|
Często się boisz, że coś Ci się nie uda?
- Tylko idioci się nie boją. Na pewno moje strachy nie łączą się z
show-biznesem, z moim tak zwanym wizerunkiem, z tak zwanym byciem
osobą publiczną. Wiele osób uważa, że moje śmieszne pięć minut jest
wynikiem misternego planu, misternej pracy, i w związku z tym jest to
dla mnie sacrum obwarowane tysiącem lęków. Że kupię kolejny numer
"Życia na Gorąco" i tam nie będzie już informacji o tym, że byłem na
premierze "Gangów Nowego Jorku". Takich lęków nie mam.
A jakie masz?
- Jestem wrażliwcem - bez względu na to, jak postrzega mnie
człowiek siedzący przed kineskopem swego telewizora, boję się
samotności. Takiej samotności, w której nie mogę zadzwonić do mojej
kobiety, kiedy ona nie może przyjechać do mnie albo ja do niej.
Popularność jest wierzchołkiem mojej piramidy, a jej fundamentem -
moja relacja z najbliższą osobą, kobietą, partnerką. Wierzchołek jest
najmniej istotny dla mojego dobrego samopoczucia. Jestem człowiekiem,
który, jak ma dziewczynę, to świat zewnętrzny może przyjmować naprawdę
tysiące niesmacznych kolorów i nie będzie mnie to przerażało.
Zawsze miałeś kobietę?
- Raczej zawsze, od czasów ostatnich klas szkoły średniej jestem
człowiekiem żyjącym w duecie, człowiekiem parzącym się skutecznie.
Nie pytałem Cię, czy boisz się, że Twoje kolejne pojawienie się
publiczne nie zostanie odnotowane przez rubryki towarzyskie. Pytałem,
czy nie boisz się, że z jakichś irracjonalnych, niezawinionych przez
Ciebie powodów stracisz możliwość "przemawiania do mas", mówienia
tego, co chcesz? Stracisz, bo taki jest...
- ...bo żyję i pracuję w świecie tysięcy głośnych i bezgłośnych
zależności. Świadomie wsiadam do tej kolejki, na której pasażer raz
leci do góry i chce mu się wymiotować, a potem leci na dół i jeszcze
bardziej chce mu się wymiotować. Nie chcę się przechwalać...
To do Ciebie niepodobne.
- ...ale znam dobrze mechanizmy show-biznesu. Wydawałem własne
gazety, robiłem audycje telewizyjne, radiowe. Jestem człowiekiem
konfliktowym, bo wiem, czego chcę. Jestem też człowiekiem, którego
ideały, wrażliwość są bez przerwy gwałcone przez okoliczności, a który
następnego dnia albo pięć minut później podnosi się dzięki
surrealistycznemu, irracjonalnemu idealizmowi. W roku 1991 otrzymałem
pierwszą gwałtowną i brutalną lekcję tego, co znaczy człowiek,
mechanizm, co to są zależności. W tamtym roku festiwal w Jarocinie był
najbardziej rozbuchany - telewizja, gwiazdy, prasa. Zrobiono
rzeczywiście festiwal w skali europejskiej. Ja byłem jurorem, który
dowiedział się przed obradami jury, jakie są wyniki. Kiedy
powiedziałem o tym przedstawicielom "Gazety Wyborczej", to
dziennikarze o tym napisali, ale nigdy się to nie ukazało. Wtedy
zdałem sobie sprawę, że jesteśmy tak naprawdę zębatką jakiejś
maszynerii.
To poważne oskarżenie. Dlaczego to robisz?
- Żebyś mnie zrozumiał. Bo po takim doświadczeniu pozostawało mi
już tylko jedno: bycie zębatką na własnych warunkach. I tak robię.
Gdyby Polsat zaczął ode mnie wymagać rzeczy, których bym nie chciał,
zapraszania gości, których bym nie chciał zapraszać, to się spakuję.
Słyszałem opinie, że w "Idolu" odgrywałeś po prostu rolę
dziennikarza muzycznego z angielskiej wersji tego programu, że
niekiedy mówiłeś jego tekstami, że dla dobra formuły musiałeś być
chamski, często arogancki.
