|
Po publikacji zdjęcia zwłok
Waldemara Milewicza koledzy po fachu okrzyknęli go dziennikarską
hieną. Ale zanim zaczniecie straszyć nim dzieci, przeczytajcie, jaki
wrażliwy jest szef "Super Expressu" MARIUSZ ZIOMECKI
Dużo więcej sprzedał pan wydania "Super Expressu" z
martwym Waldemarem Milewiczem na okładce?
- Nie wiem jeszcze, ile sprzedałem. Wydrukowałem tyle samo co
zawsze, więc jeżeli możemy mówić o jakichś korzyściach "Super Expressu"...
Pytałem o to tylko dlatego, żeby dowiedzieć się, czy
zainteresowanie czytelników było większe niż zazwyczaj.
- Wydaje mi się, że tak. Monitorowaliśmy kioski w kilku miastach,
sprawdzaliśmy, co się dzieje w kioskach. Widzieliśmy w telewizji
oburzonych kioskarzy, którzy twierdzili, że mają problem z naszą
okładką, ale "w naturze" nie stwierdziliśmy takich spontanicznych
reakcji.
Może warto przy okazji sporu o relacjonowanie śmierci Milewicza
zapytać, czy my, dziennikarze, nie zabrnęliśmy za daleko? Może nasza
wrażliwość już nie przystaje do wrażliwości przeciętnego odbiorcy? Czy
coś dla nas normalne może być przez innych odrzucane?
- Mnie się wydaje, że jest dokładnie na odwrót.
To znaczy?
- My, dziennikarze, mamy dużo wyższą wrażliwość. Podam prosty
przykład. Kiedy weszła na ekrany "Pasja", pisaliśmy, że jest to film
niesłychanie drastyczny, wyczerpujący psychicznie i żeby księża w
ramach katechezy przynajmniej nie prowadzili na ten film małych
dzieci. Ale temat nie wywołał specjalnej reakcji czytelników. To mi
też powiedziało, że dziennikarze dużo chętniej dyskutują o takich
rzeczach i bardziej się nimi przejmują niż niedziennikarze.
Jednak to my, a nie czytelnicy, na co dzień oglądamy setki
drastycznych zdjęć, bo taką mamy pracę, i w związku z tym nasza
wrażliwość musiała się stępić.
- Nie, ja odmawiam. Na przykład odmawiam czytania materiałów o
torturowaniu dzieci. Zdarza się, że jakiś potwór katuje dzieciaka,
dziennikarz wykonuje swoją pracę i przynosi o tym tekst. Wtedy ja
proszę, żeby ktoś inny to redagował, bo ja nie mogę. To samo jest ze
zdjęciami. Źle reaguję na zdjęcia, które pokazują okrutne rzeczy.
To dlaczego pańska gazeta nie jest do pana podobna?
- Bo ja nie robię tej gazety wyłącznie dla siebie. Uważam też, że
takie materiały należy publikować i należy je czytać. Gdybym ze
względu na własne obsesje tego nie puszczał, tobym uchybiał moim
obowiązkom.
Czy media powinny być takim światem online? Że coś się dzieje i
ląduje u nas natychmiast na czołówkach, czy jakieś sito powinno być?
- Zawsze jest sito. Mitem jest teza, że jesteśmy czystym
"zwierciadłem". Mamy ograniczoną liczbę stron, minut, sekund emisji, a
więc zawsze dokonujemy wyboru, co dajemy. Chociaż redagując, zwłaszcza
newsowe produkty, mamy pole manewru bardzo ograniczone. Czasami się
zdarza, że newsem jest śmierć naszego kolegi. Trzeba dać.
Czy "Super Express" ma w tej chwili reportera w
Iraku?
- Wysyłanie tam ludzi teraz jest bez sensu. Albo siedzieliby
zamknięci w Camp Babilon, albo musieliby brać udział w misji
samobójczej.
Ale wysyłaliście. A gdyby śmierć dotknęła reportera "Super
Expressu", którego by pan znał, wiedziałby pan, że ma konkretną
rodzinę...
- Ja znałem luźno kolegę Milewicza, choć nie pracowałem z nim na
co dzień. Dlatego te zdjęcia mnie też przytkały, sparaliżowały.
A co pan myśli o argumencie podnoszonym przez niektórych
protestujących przeciwko tamtej okładce "Super Expressu",
że nie powinno się takich zdjęć publikować ze względu na bliskich
ofiary, że dla nich to będzie wstrząs?
