina, że nie mógł mieć programu w TVP, gdy mieli go dziennikarze
"Polityki" (ma rację, ale dziś nadreprezentacja pewnych dziennikarzy w
TVP przebija tamten program), a jeszcze inny – że jak "Wyborcza" była
potęgą, nie mógł w niej publikować (ma rację, tylko co zrobił z
podarowanym "Życiem Warszawy" lub z "Życiami" Wołka?) itd.
Takie myślenie prowadzi donikąd. Także samego Lisa. Równo rok temu
Dziennikarze Roku pisali list w obronie Tomasza Sekielskiego i
Andrzeja Morozowskiego z TVN-u pomówionych przez partię rządzącą o
przekroczenie uprawnień dziennikarza i wejście do polityki. Podpisali
się: Monika Olejnik, Anna Marszałek, Janina Paradowska, Justyna
Pochanke, Kamil Durczok i Jacek Żakowski. Podpisu Lisa zabrakło.
Osobno dla mediów mówił to samo, ale stanął obok. Jego solidarność
zawodowa przegrała z osobistymi urazami.
Teraz dostał odpowiedź. "Fakty", program, który stworzył, nie zająknął
się nawet o jego odejściu z Polsatu. Kamil Durczok uznał, że nie
interesuje to czterech milionów widzów.
Wyjść z gabinetów
W tym roku więc listu w obronie Lisa nie ma. A my możemy się nadal
opluwać. Politycy cieszą się z podziałów, które w naszym środowisku
wykopali, a raczej – któreśmy sami sobie wykopali pod ich dyktando.
Mimo wszelkich zaszłości głos obrony i protestu w sprawie Lisa ze
strony dziennikarzy powinien powstać – choćby jako symbol.
Czy jeszcze nas na niego stać? Na forum internetowym "Press" jakiś
dziennikarz stwierdził: "Jeszcze 20–30 lat temu wielu dziennikarzy
ryzykowało wolność, dziś boimy się zaryzykować karierę".
Na głośny, wspólny protest powinni się zdobyć właściciele mediów.
Szczególnie tych największych, bo w ich wypadku pozycja zobowiązuje.
Biznes medialny musi być niebywale wrażliwy na wszelkie zagrożenia dla
wartości demokratycznych. Wolność słowa nie jest tylko jedną z nich.
Ona była powodem powstania mediów. Bez niej inne wolności nie mają
racji bytu.
Gdy premier mówi, że duże koncerny są pod kontrolą oligarchii (wywiad
dla "Rzeczpospolitej"), że dążą do ideologicznego panowania w kraju –
zobaczyliśmy reakcję. Agora idzie do sądu, Związek Pracodawców
Prywatnych Mediów napisał protest. Czy to oznacza wspólne działanie?
Raczej nie. Być może szefowie koncernów rozmawiają ze sobą, ale spraw
tej wagi nie można załatwiać tylko w ciszy gabinetów.
Mówi Lis w "Przekroju": "Nie wymagajmy, by biznesmen był bohaterem".
Może i ma rację. Ale patrząc na jego przypadek, dziennikarze oczekują
wspólnej, otwartej postawy właścicieli prywatnych mediów, którzy od
dwóch lat są atakowani już nie za "Big Brother" lub "Kiepskich", ale
za nieprzychylne rządowi newsy i komentarze polityczne.
Właściwie nie wiadomo, co bardziej boli: strach dziennikarzy czy ich
pracodawców. Wiadomo, co jest bardziej niebezpieczne. Od tych drugich
strach pierwszych zależy.
PRESS / RENATA GLUZA |
|
|
|
|
|