|
Dopiero od kilku miesięcy prowadzi główne wydanie Wiadomości w TVP, a
już stał się ulubieńcem widzów. Krzysztof Ziemiec mówi jednak, że
gwiazdą mediów nigdy nie będzie. Bo nie chce i nie potrafi. Długo
trwało, zanim namówiliśmy go na wywiad. Pierwszy, jakiego kiedykolwiek
udzielił.
Kilka miesięcy temu zajął gorący fotel, który równie dobrze może być
trampoliną do wielkiej kariery, jak i równią pochyłą, po której
zjeżdża się błyskawicznie w dół i na zawsze znika z wizji. Czy w
takich warunkach można normalnie żyć i pracować? Można, jeżeli jest
się dobrym dziennikarzem i skromnym człowiekiem. Dokładnie takim, jak
Krzysztof Ziemiec, prowadzący główne wydanie Wiadomości TVP. Doskonale
wie, że w telewizji trzeba się ciągle uczyć, żeby się widzom nie
znudzić i nie wypaść z obiegu. Trzeba też żyć nie tylko dla samego
siebie, ale również dla innych, dla rodziny. Dlatego każdą wolną
chwilę Krzysztof Ziemiec spędza z żoną i dziećmi, a popularność nie
przeszkadza mu zabrać ich w niedzielę na spacer do parku.
Kiedy będzie pan gwiazdą?
KRZYSZTOF ZIEMIEC: Nigdy, bo nie chcę i chyba nie potrafię. Niech się
pani nie obrazi, ale gazety sztucznie wykreowały zainteresowanie
ludźmi z telewizji. A oni, zamiast po prostu być dziennikarzami,
uwierzyli, że są gwiazdami. I to tego samego kalibru co aktorzy z
Hollywood, którym wszędzie towarzyszą fotoreporterzy. Pomieszanie
pojęć. Niewiele osób w tym kraju może powiedzieć o sobie: jestem
gwiazdą. Ze trzy by się znalazły. Ja jestem normalny. Chcę po prostu
dobrze robić to, co robię.
Czy w takim razie nominacja do Telekamer pana ucieszyła?
K.Z.: Byłem ogromnie zaskoczony. Przecież nie pokazuję się, nie bywam,
mało się o mnie mówi. Może to zabrzmi dziwnie, ale nie zwracam uwagi
na takie konkursy.
Czy świadomość, że Wiadomości z panem w roli głównej co wieczór
ogląda sześć milionów Polaków, to duży stres?
K.Z.: Nigdy o tym nie myślę. Skupiam się na tym, żeby wszystko w
programie wyszło jak najlepiej. Wściekam się na siebie, gdy coś się
nie udaje, pomylę się, zawalę. Nieważne, czy widziała to jedna osoba,
dwie czy może milion.
Co powinien mieć dobry prezenter?
K.Z.: Wygląd, warsztat, głos.
I pan to ma?
K.Z.: Trudno siebie oceniać. Wygląd dała natura. Głos mam wyszkolony w
radiu, gdzie przez lata zdobywałem doświadczenie zawodowe. Nie jestem
tylko tzw. czytaczem. Wiem, co jest ważne, jak przygotować komentarz.
Przygotowuję Wiadomości, jestem ich wydawcą, sam decyduję więc, co w
nich będzie.
Skąd w ogóle wziął się pomysł, żeby zostać dziennikarzem?
K.Z.: Od dziecka słuchałem radia. Tak intensywnie, że nawet lekcji nie
odrabiałem. Bardzo chciałem być dziennikarzem radiowym, ale wstydziłem
się i bałem rozmawiać o tym w domu. Rodzice zawsze powtarzali, że
mężczyzna musi mieć konkretny zawód, a nie jakieś ?nie wiadomo co?!
Dlatego zamiast dziennikarzem został pan najpierw inżynierem,
specjalistą od ochrony środowiska.
K.Z.: Pochodzę z tzw. porządnej, warszawskiej rodziny z tradycjami.
Pradziadek, babcia, dziadek i moja mama byli dentystami. Ojciec był
inżynierem, mój brat jest inżynierem i ja też. Teraz myślę sobie, że
gdybym żył w takiej inteligenckiej rodzinie, tylko trochę dalej na
zachód, pewnie opływałbym w dostatki. A tak gnieździliśmy się w małym
gomułkowskim mieszkanku. Cztery dorosłe osoby na czterdziestu metrach
kwadratowych. Mój ojciec jeździł trabantem i było mu dobrze, bo inni
samochodu nie mieli wcale. Na pewno domowi rodzinnemu zawdzięczam
uczciwość życiową i zawodową. Przez trzy lata po studiach pracowałem w
bardzo dobrej brytyjskiej firmie. Dostałem służbowy samochód, dobrą
pensję i jeszcze premię. Miałem wszystko, czego pragnie młody
człowiek. Tylko że ja tej pracy nie lubiłem. Uznałem, że to za
wcześnie, żeby się nie napracować w życiu, a już mieć wszystko.
Czyli myślał pan odwrotnie niż większość ludzi, którzy chcą szybko
się dorobić, ale się nie narobić.
K.Z.: Na wszystko trzeba solidnie zapracować, inaczej sukces nie ma
smaku. W zawodzie inżyniera czułem się, jakbym był w nie swojej
skórze. Pomyślałem, że jeśli nie zmienię pracy teraz, nie zrobię tego
nigdy.
Ojciec też zorientował się, że coś jest nie tak, skoro podsunął
panu ogłoszenie o studiach dziennikarskich.