- Najprostsza odpowiedź brzmi tak: wszyscy mają bliskich, także te
anonimowe ofiary na co dzień pokazywane w polskich mediach.
Podnoszenie tej kwestii, tylko gdy chodzi o Milewicza, pachnie
hipokryzją. Po drugie, wydaje mi się, że kiedy ktoś straci bliską
osobę, to jego problemem jest ta strata, a nie to, jak relacjonują to
gazety. Ale przygotowując relację, oczywiście myśli się również o
bliskich.
Nie wszyscy chcą, żeby podczas pogrzebu otwierać trumnę.
- Tak, ale z drugiej strony w 1984 roku, po śmierci księdza
Popiełuszki, księża sprzedawali jego pośmiertne zdjęcia, na których
nie wyglądał dobrze. Więc powoływanie się na jakiś uniwersalny
standard, tabu jest po prostu fałszem. Całe chrześcijaństwo jest
zbudowane wokół obrazu Męki Pańskiej. Ta rozmowa też jest fałszywa, bo
ja występuję w roli faceta, który dał na okładkę jakieś upiorne
zdjęcie, a ja wcale tak tego zdjęcia nie oceniam. My codziennie badamy
reakcje czytelników na nasze okładki i co do tej okładki byli
wyjątkowo zgodni - pochwalali ją. Przy takim wyniku zapisujemy
wyjaśnienia ludzi, więc je zacytuję: "Każdy chyba chciał przeczytać,
jak i dlaczego zginął reporter wojenny...", "Należy wam się pochwała,
że uczciliście śmierć Milewicza zdjęciami na całej stronie...",
"Główny temat jest dla mnie dziś najważniejszy, bo nie mogę pogodzić
się z tym faktem...", "Strona bardzo czytelna, odpowiednia do
tematu...", "Zdjęcie tak ładnie wyeksponowane, że aż ściska serce...",
"Bardzo ładnie się zachowaliście, oddając całą stronę ku pamięci pana
Milewicza...", "Bardzo dobrze zaprezentowany główny temat...". W tych
pierwszych testach nie mieliśmy ani jednej reakcji podobnej do reakcji
niektórych mediów i kolegów, i koleżanek, którzy nas teraz w czambuł
potępiają, a ze mnie robią jakiegoś krwawego, krwiożerczego cynika.
Skąd pańskim zdaniem taka reakcja części środowiska
dziennikarskiego?
- Wiele lat spędziłem w Detroit, a tam działający Henry Ford,
który miał wiecznie jakichś reporterów na głowie, dorobił się na
koniec życia takiej filozofii: Never explain, never complain (Nigdy
się nie tłumacz i nigdy nie narzekaj).
Nie chciałem, żeby pan narzekał albo się tłumaczył, tylko użył
swojej inteligencji po to, żeby mi powiedzieć, co pańskim zdaniem
spowodowało taką krytyczną reakcję, te listy pełne oburzenia.
- Im jestem starszy, tym mniej pewnie wypowiadam się na temat
intencji ludzkich zachowań. Do mnie zadzwoniła np. dziennikarka z PAP
i zadała mi takie pytanie: "Panie redaktorze, dlaczego pan dał to
zdjęcie, skoro dzwonił do pana prezes telewizji i prosił, żeby go nie
dawać?". Mnie zamurowało. Czyżby ta koleżanka z PAP miała tak mocno
wbite do głowy, że "zdejmuje się" coś na telefon?!
Bez przesady. Zadzwonił przecież pracodawca nieżyjącego już
reportera.
- Myśmy przecież nie działali bezmyślnie. Przed podjęciem
ostatecznej decyzji, a mieliśmy trzy i pół godziny, omawialiśmy ten
problem ze wszystkich stron. Wzięliśmy wtedy pod uwagę chyba wszystkie
argumenty.
I każdą ludzką reakcję?
- Nie, nie wiedzieliśmy, jak zareagują ludzie. Nie wiedzieliśmy,
jaki będzie wynik sprzedaży, choć oczywiście spodziewaliśmy się gniewu
kolegów z telewizji. Natomiast zadawaliśmy sobie pytania, które
wychodziły poza generalne stwierdzenia typu "to kwestia przyzwoitości"
czy "smaku". Myśmy się starali dotrzeć do sedna sprawy. A
najważniejsze pytanie jest takie, co to zdjęcie pokazuje, co na nim
widać, co ono mówi i jak ja na nie reaguję? Nasi koledzy też mieli to
zdjęcie, oglądali je w redakcjach, gdy rozesłał je PAP. Zapewne
wymieniali uwagi, wzruszali się, reagowali na nie emocjonalnie.
