| |
Szef
największego polskiego radia to wariat.
Rozpoczął wojnę z własnym państwem. Jeśli wygra, to z wariata przemieni
się w rewolucjonistę. I stanie się koszmarnym snem urzędników. Ze
STANISŁAWEM TYCZYŃSKIM rozmawia Piotr Najsztub
Co takiego pańskiemu radiu zrobiło państwo polskie, że chcecie od niego
wielomilionowych odszkodowań? Żywo mnie to interesuje, bo te ewentualne
odszkodowania nasze państwo wypłaci między innymi z moich podatków.
- Jeżeli wywalenie z pracy 200 osób, pracowników naszych oddziałów
lokalnych, uważa pan za nic, to "nic" nam nie zrobiło.
Nasze państwo zwolniło już setki tysięcy ludzi, więc...
- Zdaję sobie z tego sprawę, ale tu chodzi jeszcze o coś innego - to
rządzone przez czerwonych państwo zakpiło sobie z prawa i nielegalnie
pozbawiło nas możliwości rozwoju. Musieliśmy zamknąć oddziały regionalne,
bo KRRiTV cofnęła nam taką koncesję. Udowodniliśmy nielegalność tych
decyzji w NSA, teraz nadszedł czas zapłaty.
I co nasze państwo, jeśli wygracie, ma zrobić? Przeprosić i co jeszcze?
- Oddać ciężkie pieniądze, dziesiątki milionów złotych.
Jaka kwota wymieniona jest w pozwie?
- Kilkadziesiąt milionów, straty z jednego tylko roku.
Wpłaciliście do sądu wymagane wadium?
- Zapłaciliśmy na wezwanie sądu, bo taka jest procedura.
Czy państwo jest waszym wrogiem?
- To państwo - Millera, Czarzastego - na pewno.
Oskarżacie państwo Millera, ale proces potrwa kilka lat i płacić i
przepraszać może państwo Rokity albo Kaczyńskiego.
- No, to mam nadzieję, że to nowe państwo osądzi winnych i wreszcie ktoś z
kręgów władzy pomaszeruje do kryminału. Może nawet i sam Miller. Niech
wreszcie stanie się to, co się nie stało w Ő89 roku.
To dziwny sposób na dekomunizację.
- Ale przynajmniej jakiś. Po 13 latach przyznaję, że nie trzeba było im
wtedy popuszczać, to między innymi mój grzech.
A może to nie jest wina Millera, wina Czarzastego, może u nas tak po
prostu jest, że prawo nie jest bogiem? Może niepotrzebnie wiąże to pan z
orientacją polityczną?
- Muszę to wiązać z orientacją polityczną, bo to ci politycy powiedzieli
mi, że mam się zwijać.
Składając ten pozew, daje pan do zrozumienia, że członkowie KRRiTV
popełnili przestępstwo. Jednak nadal pan z nimi paktuje, bo musi, bo jest
uzależniony od tego ciała jako nadawca.
- Od dwóch lat tam nie byłem.
A pańscy prawnicy?
- Jeżdżą tam, ale nic tam nie mają do powiedzenia.
Rozmawiają z przestępcami?
- A jakie mam inne możliwości odwołania się. Obrazić się i wyjechać na
Malediwy?
Może mógłby pan mieć gdzieś Krajową Radę Radiofonii i Telewizji?
- Nie mogę mieć gdzieś Krajowej Rady, bo musimy się rozwijać i od nich
potrzebujemy licencji.
Rozwijać, czyli mieć więcej słuchaczy?
- Nie, więcej słuchaczy już się nie da mieć, niż my mamy, mamy największą
liczbę słuchaczy na tym kontynencie.
To co to znaczy "rozwijać się".
- Po prostu musimy się legalnie przekształcać i niech pan pamięta, że RMF
jest jedynym prywatnym medium elektronicznym bez zagranicznego kapitału.
Rozumiem, że czerwonej bandzie to się strasznie nie podoba.
A to taka przyjemność żyć bez tego kapitału zagranicznego?
- Do ciężkiej cholery, nie możemy stać się narodem pariasów na nasze tylko
życzenie. I wie pan znakomicie, że nie mówię tego z nacjonalistycznych
pobudek. Ta długość i szerokość geograficzna, gdyż tylko w takich
kategoriach pojmuję Państwo, musi w końcu coś produkować. Wydawałoby się,
że w medium jest to najprostsze.
Z tego, co wiem, Polsat również jest polski. Ale w ogóle co to za
argument "bez kapitału zagranicznego"? Chciałby pan za to medal dostać?
- Nie chcę żadnego medalu! Tylko jeżeli można coś w tym kraju samodzielnie
stworzyć, to wszyscy powinni się z tego cieszyć. Oczywiście możemy dążyć
do tego, żeby cały nasz kraj stał się wielkim supermarketem z
zagranicznymi towarami. Rozmawiamy o państwie, gdzie 25 procent obywateli
produkuje 2,5 PKB! To jest wyłącznie supermarket! Jeżeli nasze media mogą
być naszą wartością dodaną, to dlaczego mam tego nie bronić? Tak, jestem
dumny, że obcego kapitału u nas nie ma.
