|
ANDRZEJ TURSKI, lat 61, Wodnik, jeden z najbardziej lubianych i
cenionych dziennikarzy telewizyjnych z rodowodem radiowym (był
dyrektorem radiowej Trójki, rządził Jedynką). Ale zasłynął nie jako
dyrektor, lecz twórca i prowadzący telewizyjny magazyn „7 dni świat”,
który kompleksowo i różnobarwnie naświetla aktualne wydarzenia z
polityki międzynarodowej, z udziałem wyjątkowo stabilnej grupy
komentatorów. Jest absolwentem filologii polskiej Uniwersytetu
Warszawskiego i studiów dziennikarskich UW. Jako student grał w
rockowej kapeli „Chochoły”, w radiu początkowo był dyskdżokejem. Teraz
prowadzi główne wydanie Panoramy i kontynuuje autorski talk-show „7
dni świat”. Telewidzowie twierdzą, że wzbudza zaufanie.
- Jak ważna jest osobowość dziennikarza w telewizji?
- Osobowość dziennikarza jest ważna, ale nie powinna dominować w
przekazie telewizyjnym. Jeżeli ja dominowałbym nad swoimi gośćmi w
programie „7 dni świat”, to byłoby bardzo niedobrze. Muszę sterować
swoim programem, ale w sposób dla widza niedostrzegalny. W programach
informacyjnych typu Panorama, osobowość jest na tyle ważna, żeby
prowadzący nie był nijaki. Wtedy siła przekazu jest większa i
komunikacja treści wypowiadanych słów jest lepsza. Ktoś, kto ma
personality, ma łatwiejszą pracę, bo jest dobrze odbierany przez
widzów, którzy nie muszą się męczyć, żeby zrozumieć, co prowadzący
program do nich powiedział.
- Znacznie ważniejsza niż w radiu?
- W telewizji, dzięki rozmaitym socjotechnikom i możliwości
wykreowania postaci, jest możliwe aktorskie stworzenie osobowości. W
radiu, które jest teatrem wyobraźni, tego rodzaju „manipulacja” nie
jest możliwa. Głos bezlitośnie obnaży całą sztuczność i całą kreację.
W telewizji ogromną rolę gra czynnik pozamerytoryczny. Może być tak,
że człowiek o niesłychanie bogatej osobowości, wysoko ceniony za
ogromną wiedzę, na ekranie telewizyjnym wypadać może blado. Ale bywa
również na odwrót.
- W telewizji w cenie jest wygląd i atut młodości. A jednak z
sondażu przeprowadzonego wśród telewidzów wynikało, że w roli
prowadzącego chcą oglądać pana, a nie przystojnego młodzieńca?
- W telewizjach amerykańskich i angielskich, w serwisach
informacyjnych pracują siwi panowie, którzy również są
korespondentami. Wydaje mi się, że czynnik wieku jest drugorzędny, a
młodość w przypadku dziennikarstwa informacyjnego może być wadą. W
podświadomości widza jest zakodowane, że siwy pan wiele widział, wiele
przeżył i wiele książek przeczytał. Z kolei młody jeszcze nie zdążył i
niewiele zobaczył. Ale w Polsce tego nie obserwuję.
- Jak to się stało, że dopiero teraz odkryła pana Panorama?
- Szefowa Panoramy Dorota Warakomska zamarzyła sobie, żeby siwy pan
prowadził Panoramę. Dorota w pewnym sensie jest moją uczennicą. W
pierwszych latach jej pracy w telewizji byłem zastępcą dyrektora
Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. W sumie był to zbieg okoliczności,
bo miałem dość stanowiska dyrektora Pierwszego Programu Polskiego
Radia, gdyż wiedziałem o mizernych perspektywach związanych z kiepską
bazą nadawczą na UKF i nie byłem w stanie zmienić tej sytuacji.
Waliłem głową w mur i to mnie nerwowo wykończyło. Miałem tego
serdecznie dość. W tym momencie zjawiła się Dorota i powiedziała:
„Wiem, że ty się nie zgodzisz, ale muszę wiedzieć, czy na pewno?”. Na
to ja: „W świetnym momencie przyszłaś, bo akurat jestem gotów to
zrobić”. Trochę szaleństwa i ryzyka w tym było. Nie wiedziałem, czy
zostanę w tej roli zaakceptowany, natomiast wiedziałem, że będę to
lubił i że umiem to robić. Jestem współwydawcą i współdecyduję o
kształcie tego programu. Najważniejsze wiadomości otwierające Panoramę
piszę najczęściej sam lub modyfikuję teksty, które dostarczają mi
dziennikarze. Czerpię z wiadomości agencyjnych, uaktualniam je i
ciągle się zastanawiam, jakie elementy informacji dnia są
najważniejsze i które powinny być zawarte w dwóch pierwszych zdaniach.