Wątpię, żeby ci, którzy później tak na nas najechali, odczuwali jakieś
obrzydzenie do siebie za to oglądanie. Nie, ich oburzał fakt, że
"Super Express" podzielił się tymi zdjęciami z innymi. Że daliśmy
zwykłym ludziom szansę zobaczyć, że Milewicz naprawdę umarł.
Czy to wymagało udowodnienia?
- Nieprawdą jest, że napisany news o tym, że ktoś umarł, jest tym
samym co zdjęcie. Jeżeli zdjęcie jest poruszające, to pokazuje ten
fakt tysiąc razy elokwentniej. Bez tego zdjęcia w publicznym obiegu
Waldemar Milewicz by zniknął, po prostu przestałyby się pojawiać jego
korespondencje. Teraz, moim zdaniem dzięki temu zdjęciu, ludzie
wiedzą, że umarł. Wiedzą, że giniemy w tym Iraku. I to odpowiada na
następne pytanie...
Którego nie zadałem.
- ...jaki jest sens pokazania tego zdjęcia.
Nie, nie chciałem teraz stawiać takiego pytania. Natomiast ta
koncepcja zakłada, że czytelnicy, telewidzowie są istotami dosyć
prostackimi.
- Nieprawda. Ludzie, z którymi rozmawiałem o tym zdjęciu, nie są
prostakami i reagując na to zdjęcie, wcale nie mieli prostackich
reakcji.
Mam na myśli teorię, że trzeba śmierć pokazać na zdjęciu, żeby ją
publicznie przypieczętować.
- Czasami to najlepszy sposób.
A może trzeba powiedzieć głośno, że przeciętni czytelnicy gazet są
bardzo prosto skonstruowani i dlatego musimy do nich mówić, używając
najprostszych środków?
- Nie, to największe nieporozumienie, które zresztą powiela bez
przerwy jeden ze współtwórców "Super Expressu". Były naczelny gazety
próbuje wmawiać opinii publicznej, że sztuka robienia gazety
popularnej, jak "Super Express" czy nasz konkurent, polega na
epatowaniu i eskalowaniu brutalności. Gdyby na tym to polegało, byłoby
wiele takich gazet i każda odnosiłaby gigantyczny sukces. W
rzeczywistości zadanie redakcji jest dużo bardziej skomplikowane. A
kiedy gazety, także bulwarowe, opowiadają o wojnie, to nie mogą uciec
od jej pokazywania. Rozumiał to też Milewicz, który sam pokazywał w
telewizji śmierć często i mocno. Bo on dokładnie wiedział, jak to
działa i jakie to jest potrzebne. Nie pokażesz wojny bez śmierci, nie
pokażesz tragedii bez tragicznego zdjęcia.
A jaki jest pański, osobisty stosunek do śmierci?
- Niedobry. Generalnie nie jestem za tym, że się umiera.
Ale boi się pan śmierci? To jest jakiś rodzaj panicznego lęku?
- Strasznie się bałem śmierci jako nastolatek, podobnie jak dużo
młodych osób, między 15. a 22.- 23. rokiem życia...
Wtedy się chyba myśli, że jest się nieśmiertelnym.
- A skąd, ma się obsesję śmierci i się uważa, że się nie będzie
żyło długo. Dziewczynom opowiada się, że umrzemy młodo itd. Moim
zdaniem okres nieśmiertelności to trwa gdzieś od 25. do 40. roku
życia. Potem zaczyna się kłopot, koło pięćdziesiątki jest kryzys.
A ile ma pan teraz lat?
- 52. Czasem zastanawiam się, czy kiedy już przyjdzie czas, kiedy
już będę w poczekalni, czy wtedy jakiś miłosierny mechanizm
psychologiczny osłabi ten lęk, czy też będę się bał. Zdarza mi się
zastanawiać, czy zejdę z tego świata pogodzony i z ulgą.
Ma pan już wymyślone swoje ostatnie zdanie?
- Nie, nigdy o tym nie myślałem.
A co dla pana oznacza sformułowanie, które często pojawia się w
protestach przeciwko tamtej okładce "Super Ekspressu"
- "szacunek dla śmierci", "tabu śmierci"?