Mówi pan jak polityk. Pańskie niepokoje, zastrzeżenia, oskarżenia są
sensu stricto polityczne. Niech pan zdejmie pelerynkę RMF-u i zostanie
politykiem!
- Ale ja nie chcę być politykiem!
Tak czy inaczej, ze swoim temperamentem i niewyparzoną gębą już pan nim
jest!
- Ale daj pan spokój! Jestem małym misiem o małym rozumku, który
przyjechał do tego kraju, mając pięć tysięcy dolarów w kieszeni, dwa
macintoshe, i zrobił stację radiową.
I to pana już nudzi.
- Nie, mnie to nie nudzi. Tylko teraz, żeby ochronić tę stację, muszę ten
malusieńki geszeft spod Krakowa rozwinąć w coś większego, bo nawałnicy
obcego kapitału nie wytrzymamy. I w tym momencie, kiedy próbujemy to
robić, Miller, Czarzasty "kradną nam z kasy" pieniądze.
Umówmy się, nie ukradli, tylko uniemożliwili wam zarobienie tych
pieniędzy.
- Przekazali swoim te możliwości. A precyzyjnie rzecz biorąc, przekazali
Agorze i Zjednoczonym Przedsiębiorstwom Rozrywkowym prezesa Benbenka.
Trudno uznać, że dla premiera i sekretarza KRRiTV Agora to swoi.
- Jednak to między innymi ich stacje zarobiły na naszym zniknięciu z
reklamowych rynków lokalnych.
Próbował pan o tym rozmawiać z Agorą?
- A o czym mam z nimi rozmawiać, przecież Agora ma zawsze rację.
Pan też należy do tych, którzy zawsze mają rację - taki charakter. Mówi
pan: Miller, Czarzasty... Czy pan kiedykolwiek spotkał Leszka Millera?
- Oczywiście. On decydował o tej próbie zniszczenia nas, nawet nie
Czarzasty.
Skąd pan to wie?
- Bo byłem przy tej rozmowie.
I jak ona przebiegała?
- To był kwiecień 2001 roku, spotkałem się w restauracji teatru Buffo z
posłem SLD Andrzejem Urbańczykiem, skądinąd chyba jedynym porządnym
facetem w tej bandzie. Usłyszałem od niego: "Niestety, jest już
postanowione, nie dostaniecie możliwości rozszczepienia programu".
Odprowadziłem go po rozmowie przez park do siedziby SLD na ulicy Rozbrat.
Nadzialiśmy się na Millera i Czarzastego. Miller krótko mi wytłumaczył, że
nam tego nie dadzą. Czarzasty nie odezwał się wtedy ani słowem.
Znał sprawę?
- Fantastycznie znał sprawę. Zapowiedziałem nasze kroki prawne i teraz po
prostu je wykonujemy.
Ale mówiąc to panu, usprawiedliwiał się jakoś, mówił dlaczego?
- Nie, po prostu zakomunikował, że nie widzi dla nas takiej możliwości.
Nie próbował pan z nim dyskutować?
- A po co? Zresztą nasze spotkanie trwało bardzo krótko.
Czy potem kiedykolwiek spotkał pan Millera?
- Nie.
A gdyby pan go spotkał, to co by mu powiedział?
- Zaskoczył mnie pan tym pytaniem... Nie wiem.
Jesteś pan porywczy, może by chciał go pan stuknąć?
- Nie biję małych ludzi. Tutaj chodzi o elementarną przyzwoitość.
Wróciliśmy do punktu wyjścia tylko dlatego, że w 1989 roku daliśmy się
wszyscy urzec pieprzonemu humanizmowi "grubej kreski".
Popełnia pan błąd merytoryczny, łącząc to wszystko z "grubą kreską".
Myśmy się wcześniej z radością zgodzili na Okrągły Stół, a tam to się
przesądziło. Z radością, której potrzebowaliśmy, i byliśmy gotowi wiele za
nią zapłacić. I teraz po prostu płacimy.
- Tak, ale przyzna pan, że z perspektywy 13 lat jest to straszliwy błąd.
Tak, ale byliśmy gotowi dla tamtej radości wiele poświęcić. I
poświęciliśmy. Koniec, kropka.
- A ja właśnie ten błąd próbuję naprawić i niech mi pan tego prawa nie
odmawia.
To może powinien pan sięgnąć po bardziej totalne formy protestu.
Wszyscy już: publicyści, politycy, zwykli ludzie z ulicy, krytykują ten
rząd - to już nudne. Może pana byłoby stać na jakieś szaleństwo?