- To kłamstwa. Zawsze pisałem cięte, złośliwe recenzje, bo wiem,
że w świecie biznesu nie ma przyjaźni. Są tylko koniunkturalne
zależności, imprezowe przytulanki, jest poklepywanie się po plecach.
Możesz artyście zrobić 10 przysług, robiąc z nim fantastyczne wywiady
i opisując jego twórczość, a jedna recenzja, która go nie zachwyci,
wykluczy waszą dalszą zażyłość. W "Idolu" po raz pierwszy w swojej
medialnej aktywności mogłem masowo pokazać, jakim jestem człowiekiem,
jaki mam temperament. Czy ja muszę komukolwiek udowadniać, że ja nie
zostałem sformatowany?!
Nie chcę żebyś mi udowadniał. Po prostu szczerze odpowiedz.
- No więc mówię: "Nie!". Te średnio trzy i pół miliona widzów
spowodowało, że mój charakter został dostrzeżony masowo i globalnie.
Nigdy w życiu nie zgodziłbym się na odgrywanie żadnej roli, bo po
prostu się do tego nie nadaję. Mam zbyt dużą potrzebę ironii i
autoironii.
Ironią oswajasz świat?
- To dla mnie najbardziej uniwersalna metoda kontaktowania się ze
światem. Świat może nas przestraszyć, przerażać, budzić
zainteresowanie, możemy chcieć go zrozumieć, a tak naprawdę najlepiej
nabrać dystansu, znieczulić się ironią. Jestem urodzonym cynikiem.
Czyli ironia to ucieczka.
- Bardzo możliwe, że tak jest.
Po tamtym Jarocinie mogłeś stać się albo totalnym buntownikiem,
albo konformistą. Chyba wybrałeś konformizm z bezpieczną etykietą: "Na
własnych warunkach"?
- Ale w roku 1993 ja już byłem dyrektorem w Jarocinie i teraz jest
pytanie, czy to się opłaciło? Konformizm to jest postawa, z której ja
się nie rozliczam przed tobą, ludźmi i światem. To jest coś, co tkwi
we mnie i jest dla mnie. Kiedyś ktoś mnie zapytał: "Czego Pan by nie
zrobił dla pieniędzy?". Odpowiadam: Ja niczego nie robię dla
pieniędzy! Na przykład dostawałem propozycję poprowadzenia imprezy
plenerowej za ćwierć miliona złotych, masowej. I powiedziałem: "Nie".
Mówię o święcie dużego miasta. Nie jestem człowiekiem od chałtur.
Co jest takiego złego w poprowadzeniu imprezy masowej dla miasta?
- Złe samopoczucie prowadzącego.
Miałbyś przed sobą 120 tysięcy ludzi i mógłbyś do nich mówić,
rozbawiać ich! Dlaczego nie?
- Bo to nie jest forma, w której ja się czuję.
Robisz program, przed telewizorami siada średnio dwa miliony widzów
i ich zabawiasz.
- Robię program na swoich warunkach. W programie pod tytułem
"Estrada postawiona pod Wawelem" nie dobieram sobie gości, artystów,
także publiczności. Nie można mnie kupić.
Zaraz tam "kupić"! Chyba jesteś człowiekiem, któremu można dobrze
zapłacić?
- Jestem człowiekiem do wynajęcia, ale na moich zasadach. Ja
redaguję kontrakt i akurat prowadzenie imprezy plenerowej z ludowymi
zespołami, z opowiadaniem dowcipów i kobietą-gumą to nie jest coś dla
mnie. Są ludzie, którzy odcinają kupon od swojej popularności,
prowadząc takie chałtury, a potem sobie kupują mieszkanie. Ja już mam
mieszkanie.
Gratuluję. A o co w takim razie chodzi w Twoim programie? Co
takiego odróżnia go od tej chałtury pod Wawelem?
- Odbywa się selekcja, selekcja artystów i selekcja gości.
Publiczność wali drzwiami i oknami, nie płacimy publiczności. Jak ci
ludzie słuchają, jak reagują! To jest jedna wielka bajka z moim
narcyzmem.