To trwa około trzech godzin.
- Pamiętam, że na samym początku miał pan dużą tremę i zdarzały się
pomyłki...
- Każdy na początku płaci frycowe, mimo że jest dobrze przygotowany.
Później przychodzi swoboda, a jak się nabierze odrobinę wprawy, jak
się poprowadzi ileś tam wydań, to w człowieku pozostaje umiejętność
koncentracji. Ponadto ja jestem piekielnie dokładny i wszystko
sprawdzam 10 razy. Ale ponieważ w tym zawodzie w ostatniej chwili, już
na wizji, wyłapuje się jakiś błąd, to „w locie” trzeba go poprawić.
- Czym różni się przekazywanie wiadomości w Panoramie od
prowadzenia „7 dni świat”?
- Są to dwa zupełnie różne zajęcia. Łączy je tylko wspólne pisanie
komentarzy pod zdjęcia, które pokazuję w Panoramie. Fakt, że robię
Panoramę, niesłychanie pomaga mi robić program „7 dni świat”, bo
jestem na bieżąco we wszystkich sprawach.
- Jak to się stało, że udało się panu utrzymać przy sobie tych
samych komentatorów?
- Grono znakomitych komentatorów międzynarodowych jest bardzo małe.
Moi różnią się poglądami, zaś ja nie ujawniam swoich poglądów na
wizji, bo uważam, że prowadzący nie powinien tego robić. Powinien być
reprezentantem widzów i zadawać pytania w ich imieniu. Nie jestem od
tego, by godzić komentatorów, ale by wykorzystać różnice między nimi
dla dobra programu.
- Co jest przyczyną „długowieczności” pana programu „7 dni świat”?
- W ciągu 15 lat istnienia jest on traktowany, zarówno przez widzów,
jak i szefostwo telewizji, jako coś oczywistego i odbierany jako
obowiązkowo istniejący w ramówce. Każda telewizja nadaje tygodniowe
spojrzenie na świat. Nie jest to meteoryt, lecz stały element programu
telewizyjnego.
- Czy to prawda, że bardzo mało ogląda pan telewizję?
- Tak. Oglądam tylko to, co może mi się przydać w pracy. Przede
wszystkim oglądam programy informacyjne. Uwielbiam oglądanie starych
polskich filmów. Ostatnio widziałem całą serię filmów ze Zbigniewem
Cybulskim, z których nie wszystkie były udane, ale on zawsze był
dobry. Mylą mi się seriale i aktorki w nich grające.
- Dlaczego odszedł pan z radia?
- Odpowiem dyplomatycznie. Jestem w wieku, w którym nie lubię mieć
szefów. Byłem dwukrotnie dyrektorem Pierwszego Programu Polskiego
Radia i nie byłem w stanie przewalczyć decyzji o tym, żeby Program
Pierwszy miał pełne pokrycie w całym kraju na górnym UKF-ie. Do tej
pory nie ma tego pokrycia. Ma sieć rozproszoną. Waliłem głową w mur,
aż w końcu machnąłem ręką. Wyciągnąłem tę antenę na pierwsze miejsce,
po czym zlikwidowano dolny UKF i Jedynka została z 20 nadajnikami.
Moje uprawnienia, jako szefa Anteny w Trójce, były znacznie większe
niż uprawnienia jako szefa Anteny Pierwszej w 2002 roku. Ale wtedy nie
było zarządu. Postanowiłem zrezygnować z kierowniczych funkcji z
powodu zmęczenia.
- A gdyby ponownie zaproponowano panu dyrektorskie stanowisko,
to...
- Najpierw zapytałbym: Kto będzie moim szefem? No i wiele zależałoby
od tego, czym miałbym kierować.
- Jak się panu współpracuje z szefową Panoramy, Dorotą Warakomską?
- Dobrze. Albo ona przekonuje mnie, albo ja ją.
- Czy obecnie słucha pan radia?
- Słucham rano „Sygnałów dnia”, bo bardzo sobie cenię Krzysztofa
Grzesiowskiego, który prowadzi wszystkie rozmowy w tym bloku
programowym.
- Przywiązuje pan dużą wagę do słowa mówionego. Czy brał pan udział
w konkursie poprawnej polszczyzny?
- Z wykształcenia jestem polonistą, ale – chociaż wstyd mi to
powiedzieć – wszystkiego o języku polskim nie wiem i pewnie robię
jakieś błędy. Za to robię, co mogę, aby mówić dobrą polszczyzną. W
przypadku przekazu radiowego czy telewizyjnego ważne jest, żeby mówić
w sposób zrozumiały i jasny.
- Jak to u pana wygląda ze słowem pisanym?
- Nie mam talentu do pisania. Nie umiem pisać.
- Jak to, polonista nie potrafi pisać?