- Usiłuję się mimo wszystko zachować racjonalnie, nie można codziennie
udowadniać słuchaczom, że tego państwa nie ma. Choć rzeczywiście nie wiem,
jakim cudem jeżdżą pociągi, jest tutaj prąd, coś jeszcze działa, mimo że
państwo robi na każdym kroku wszystko, żeby temu przeszkodzić.
Pan jest stworzony do bycia rewolucjonistą, bo nawet kiedy pan
argumentuje, to używa demagogii! Dlaczego pan nie sięgnie po metody
rewolucyjne? Na dodatek jest pan właścicielem największego radia na tym
kontynencie!
- Człowiek, który codziennie rano słucha tej stacji, musi normalnie wstać,
normalnie pójść do pracy, normalnie z niej wrócić. Nie może być codziennie
atakowany naszą katastrofą, upiornym wizerunkiem państwa. Chce
normalności, by żyć.
Ale może trzeba poświęcić takie radio i uderzyć we władzę całą siłą?
Pan jako właściciel, posiadacz dużego majątku, mógłby sobie na to
pozwolić. Jest taki trend światowy: właściciele mediów biorą władzę we
własne ręce.
- Przecenia pan naszą rolę. Ja mogę tylko jeszcze bardziej pochylić łeb.
Czasami czuję się najbardziej osamotnionym człowiekiem w tym państwie.
Jeśli ktoś składa pozew przeciwko państwu, to nie może mówić o sobie,
że jest tylko małym misiem. Zaczął pan grę, w której już nie może być
małym misiem.
- Nie mam niedźwiedzich ambicji. Chcę tylko sprawdzić, czy to państwo jest
rzeczywiście bezkarne.
Nie o honor tylko pan się sądzi, także o pieniądze.
- Muszą oddać to, co zabrali.
Nie zabrali, tylko nie pozwolili zarobić. Uczestniczy pan w tworzeniu
nowej ustawy o mediach elektronicznych?
- Nie, bo z zasady nie uczestniczę w czymś, na co nie mam wpływu. Nie chcę
być "dziadkiem" do już rozdanych kart.
A może byłby pan na tyle silny, żeby wymóc taki kształt ustawy...
- Ależ oczywiście, że nie! Jeżeli "wielcy tego świata" nie potrafili przez
12 miesięcy tego zrobić - co pokazują przesłuchania komisji śledczej w
sprawie Rywina - to czym się łudzić!
Ma pan swój pogląd na to, kto stał za korupcyjną propozycją Rywina?
- Odpowiem nie wprost. Trzy tygodnie temu nasi dziennikarze pytali o to
słuchaczy w porannym paśmie. Przyszło w krótkim czasie trzydzieści parę
tysięcy SMS-ów i głosów na stronie internetowej. 97 procent słuchaczy
wskazywało na premiera.
Panu się to wydaje prawdopodobne?
- ...
Jesteście liderem rynku radiowego. Jak pan się z tym czuje?
Odpowiedzialność, duma...
- Nam nie jest łatwo, geografia wymusza na nas n-krotnie więcej pracy, niż
gdybyśmy byli w Warszawie. Jesteśmy tu wyspą, sami w sobie w Krakowie, bez
żadnego zaplecza. Dzisiaj dopiero rozumiem, dlaczego duże stacje radiowe
czy telewizyjne są zmuszone do nadawania z centrum.
Na czym polega główny problem tego oddalenia?
- Człowiek tworzący informacje na Kopcu nie wpada na róg Marszałkowskiej i
Jerozolimskich i nie wymienia swoich poglądów, może niesłusznie, z kolegą
z redakcji "Przekroju", "Trybuny Ludu" czy BBC, nie jest w tym tyglu
ucierania się informacji i opinii. Chociaż z drugiej strony nasza "wyspa"
pozwala nam spojrzeć na najważniejsze sprawy z dużego dystansu. Nasze
oddziały regionalne były ogromną siłą tej stacji polegającą na bliskości
ze słuchaczem. W tym byliśmy odmienni, że byliśmy równocześnie
szczecińscy, poznańscy, krakowscy itd.
To dlatego tak pana boli zakaz rozszczepienia, bo z natury byliście po
prostu...
- ...stacją prowincji, szeroko rozumianej.
Teraz tego nie macie i pewnie przez wiele lat jeszcze mieć nie
będziecie. Jak zamierza pan rozwijać RMF FM?
- Samo radio w takiej jak obecnie postaci nadmiernie już się nie rozwinie,
zaś pozostałe media? Cóż, w lutym wystąpiliśmy do KRRiTV o kanały
telewizji naziemnej. Cisza. Jak pan sądzi - dostaniemy?
Zdziwiłbym się. Czyli pozostaje "tylko" walka o utrzymanie pierwszego
miejsca?
- Na razie tylko tyle, a może aż tyle. Jak nas wcześniej nie wykończą. |
|