- Myślę, że to samo co dla tych protestujących. Nasze zdjęcie nie
naruszyło tabu śmierci i nie jest zdjęciem skandalicznym. Uważam, że
ludzie zmarli są w pewien sposób bezbronni, i wokół tej tezy obraca
się też krytyka wobec nas: że wykorzystaliśmy bezbronność kolegi
Milewicza i w celach komercyjnych puściliśmy to zdjęcie. Problem w
tym, że tak nie było. Na tym zdjęciu jest niesamowity spokój. Jego
bohater wygląda normalnie, ciało jest bez większych obrażeń. Wizerunek
ma w sobie jakąś straszliwą finalność, a zarazem moim zdaniem nie
narusza prywatności osoby zmarłej. Szukałem przez wiele godzin
powodów, żeby to zdjęcie zatrzymać. Mieliśmy gotową inną okładkę,
"bezpieczną". Ale ja nie znalazłem powodu, żeby tego zdjęcia nie dać,
nawet czułem się w obowiązku, także wobec Milewicza, żeby je dać. Nie
chcę rozwijać tego wątku, bo będę brzmiał jak cynik, który się broni,
ale dla mnie to był jego ostatni reportaż. Ja go nie mogłem położyć na
półkę, nie znalazłem w sobie tej siły.
Wróćmy do "naruszenia prywatności osoby zmarłej". Co
byłoby pańskim zdaniem takim naruszeniem?
- Czy wykorzystaniem bezbronności? Najbardziej oczywista rzecz -
jeżeli wygląda się po śmierci tak, że żaden zdrowo myślący człowiek
nie chciałby, żeby go takim oglądano. Mnie pytano, czy ja bym sobie
życzył, żeby opublikowano moje pośmiertne zdjęcie. Jeżeli byłby to
news, a moje zdjęcie po śmierci w niczym by mnie nie umniejszało, nie
ubliżało...
Ale jakie by umniejszało, ubliżało?
- No, nie wiem. Gdybym miał na przykład rozerwaną głowę...
Zaraz, zaraz, ono by też pokazywało samą prawdę, a gdyby pańska
śmierć była newsem z Iraku, to też by wstrząsnęła czytelnikiem, a
chcemy wstrząsać, chcemy, żeby ludzie zaczęli myśleć o Iraku!
- Mówimy o intymności, o naruszeniu bezbronności zmarłego, więc ja
próbuję odpowiedzieć na pytanie, czym się różni martwy człowiek
wyglądający po prostu normalnie i ofiara jakiegoś wybuchu, która
wygląda strasznie. Gdybyśmy wrócili do sympatycznego przykładu z moim
hipotetycznym zdjęciem pośmiertnym, to ja nie chciałbym, żeby ludzie
oglądali moje zdjęcie pośmiertne, na którym wyglądałbym strasznie.
Niektórzy zarzucali też waszej okładce, że w jakiś sposób
zbezcześciła zmarłego. Pan ma jakąś swoją definicję zbezczeszczenia?
- Ponieważ ja się nie zajmuję bezczeszczeniem, nie mam gotowej
definicji w tej sprawie. Zawsze staram się, żeby materiał był po
ludzku w porządku. Żeby nie gubił newsa. Kiedy trzeba, muszę wyważać
wartości. My od samego początku wiedzieliśmy, że tym zdjęciem
naruszamy tabu, które istnieje w kulturze, że trzeba ostrożnie
postępować ze zdjęciami ludzi, którzy nie żyją.
Jestem gotów się spierać i słuchać krytyków, którzy rozumiejąc nasz
zawód i nie dyskwalifikując z góry naszej decyzji, powiedzieliby, że
powód opublikowania tego zdjęcia był ich zdaniem niedostateczny; że
tabu jest ważniejsze. Mam jednak wrażenie, że tej dyskusji nie ma, że
mamy do czynienia po prostu z próbą zakrzyczenia nas. Nawet pojawia
się taka kuriozalna perspektywa, że w wyniku tych gromkich krzyków
przez chwilę nikt nie będzie dawał żadnych ostrych zdjęć. Wszyscy
będziemy redagowali nasze tytuły w stylu "Tygodnika Powszechnego". A
ja nie chcę mediów, które będą pokazywać zniekształcony obraz świata,
bo to jest niebezpieczne. My teraz mówimy dużo o szkodach duchowych i
innych, jakie mogą wyniknąć z publikowania newsa i prawdy. Tymczasem
mnie bardziej niepokoją szkody wynikające z niepublikowania
informacji, które - jako że mamy do czynienia z wojną - będą dużo
większe.