- Umiem to robić językiem potrzebnym w radiu i telewizji, czyli
językiem mówionym.
- Na wizji sprawia pan wrażenie opanowanego. Czy zdarzyło się coś,
co wyprowadziło pana z równowagi?
- Nie, nie zdarzyło się nawet gdy w ferworze dyskusji Marek Ostrowski
użył słowa dupa. Powiedziałem tylko na wizji: „Panie Marku, pewnych
słów w Telewizji Polskiej nie używamy”. Były jednak sytuacje, w
których naprawdę się zdenerwowałem.
- Czy nadal ogląda pan siebie w TV Polonia, powtarzającej wieczorne
wydanie Panoramy?
- Oglądam, aby kontrolować światło i dźwięk, aby wyrobić sobie zdanie,
co było dobre, a co złe, i żeby ocenić pracę realizatorów.
- Co pan robi, gdy zauważa, że światło nie było najlepsze?
- Robię awanturę następnego dnia.
- Czy żona też pana kontroluje?
- Tak.
- Czy córka poszła w pana ślady?
- Nie, chociaż ukończyła dziennikarstwo, to wybrała pracę w reklamie.
Pracę magisterską pisała z reklamy.
- Jak żyje się panu w towarzystwie dwóch pań?
- Bardzo dobrze. Dzięki temu, że pracujemy w zupełnie innych zawodach,
żona i córka przyzwyczaiły się, że nie mam dla nich czasu w weekendy,
bo w każdą niedzielę prowadzę „7 dni świat”. Za to w czasie urlopów
jesteśmy z żoną zawsze razem, a wieczory wspólnie spędzamy, kiedy
wracam z Panoramy, czyli od 23.00
- Co należy do pana obowiązków w domu?
- Nie mam żadnych obowiązków.
- Słyszałem, że jest pan zapalonym wędkarzem i ma aż 30 wędek. Po
co aż tyle?
- Postęp technologiczny w tej dziedzinie jest tak ogromny, że rzeczy
kupione 20 lat temu są już nieprzydatne. W wędkarstwie odnotowałem
wręcz kosmiczny postęp.
- Lubi pan także jeździć na rowerze. Tylko dlaczego w domu trzyma
pan aż 5 rowerów?
- Stoją w przedpokoju. Rower rowerowi nierówny. Najpierw chciałem mieć
górski, a potem crossowy, potem miejski, a na końcu wyścigowy. Ale
okazało się, że miejski jest mniej wygodny. Jak odchodziłem z radia,
to żona się zgodziła (na otarcie łez), żebym kupił sobie rower
hybrydowy, który jest częściowo wyścigowy, a częściowo miejski. Łatwo
wpadam w kolekcjonerstwo. Im mniej mam czasu na łowienie ryb, tym
więcej chciałbym mieć sprzętu, im mniej mam czasu na jeżdżenie
rowerem, tym więcej chciałbym mieć rowerów.
- Ile macie samochodów?
- Trzy. To styl życia powoduje, że każde z nas musi jeździć swoim
wozem.
- Jakie samochody pan lubi?
- Lubię oczywiście duże, wygodne limuzyny, ale kupuję zawsze
kilkuletnie, używane. Kosztują tyle, co nowy mały samochód.
- Co sądzi pan o dziennikarzach informacyjnych biorących udział w
reklamach?
- Jestem przeciw. Niesłychanie dyskusyjne jest pytanie: co jest, a co
nie jest reklamą. Mam dowody na to, że niektóre koleżanki i niektórzy
koledzy padli ofiarą nieuczciwych machinacji. Dziennikarz, szczególnie
informacyjny, powinien się trzymać jak najdalej od reklamy.
- Czyli pan by takiej propozycji nie przyjął?
- Wiele lat temu, gdy nie było
jeszcze takich obostrzeń jak obecnie, zdzwonił do mnie pewien
dżentelmen i zaproponował przeczytanie reklamy telewizyjnej z offu.
Odmówiłem, mówiąc, że nie jest to w moim zwyczaju, nie pytając nawet,
co miałbym reklamować. Żartując, powiedziałem: „Może bym to zrobił,
gdyby mnie pan przekupił. Na to reklamodawca: – Dlaczego przekupił? –
Bo jeżeli ja dałbym głos w reklamie, to dla moich kolegów dziennikarzy
i otoczenia byłby to tak straszny szok, że musiałbym mieć dla nich
prostą odpowiedź, że zostałem... przekupiony. Na to pan: – A co to
znaczy przekupiony? – Gdyby pan za dwa wypowiedziane zdania zapłacił
mi tyle, że mógłbym kupić elegancką limuzynę, to wtedy dałbym się
przekupić”. Ale tego nie zrobiłem. Nie jestem lektorem. Nie jestem
spikerem. Jestem dziennikarzem |