Ale po co jest ten program?
- Chodzi o to, żeby postawić szereg osób publicznych, bez względu
na ich profesję, w trudnej sytuacji pod tytułem: "Pokażcie, że macie
dystans do siebie, pokażcie, że potraficie zdjąć te swoje maski,
pokażcie, że potraficie ironizować na temat tego, co reprezentujecie i
jak reprezentujecie". Żeby ludziom trochę utrudnić kąpanie się we
własnym narcyzmie. Choć to jest program "W wannie z narcyzmem", ale to
ja narcyzmem kwitnę. Nie uzurpuję sobie praw do jakiejś totalnej
demaskacji, chcę troszeczkę zbić z tropu.
Zabawić?
- Tak! Zabawić siebie, tego gościa, zadać mu takie pytania,
których mu nikt jeszcze nie zadał. Niech ten obszar pod tytułem "Kuba
Wojewódzki" będzie trochę innym obszarem tego wzajemnego głaskania,
wzajemnego robienia sobie laski w telewizji, tego klepania się po
ulubionych częściach ciała. Ja tego nie chcę.
Jesteś częścią tego świata.
- Oczywiście, że jestem, bo zapraszają mnie na bankiety, podchodzą
tam do mnie różni ludzie, oferują mi różne usługi. Natomiast kiedy
stają się moimi gośćmi, to ta zależność pryska.
Właściwie każdy talk-show, każdy program kontaktowy, ma podobny
schemat: przed przyjściem gościa już jesteś z nim zaprzyjaźniony, a po
wyjściu to już w ogóle jest super, bo sobie pozyskałeś nowego kumpla,
na przykład Kasię Figurę. Mnie na tym nie zależy, ja mam krąg swoich
znajomych, z którymi dobrze się czuję.
Nie chciałbyś poznać bliżej premiera, prezydenta?
- Wystosowałem zaproszenie zarówno do kancelarii premiera, jak i
do "Białego Domu", jeszcze nie ma odpowiedzi.
Po co Ci Leszek Miller w programie, co chciałbyś od niego uzyskać?
- Wiesz, co powiedział prezes RMF, kiedy zaproponował mi tam
prowadzenie rozmów z politykami? Powiedział: "Mam dosyć tego
autoerotyzmu w rozmowach dziennikarzy politycznych z politykami! Ten
klub politycznych serc, ta autocenzura i niechęć do narażenia się tak
silna, że pewne pytania wiszą w powietrzu i nigdy nie padają". Ja
jestem człowiekiem z innej bajki i wiem, że jeżeli zacznę prowadzić
taki program, to będę rozmawiał nie tylko o polityce, ale o tym,
jakimi są ludźmi. Bo oni na początku są ludźmi, dopiero potem im się w
głowach coś przestawia i zostają politykami.
Jakie pytanie Twoim zdaniem wisi w powietrzu nad Leszkiem Millerem?
- Na przykład, czy gdyby dzisiaj grał z prezydentem w tenisa, to
dałby mu wygrać?
Ale co takim pytaniem załatwiasz? Nie rozumiem. Nadal bawisz?
- Nie wymagaj ode mnie, człowieka, który w miarę poważnie
przygotowuje się do swego niepoważnego programu, żebym ci
improwizował, o czym bym chciał rozmawiać z premierem! Gdybym dostał
telefon, że za godzinę mam rozmowę z premierem, tobym jej nie wykonał,
bo lubię się przygotować do rozmowy! Gdybym go zaprosił, to - z całym
szacunkiem dla jego pozycji w administracji dochrapał się całkiem
intratnej funkcji i na pewno zwracają mu za paliwo - zadawałbym mu
takie pytania, jakie ludzie chcieliby mu zadać, nie na klęczkach.
To by mogło nie wystarczyć. Więc wróćmy do Twojego narcyzmu. Nie
ukrywasz go w swoich programach.
- Tak.
Dlaczego myślisz, że masz prawo zawracać ludziom głowę swoją osobą?