Pańscy krytycy zawsze powiedzą: A jakaż to szkoda by była, gdyby
nie było w publicznym obiegu zdjęcia martwego Milewicza, przecież
byśmy o jego śmierci napisali w swoich gazetach?
- My, Polacy, "lubim sielanki" i mamy skłonność do wykreślania
części rzeczywistości.
Rozmawiałem z jednym z sygnatariuszy listu protestującego przeciw
waszej okładce, z Jackiem Żakowskim. Na mój argument, że takie listy
są daleko posuniętą hipokryzją, bo ich media-sygnatariusze na co dzień
żyją z różnego rodzaju ofiar, powiedział mi, że głównym powodem, dla
którego się pod tym podpisał, jest jego przekonanie, że media za
daleko zabrnęły, że trzeba zacząć o tym dyskutować i może wypchnąć
poza sferę publiczną tego rodzaju tematy, takie zdjęcia.
- Moi czytelnicy...
Oni kupią to, co pan wydrukuje.
- Nonsens. Wizja redaktorów demiurgów, za którymi idą posłuszni
ludzie, jest kompletnie fałszywa. Ludzie zawsze mają swój własny
rozum. Mnie rozśmieszyło do łez, jak nasz znakomity kolega Adam
Michnik zwierzył się kiedyś, jakim odkryciem było dla nich w "Gazecie
Wyborczej", że są w stanie obalić każdego ministra, ale już nie
zapewnić miejsca w Sejmie Unii Wolności. Przy całym szacunku do Jacka
Żakowskiego (chociaż w sprawie Milewicza niektórych sformułowań używa
za szybko i za lekko) odnoszę wrażenie, że on żyje we własnym świecie.
On chciałby ten świat, szczególnie mediów, widzieć innym.
- Mój świat też byłby dobrotliwy. Gdybym miał moc kreowania świata
takiego, jaki bym chciał, to myślę, że Jacek Żakowski czułby się w nim
dobrze. Niestety, problem polega na tym, że media w ogóle - a prasa
typu "Super Express", czyli gazety bulwarowe, w szczególności - słabo
się nadają do kształtowania świata. Jako narzędzia wychowawcze zawodzą
kompletnie. I to jest ograniczenie, z którym musimy się pogodzić. Moim
zdaniem "Polityka" Jacka Żakowskiego też bardzo niewiele zmienia i
naprawia świat.
Pańskim zdaniem cofnięcie się do takiego świata, w którym pewnych
rzeczy nie pokazujemy, jest niemożliwe?
- Ja bym nie chciał takiego świata. Mimo to, że wyszedłem z filmu
"Braveheart" przed końcem, bo nie mogłem patrzeć na scenę egzekucji
bohatera. Choć to był tylko film. Ja się boję takich scen, ale
absolutnie bym nie chciał, żeby media zaczęły tworzyć jakąś
odrealnioną wizję, jakąś wioskę potiomkinowską, nie z tego świata.
Poza tym jako konsument, a nawet jako redaktor, mam pewien wybór, mogę
na pewne rzeczy nie patrzeć.
A może trzeba publicznie powiedzieć, że pewne media, w tym "Super
Express", są rozrywką, a nie powinno się do nich przykładać
miary jak do BBC?
- Nie, ja bym się bronił przed taką kategoryzacją. Nasze
dziennikarstwo śledcze, mówię o "Super Expressie", od wielu lat, a nie
tylko za mojej kadencji, jest jednym z najlepszych w kraju, poza
"Rzeczpospolitą" i "Wyborczą". Właśnie te trzy tytuły ujawniają
najwięcej skandali, nadużyć władzy i innych rzeczy, odegrały ogromną
rolę informacyjną. Z drugiej strony "Super Express" ma rzeczywiście
cechy tabloidowe: dajemy rozebraną panienkę przy pogodzie, różnego
rodzaju gry i zabawy z politykami, jest pewna emfaza w tytułach,
specyficzny miks tematów, staramy się obok tematu smutnego mieć
wesoły, obok poważnego lekki. Ale czy tym samym jesteśmy mniej ważną,
prawdziwą gazetą?
ROZMAWIAŁ PIOTR NAJSZTUB |