Jarosław Mikołajewski:
Prawie rok temu przeszła Pani z telewizji publicznej do TVN-u.
Dlaczego?
Katarzyna Kolenda-Zaleska: Sporo o tym pisano...
...tylko trudno coś z tego zrozumieć. Z jednej strony to Pani
zrezygnowała, a szefowie TVP wyrazili żal, z drugiej wiadomo, że
wcześniej ci sami szefowie odsunęli Panią od relacji z komisji
śledczej...
Niczego złego o samej TVP nie powiem - spędziłam tam dziesięć lat,
które świetnie wspominam. Zrobiłam mnóstwo ciekawych rzeczy, których
nigdzie indziej pewnie bym nie zrobiła, choćby relacje z pielgrzymek
papieskich. Bardzo dużo się też nauczyłam. Ale w pewnej chwili doszły
do rządów osoby, z którymi trudno mi było osiągnąć duchowe
pokrewieństwo.
Bez duchowego pokrewieństwa da się chyba pracować?
Jednak nie - ostatnie miesiące to było pasmo utarczek. Od relacji
sejmowych i sporów o to, ile klubów parlamentarnych mam w nich
uwzględniać, po materiał o stanie wojennym, gdzie nie chodziło o ogląd
spraw - przecież rozumiem, że interpretacja może być różna - ale o
prawdę. Np. o to, czy były wtedy czołgi na ulicach, czy nie... Jeśli
zaczynasz dyskutować na takim poziomie i musisz udowadniać rzeczy,
które dla wszystkich są bezsprzeczne, to czujesz, że nie ma już dla
ciebie miejsca. Zresztą nie tylko ja miałam takie problemy. Z
"Wiadomości" zaczęły odchodzić osoby, z którymi się czułam związana -
musiały odejść albo zwalniały się same. No i decyzja zaczęła dojrzewać
również we mnie.
Kiedy dojrzała?
Wybuchła afera Rywina, a ja zostałam odsunięta od relacji z obrad
komisji, od najważniejszej afery politycznej w kraju. Przecież jestem
dziennikarzem politycznym, więc co niby miałam robić - obsługiwać
notowania giełdowe?! Czułam, że doszłam do jakiejś granicy, że jeśli
zgodzę się na odsunięcie od relacjonowania afery Rywina, to już
właściwie można zrobić ze mną wszystko. Więc odeszłam. Zresztą może
nawet za późno, bo miałam wrażenie, że tę granicę przesunęłam dla
siebie już za daleko. Ale cóż - człowiek jest ułomny.
Dlaczego odsunięto Panią od obrad komisji?
Nikt oczywiście oficjalnie niczego mi nie powiedział, ale atmosfera
się zagęszczała. Od kilku miesięcy każdy mój materiał wywoływał
kłótnię, sprzeczaliśmy się o każde zdanie. Wszyscy, którzy mnie znali,
wiedzieli, że nie zgodzę się na manipulację, na relacjonowanie prac
komisji z jakiegoś punktu widzenia, np. z punktu widzenia "grupy
trzymającej władzę". Myślę, że powodem była właśnie moja niepodatność
na wpływy.
Przeszła Pani do TVN 24. Monice Olejnik niska oglądalność tej stacji
przeszkadzała. Dla Pani nie było to przeszkodą?
Nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia. Ważniejsze było to, że
stacja ma świetną markę, że jest robiona dla ludzi z mojego
środowiska, do których wiem, jak należy przemawiać. Że w TVN 24 lub w
TVN są: Monika Olejnik, Tomasz Lis, Marcin Pawłowski, Grzegorz
Miecugow, Andrzej Morozowski. Ludzie, z którymi kiedyś pracowałam i
którzy teraz mnie serdecznie przyjęli. I którzy byli dla mnie
najlepszą gwarancją, że będzie mi się dobrze pracowało.
I pracuje się dobrze? Pracowało się znakomicie. Ale po odejściu Tomka
Lisa sytuacja się zmieniła. Muszę sobie wszystko znów na nowo
poukładać, bo jednak dla mnie „Fakty”, to zawsze było to słynne
zdanie: „Tomasz Lis, »Fakty « zaczynamy od...”.
Wróćmy do oglądalności - nie brakuje Pani tych milionów widzów, które
stoją za telewizją publiczną?
Co z tego, że TVP ma miliony widzów, skoro ich materiały ogląda się
dziś z przykrością? Nie wszystkie, bo niektórzy dziennikarze
"Wiadomości" wciąż mają dobre tematy. Ale ich materiały polityczne mi
się nie podobają. Mówię tak, bo się na tym znam i wiem, jak takie
materiały powinny wyglądać.
Jak?
Na pewno nie mogą być materiałami z tezą, którą widać od samego
początku i którą na końcu wygłasza się wprost.
To dziennikarz nie ma prawa do komentarza?
Ma, byle to był jego komentarz, a nie taki, który ma się podobać
szefom.