- Słowo "prawo" chyba nie jest dobrze użyte. Ja bym to sformułował
inaczej... Jak myślisz, dlaczego te dwa miliony z ogonkiem regularnie
zasiadają przed telewizorem i mnie oglądają?
Może dlatego, że jesteś w telewizji? Wiesz równie dobrze jak ja, że
gdyby w tym czasie Polsat puścił tam film, to...
- Wystarczyłby niewinny film z van Damem...
To ta sama liczba widzów usiądzie przed telewizorem.
- Nie jesteście, Najsztub, przygotowani do tego wywiadu,
poczytajcie sobie demografię widzów mojego programu. Wiesz, dlaczego
ten program jest tak ceniony w dziale marketingu Polsatu? Bo ma dobrą
demografię, łatwo zobaczyć kto - intelektualnie i majątkowo - zasiada
przed telewizorem! To jest program dobry dla reklamodawców!
Ale to nadal nie jest odpowiedź na pytanie, dlaczego uznałeś, że
masz prawo ludziom zawracać głowę swoim narcyzmem?
- Słowo "prawo" mogłoby dotyczyć tylko telewizji publicznej! Bo
jeżeli ktoś dał się przekonać tym wszystkim obłudnym kampaniom
reklamowym, zapłacił abonament, wyjął antenę z kanapy i ją zawiesił na
balkonie, to rozumiem, że ten człowiek ma prawo wymagać, żebym na
przykład zniknął z anteny, bo ma na przykład inne preferencje
erotyczne. Natomiast w moim przypadku człowiek decyduje pilotem. I
pilot decyduje o moim kursie.
Czasem jednak człowiek, wchodząc do studia telewizyjnego, zadaje
sobie pytanie: "Po co to robię?".
- Dlatego, że chce pokazać ludzi popularnych, lubianych, znanych
lub mniej znanych, mniej lubianych, że chce pokazać zespoły i pomóc
tym, które się rodzą albo nie dają sobie rady. Ludzie mają szansę
pokazać inną twarz.
W tym programie snop światła skierowany jest na Ciebie, więc nie
opowiadaj mi tu o młodych zespołach, które promujesz, gwiazdach, które
chcesz pokazywać, bo mnie to śmieszy!
- Po co to robię? Pierwszym człowiekiem, który mi zadał to
pytanie, był Kuba Wojewódzki. Zrobił to w liceum, kiedy zdecydowałem
się zdawać na dziennikarstwo i kiedy z tej kuźni sfrustrowanych
beztalenci pod tytułem Instytut Dziennikarstwa uciekałem jak
najszybciej. Bo zorientowałem się, że to jest przechowalnia
frustratów! Wtedy zapytał: "Co takiego jest w tobie, co cię upoważnia,
daje ci mandat?".
I co takiego było wtedy w Tobie?
- Chciałem nauczyć się takiego kontaktowania z drugim człowiekiem,
żeby go zaintrygować sobą, swoim światem, swoimi poglądami, swoimi
myślami. I teraz jest pytanie, czy odpowiedzią na moje pytania o ten
mandat jest tych 10 tysięcy listów, które dostaję, a w co drugim jest
napisane: "Otworzyłeś mi oczy, chcę być taki, chcę myśleć tak jak ty,
tak zadawać pytania".
Rozmawiasz ze szczęśliwym człowiekiem, który w wieku lat 39 spełnił
swoje zawodowe marzenia! Robiłem teledyski, wydawałem własne gazety,
robiłem audycje radiowe. Pracowałem między moimi mistrzami: Mannem,
Kaczkowskim, Niedźwieckim, zagrałem w dwóch filmach, dostałem
propozycję zagrania w fabule, robię własny talk-show, pisuję do kilku
gazet, dostaję propozycje od najpotężniejszych mediów w tym kraju. I
teraz jest pytanie: czy tylko dlatego, że jestem ciekawostką sezonu?
A gdyby tak było?
- Jeżeli tak jest, to za pół roku nie zobaczysz mnie już nigdzie
albo nie usłyszysz.