K.Z.: Może czuł się trochę winny, że źle mną pokierował? Przy wyraźnej
zachęcie z jego strony postanowiłem się przekwalifikować. W dzień
byłem porządnym panem inżynierem, po południu studiowałem w
polsko-amerykańskiej szkole dziennikarskiej, a w nocy pracowałem w
radiowej Trójce. Gdy zostałem reporterem, rzuciłem starą pracę i na
dobre zająłem się dziennikarstwem.
I zaraz przeniósł się pan z radia do TVN 24.
K.Z.: TVN 24 to pierwsza linia frontu, dziennikarskie Lenino albo
Tobruk. Nie tylko szkoła zawodowa, ale szkoła przetrwania. Pracowałem
tam trzy lata, po siedem, osiem godzin na antenie. Czasami w ogóle nie
wychodziłem ze studia, bo były wyjątkowe wydarzenia: schwytano Saddama
Husajna, zdymisjonowano Millera. To strasznie fajne miejsce
intensywnej pracy. Nie każdy wytrzymuje takie tempo.
Dlatego pan stamtąd odszedł?
K.Z.: Dostałem telefon z redakcji Wiadomości z propozycją spotkania z
Dorotą Warakomską. Poszedłem. Nie ustaliliśmy żadnych konkretów,
próbowałem dowiedzieć się, co mógłbym zyskać zawodowo, zmieniając
pracę. A potem życie samo podjęło za mnie decyzję. Ktoś życzliwy
doniósł, że byłem na rozmowach w TVP i dlatego podziękowano mi za
współpracę.
Wie pan, kto doniósł?
K.Z.: Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Poczułem się wtedy bardzo źle, bo
uważałem decyzję o usunięciu mnie z pracy za niesprawiedliwą. Okazało
się, że nawet rozmów nie można prowadzić. Straciłem pracę, którą
lubiłem.
Nie miał pan ochoty przejść np. do Faktów TVN?
K.Z.: Nie miałem żadnych ambicji ani możliwości. Fakty i my to były
dwie odrębne redakcje.
Bo Lis by pana zjadł?
K.Z.: Nie. Miałem wrażenie, że ?góra? zdecydowała beze mnie, że po
prostu nie. Byli tacy, co mieli szanse, i przypadki beznadziejne,
którym szansy nie dawano.
Jak rodzina reaguje teraz na pana sukcesy?
K.Z.: Ojciec nie żyje już od pięciu lat. Pewnie by się ucieszył, że
dotarłem tu, gdzie teraz jestem. Mama jest z pokolenia, które młodość
przeżyło w czasach stalinowskich. Wtedy lepiej było siedzieć cicho i
się nie wychylać, bo to jedyna gwarancja, że się przeżyje. Myślę, że
mama się cieszy, ale nigdy o tym nie mówi. Nawet gdy sąsiad gratulował
jej, że syna "nominowano do Oscar"?, powiedziała: "Lepiej, żeby nie
wyszło. Nie warto być na świeczniku". Widać, jak ciężkie czasy ją
ukształtowały. Ja, niestety, trochę też tego w sobie mam. To myślenie
blokuje rozwój zawodowy i prywatny. Walczę z tym.
Skoro mama nie okazuje entuzjazmu, to może przynajmniej robi to
żona?
K.Z.: Z żoną znamy się od dziesięciu lat, od pięciu jesteśmy
małżeństwem. Kiedyś była charakteryzatorką, teraz jest etatową mamą.
Mamy dwie córeczki i właśnie czekamy na syna, który urodzi się w maju.
Wszystko rozumiem. Co tam nagrody, skoro będzie pan miał syna.
K.Z.: Gdy miało się urodzić nasze pierwsze dziecko, myśleliśmy, że to
będzie chłopiec. Już zacząłem sobie wyobrażać, jak razem jeździmy na
ryby, łazimy po górach, zjeżdżamy na nartach. Takie ojcowskie
widzimisię. Już przyzwyczaiłem się do córek, a tu taka nowość:
chłopak.
A zastanawia się pan nad tym, czy w ogóle znajdzie czas dla dzieci?
K.Z.: Młodsza córka Ola od zawsze była wobec mnie otwarta, ale
czteroletnia Mania dopiero się do mnie przekonuje. Dla niej zawsze
najważniejsza była mama. Tata zaczyna się liczyć, bo chociaż
przychodzi do domu późno wieczorem, to czyta bajkę na dobranoc i nigdy
nie krzyczy. Cały swój wolny czas poświęcam dzieciom. Idziemy na
spacer, najchętniej do parku Ujazdowskiego, bo tam jest kapitalny plac
zabaw, piękny ogród, kaczki i inne atrakcje. Nawet wspólne wyjście po
zakupy zbliża. Rodzina i dzieci to bardzo dużo obowiązków, które nie
są dla mnie katorgą. Nie żyję tylko dla siebie, ale przede wszystkim
dla innych. Czuję się głupio, gdy idę sam na jakąś imprezę, bo
przecież żona jest cały czas w domu z dziećmi i nie może nigdzie
wyskoczyć.
To z powodu wyrzutów sumienia nie widuje się pana na imprezach
towarzyskich?
K.Z.: Nie bywam, bo mnie nie zapraszają, i dlatego że nie czuję się
dobrze w tym towarzystwie. Mam kapitalną pracę, która jest moim hobby.
Chciałbym jeszcze popracować w radiu i tylko tego mi brakuje. Czasy są
takie, że trzeba być multiinstrumentalistą. Jak Kasia Kolenda-Zaleska,
która pracuje jednocześnie w telewizji, radiu i pisze dla gazet. To
bardzo dobre dla rozwoju i higieny psychicznej.
Rozmawiała Dorota Wellman
|