Dlaczego materiały w "Faktach" lub w TVN 24 wydają się Pani lepsze?
Bo zawsze były to materiały z większym polotem, bez politycznego
balastu. Kiedy pracowałam w "Wiadomościach", po jakimś czasie zaczęłam
zdawać sobie sprawę z tego, że w tyle głowy włącza mi się autocenzura.
Jest też i inne obciążenie TVP, które nie zależy już ani od szefów,
ani od dziennikarzy - ustawowy zapis o misji publicznej. Kiedy
wracałam z Sejmu, zżymałam się, że muszę pokazywać wszystkie kluby,
niezależnie od tego, czy mają interesujące stanowisko - trzeba było o
nich mówić, bo tego wymagała misja. A w "Faktach" czy TVN 24 dajemy
tylko to, co jest naprawdę ciekawe.
Ciekawe - czy to nie za mało? Czy dziennikarz nie powinien próbować
zmieniać świat, a nie tylko go opisywać?
Mam problemy z odpowiedzią na to pytanie. Z jednej strony jestem
dziennikarką newsową i moim obowiązkiem jest przekazywanie tego, co
się wydarzyło, i pokazywanie tej informacji z różnych stron. A z
drugiej strony jestem wychowana jako dziennikarz przez środowisko
"Tygodnika Powszechnego".
Co to oznacza?
Zawsze mam w pamięci słowa Jerzego Turowicza, który mówił, że
dziennikarz jest również obywatelem. Człowiekiem, który ponosi
odpowiedzialność za to, co dzieje się w jego kraju. Chciałabym zatem
zmieniać świat, lecz od razu staje przede mną pytanie: czy przez to,
że staram się rzetelnie informować, już wpływam na rzeczywistość, czy
może powinnam robić coś więcej? A jeśli tak, to co? To dylemat, z
którym borykam się bez ustanku. I dlatego pisuję m.in. do "Tygodnika
Powszechnego", bo tam mogę przynajmniej wyrazić to, co uważam za
słuszne, to, z czym się nie zgadzam. Lecz coraz silniej czuję, że
kiedy chcę jakoś zmienić świat, słowa mi nie wystarczą.
No właśnie - przedstawienie "Kota w butach", w którym wzięła Pani
udział dwa lata temu w teatrze Buffo, czy coroczny bal dziennikarzy,
którego jest Pani współorganizatorką, przynoszą konkretne korzyści,
zwłaszcza chorym i biednym dzieciom. Czy silnie odczuwa Pani potrzebę
niesienia pomocy?
Często czuję, że w porównaniu z innymi nieźle mi się powodzi, więc
powinnam coś zrobić dla tych, którym dzieje się gorzej. Mam poczucie,
że robię za mało, że mogłabym nie tylko napisać coś lub powiedzieć,
ale po prostu pójść do kogoś i mu pomóc. Niedawno był u nas w domu z
wizytą ksiądz. Opowiedział o bezdomnych, z którymi spędził wigilię -
okazało się, że mieszkają 100 m ode mnie. Codziennie jeżdżę tamtędy
samochodem i nawet nie zauważyłam ich obecności. Bardzo mnie ta moja
ślepota poruszyła.
Wyciągnęła Pani z niej jakieś wnioski?
Ostatnio kupuję im chleb i masło, pakuję w worek i wieszam na starym
wózku. Gdy wracam z pracy, worka już nie ma.
Wspomniała Pani o "Tygodniku". Pociąga Panią dziennikarstwo prasowe?
Pociąga mnie każdy rodzaj dziennikarstwa. Byłam wychowana w kulcie
słowa, więc pisarstwo, a także dziennikarstwo prasowe, to dla mnie
miejsce największego wtajemniczenia. Czuję się dziennikarką newsową,
lecz mam poczucie, że te dwie albo trzy minuty, jakie dostaję w
telewizji, to bardzo mało jak na wiedzę, którą udaje mi się zgromadzić
podczas pracy nad materiałem. Więc często piszę - również po to, żeby
ułożyć coś w sobie. W studiu telewizyjnym jest trochę za mało czasu na
refleksję. Ona przychodzi dopiero w chwili, gdy cały dom śpi, a ja
siadam przed komputerem.
To dlaczego w ogóle poszła Pani do telewizji?
Bo lubię telewizję. Podoba mi się, że nie wszystko trzeba tam do końca
powiedzieć, lecz część można pokazać. O fotografii mówi się, że bywa
warta więcej niż tysiąc słów - więc obraz telewizyjny jest czasem wart
więcej niż dwa tysiące słów. Lubię tempo telewizji. Lubię być w
centrum wydarzeń. Mój tata czasami łapie się za głowę: "Boże, kiedy ty
wreszcie przestaniesz biegać za politykami?". A ja odpowiadam, że to
lubię. W TVN często dostaję polecenie: "Za dwie minuty masz life'a -
wchodzisz na żywo i opowiadasz, co się dzieje...". To mój żywioł.