Nawet gdybyś był ciekawostką sezonu, to Twoja popularność może
dogorywać dłużej. A gdyby tak się stało, ryczałbyś w poduszkę?
- Ja naprawdę wiem, co to znaczy popularność, i wiem także, jaką
mam prawdziwą wartość na mojej prywatnej giełdzie próżności. Nawet nie
wiem, czy dziennikarskiej. Ty publicznie mówisz, że uprawiasz zawód
pod tytułem "bycie Najsztubem". Może ja kiedyś będę mógł powiedzieć,
że mój zawód to "bycie Kubą Wojewódzkim". To się powoli zaczyna
udawać.
Kiedy Ty, cynik i ironista, mówisz mi, że porusza Cię, gdy
dostajesz listy, w których ktoś pisze, że "oto zmienił Pan moje
życie", to kompletnie Ci nie wierzę!
- To może zapomniałeś o tym, że ja, mówiąc: "cynik", "ironista",
"narcyz", mówię też narcyz-prowokator? Wiesz, dlaczego Polsat zgodził
się na nazwę "Kuba Wojewódzki", na scenografię meganarcystyczną? Bo
prawdopodobnie byli ciekawi, jak będą ludzie reagowali na taką
świątynię ego jednego faceta, jego nadpobudliwość, faceta, który
przedawkował siebie! Ja nie czytam tych listów, bo gdybym to robił,
musiałbym żyć permanentnie na marihuanie!
Nie boisz się, że jak będziesz miał coś naprawdę ważnego do
powiedzenia, to ludzie będą widzieli tylko ruszającego ustami błazna?
- Moim zdaniem osiągnę przekaz uniwersalny wtedy, kiedy
przemieszają się smutek, radość, wygłupy i cynizm. Wtedy jest nastrój
do przemycania rzeczy ważnych. Czy ty myślisz, że ja jestem urodzonym
błaznem, że ja się spalam tylko w tym, że...
Myślę, że znalazłeś w błazeństwie dobry sposób na kierowanie uwagi
na siebie.
- Czy nie uważasz, że to otwiera ludzi na początku na postać,
potem na zaufanie do tej postaci, a potem na to, co ten człowiek ma do
przekazania? Mnie się wydaje, że tak można!
Niewielu to się udało, Chaplinowi, w Polsce Kobieli.
- No dobra, no to ktoś musi być trzeci!
Trochę się o Ciebie martwię. Bardzo inteligentnie odgrywasz tu
przede mną teatr jednego i przy okazji głównego aktora, ja to z
przyjemnością oglądam, ale czy masz coś ważnego do powiedzenia oprócz
komiksowych stwierdzeń?
- Ja mam bardzo dużo pytań do zadania. Forma powoduje, że ten
program jest przystępny, zrozum! Czy naprawdę uważasz mnie tylko i
wyłącznie za faceta, który myśli komiksowymi schematami?! Ja nie
jestem kliszą rentgenowską z napisem "Dupa"!
"Moja dupa".
- Tak! "Moja duża dupa" ładnie oświetlona. Czy to, że formułuję
pytania lekko, komiksowo, oznacza, że one nie mają swojej rangi?!
Czy nie za bardzo ulegasz pokusie bycia przyswajalnym? W każdej
minucie swojego programu?
- Próbuję w sposób cyrkowy, komiksowy, nie wiem, jaki jeszcze,
zwrócić uwagę na pewne rzeczy, czasami ważne, czasami miałkie. Tak
naprawdę większą sztuką jest ludzi rozbawić, niż zmusić do łez!
Niezły kit! Ty ośmieszasz swoich gości i z tego śmieją się Twoi
widzowie!
- Siebie też obśmiewam! Drwię też z siebie! Są goście, którzy się
dają ośmieszyć, są goście, którzy się dają wkręcić w jakąś tam grę, i
są goście, którzy sobie z tym radzą. To jest właśnie wartość tego
programu, po prostu demaskujemy poczucie humoru! Ludzie uwielbiają,
kiedy ktoś dosra mi w tym programie! I to jest też wielka wartość!
Twierdzisz, że jesteś spełniony. Żadnych nowych ambicji?