Gdybym miała siedzieć w domu i ślęczeć nad kartką, moja rodzina by
zwariowała. Ale cieszę się, że kiedy chcę, mogę oderwać się od
telewizji, żeby coś napisać.
W takiej gorączce łatwo o błąd. Przytrafiła się Pani jakaś
spektakularna wpadka?
Spektakularna - nie, ale nie jestem wolna od głupich pomyłek. Np.
kiedyś wyszło mi z wyliczeń, że opozycja ma więcej głosów niż koalicja
rządząca, a w całym Sejmie jest 560 posłów.
Lubi Pani nerw, ale wiele osób ceni Panią za dyskrecję, za
wstrzemięźliwą obecność. Za to, że mówiąc na zakończenie relacji:
"Katarzyna Kolenda-Zaleska", najchętniej byłaby Pani już poza wizją...
Dziennikarz newsowy nie może się czuć bohaterem. Bohaterem jest
informacja i ludzie, którzy ją tworzą, którzy są z nią związani. Ja
jestem tylko świadkiem, który przekazuje widzowi to, co się wydarzyło.
Jestem tu najmniej ważna. O wzorce negatywne tu zresztą nietrudno.
Pamiętam taki materiał z Aten - całość trwała zaledwie dwie i pół
minuty, a dziennikarz pojawił się trzy razy i za każdym razem miał
inny strój. To nie dziennikarz, to showman.
Strach przed konferansjerką chroni Panią przed tandetą?
Roli selekcji negatywnej w procesie samodoskonalenia nie da się
przecenić. Kiedy widzę dziennikarza, który zachowuje się jak
konferansjer, myślę sobie: "Wszystko, tylko nie to. Przewagi grepsu
nad treścią unikać jak ognia!". Z wzorcami pozytywnymi jest trudniej,
bo naśladować nikogo się nie da, ale można się wiele nauczyć.
Od kogo?
Bardzo dużo zawdzięczam Tomkowi Lisowi. Jest dziennikarzem, który
doskonale umie połączyć obraz z treścią. To właśnie od niego w
największym stopniu nauczyłam się telewizyjnego warsztatu. A postawy i
etyki - od Jerzego Turowicza. Kiedy pod koniec lat 80. przychodziłam
do "Tygodnika", jeszcze jako studentka, byłam potwornie spięta. Oni
wszyscy byli dla mnie bogami, siedziałam więc z boczku i obserwowałam.
Najbardziej Turowicza - zawsze był w cieniu, szalenie skromny,
niewiele mówił. Ale jak już coś powiedział, zapadała cisza jak makiem
zasiał. Nigdy się nie wywyższał, a dla wszystkich był dziennikarskim i
moralnym autorytetem. Nie chciałabym oczywiście powielać tego wzoru
bezmyślnie, bo przecież mam inny charakter, ale dużo z jego przykładu
mogę przenieść do swojej pracy. W wielkim skrócie - chciałabym łączyć
w sobie żywiołowość Moniki Olejnik ze skromnością Jerzego Turowicza.
Nieźle... A jakie zapotrzebowanie zaspokaja w Pani radio? Od niedawna
prowadzi Pani poranny program w Radiu TOK FM.
Po pierwsze - potrzebę poznawczą. W radiu mam godzinę albo dwie na
rozmowę z jakimś ekspertem. Żeby poprowadzić taki wywiad, siłą rzeczy
muszę przedtem wiele przeczytać, a i tak często się okazuje, że
najwięcej dowiedzieć się można dopiero podczas spotkania. Jest jeszcze
inna rzecz - intymność. Kiedy wchodzę do radia o godz. 6 rano i słyszę
tylko szelest komputerów, mam poczucie, że stanie się coś dobrego...
Wielu moich kolegów zaczynało od radia, żeby przejść do telewizji. A
dla mnie radio to nowe doświadczenie. Dopiero teraz rozumiem opowieści
Moniki Olejnik o radiowym klimacie. W telewizji trzeba jakoś wyglądać,
mieć odpowiednią minę, nie można za bardzo mrugać oczami... Jest
mnóstwo elementów, które składają się na ostateczny efekt. A w radiu
liczy się tylko to, co mówisz i jak mówisz.
Jest jeszcze jeden sektor Pani dziennikarstwa - książki. Najpierw
wydała Pani rzecz o pielgrzymce papieskiej w 2002 r., ostatnio rozmowy
z księdzem Bonieckim o encyklikach Jana Pawła II. Czy to przymiarka do
większej syntezy tego pontyfikatu?
Absolutnie nie. Mam z pewnością wiele wad, ale pokora wobec własnych
umiejętności należy do moich zalet. Nigdy nie poważyłabym się na coś
takiego.
Gazeta Wyborcza - Dodatek Telewizyjny - 20.02.2004. Z Katarzyną
Kolendą-Zaleską rozmawiał Jarosław Mikołajewski. |