- Mam ambicje polityczne. Chcę wejść do parlamentu.
Po co?
- Nie po to, żeby tak zmarnować mandat jak Sebastian Florek,
człowiek w gustownie wyprasowanym garniturze.
Ale po co Ci to?
- Dziewięć tysięcy złotych plus jeszcze na wyposażenie biura
poselskiego.
Pytam poważnie.
- Uważam, że istnieje pokolenie 30-, 40-latków, które nie ma
swojej mentalnej, intelektualnej czy duchowej identyfikacji
politycznej, czyli parlamentarnej.
Sam mówiłeś przed chwilą, że najpierw polityk jest człowiekiem,
potem coś mu się dzieje w głowę i staje się politykiem. Więc?
- Właśnie uderzyłem się w głowę o rzeczywistość.
Jesteś demokratą?
- A co to dzisiaj w Polsce znaczy?
Żeby w dobrej intencji wystartować w wyborach parlamentarnych,
trzeba być demokratą. Trzeba wierzyć w demokrację.
- Wierzę w swoje doświadczenie. Uważam, że stopień degradowania
czy korumpowania ludzi w show-biznesie to ten sam mechanizm, jaki jest
w polityce. Firmy fonograficzne dają dziennikarzom muzycznym płyty,
zapraszają na koncerty, a potem traktują jak kurwę, instrumentalnie.
Uważają, że jesteś ich człowiekiem. Ja się na to uodporniłem. I
podobnie jest chyba z wejściem w świat polityki, że osoby, które mają
ochotę zadawać trudne pytania, zrobić coś gdzieś w tym jednym wielkim
bufecie parlamentarnym przyczepionym do tej małej sali, jaką jest sala
obrad, ulegają degradacji. Znika ich idealizm i ich wiara. Mnie to nie
grozi.
Wydaje mi się, że o czymś nie wiesz. Polityka jest grą zespołową.
Ty jesteś indywidualistą i tak zyskujesz popularność sławę, siłę.
Narcyz nie może grać w drużynie, żadnej drużyny nie zaakceptuje.
- Jest taka drużyna. I tyle. Nie chciałbym na ten temat więcej
mówić.
Zadziwiasz mnie. Ale czy to są naprawdę polityczne ambicje? A nie
nadal narcystyczne?
- Ja bym je nazwał agitacyjno-fermentacyjnymi. Nie widzę - a
oglądam to reality show z Wiejskiej - nie widzę tam ludzi, którzy
mówią do mnie, moim głosem, bez demagogii. Kandydując do Sejmu, nie
będę chciał mówić: "Nauczycielom ofiaruję jeszcze bardziej czarne
tablice, a rolnikom sputniki, żeby mogli sobie mierzyć kwintale z
hektara"!
Tylko co?
- W ogóle nie będę o nich mówił.
A może będziesz krzyczał: "Wszyscy jesteście śmieszni"?
- Będę mówił do pokolenia 30-, 40-latków, którzy tak naprawdę chcą
w tym kraju tego łupanego kapitalizmu do czegoś dojść uczciwie, w myśl
pewnych podstawowych, elementarnych zasad.
I czego trzeba, żeby oni mogli to zrobić?
- Może kpina z demokracji będzie najlepszym tej demokracji
uleczeniem? Ostatnio oglądałem sprawozdanie z Wiejskiej i tam emocje
polityczne tak biorą górę, że tak naprawdę nikt już nie mówi o jakiejś
merytorycznej sprawie! Panowie, spuśćcie z siebie powietrze, bo ktoś,
kto to ogląda, zastanawia się, czy to nie jest kolejny film pod
tytułem "Kacza zupa" z braćmi Marx!
To dlaczego po kolei ich do siebie nie zapraszasz, nie spuszczasz z
nich powietrza?
- No, Piotrek, daj spokój!
Racja. Nikt tego nie będzie oglądał.
ROZMAWIAŁ PIOTR
NAJSZTUB
WARSZAWA, 16 KWIETNIA 2003 R.
WYWIAD NIE JEST AUTORYZOWANY, CHOĆ PRAWDZIWY |